Oto więc moja spowiedź – gorzka, obłędna i szczera. Na imię mam Filip, 27 lat, żonaty, wykładam stylistykę na pewnej polskiej uczelni w pewnym polskim miasteczku koło niepewnej niemieckiej granicy. Widok z okien mamy przecudny, a wszystko przez śliczny (jak określa go, sepleniąc, teściowa) stawik, który rozlał się łaskawie naprzeciwko naszego bloku, i uśmiechnięty iglasty las tuż za nim. Podobnie zaczyna się naiwny hollywoodzki horror, przez pierwsze piętnaście minut bawiąc widza zieloną sielanką i tanimi pogawędkami przy drogich koktajlach, żeby ciut później, mglistym jesiennym wieczorem, rzucić na tę najbardziej rozpustną nastolatkę przebranego za łyżwiarza maniaka, który z entuzjazmem młodego dyrygenta przetnie biedaczce gardło. W moim przypadku przecięte zostało wszystko: ciało, dusza, serce – kto w co wierzy. Rana była tym głębsza, że trwała ta cała historia przez wiele, wiele lat i rozpoczęła się dużo wcześniej, niż poznałem Felicję. Pierwsza piekielna iskierka wybuchła, złowieszcze trzaskając, w ten daleki lutowy, a raczej luty, poniedziałek, gdy po raz kolejny wróciliśmy z Martyną do rozmowy na temat naszej wspólnej przyszłości – tak oczywistej w piątym miesiącu ciąży – i niby postanowiliśmy, że trzeba jak najszybciej wziąć ślub. A może wcale nie wtedy? Być może przeklęta odyseja kłamstw i udawania ruszyła już w tym wąskim dwuosobowym pokoju, w kuszącym półmroku, gdzie nieodwracalnie uwiodła mnie koronkową francuską bielizną i indyjskimi perfumami? Uwiodła… Cóż, wtedy nazwałem ów nieostrożny krok uwodzeniem. Teraz, gdy ujrzałem prawdziwe oblicze pożądania, jego filuterną, porażająco-pożerającą siłę, zazdrosny uścisk, stalowe kraty – teraz wiem już, że to, co kierowało mną tamtego dnia, było zwykłą młodzieńczą ciekawością, nietrwałą fascynacją nowym, nieznanym i dlatego (tylko dlatego!) pociągającym. Czy można zatem powiedzieć, że nigdy nie kochałem Martyny? Ależ kochałem, kochałem z całym urojonym żarem i sztuczną namiętnością osiemnastolatka! Tylko co z tego, skoro szaleństwa młodości prędkim galopem wskakują do szufladki z naklejką „błędy” w bezwzględnym archiwum czasu? Skąd miałem wiedzieć, że gorące dyskusje o świeżo przeczytanych książkach tak szybko zamienią się w rutynowe małżeńskie negocjacje, a głębokie diamentowe ekstazy, bezmyślne podróże do niezbadanej krainy rozkoszy – w smętną wycieczkę po starych, do bólu… ach, gdyby! – do ziewu znajomych górkach, polanach, lasach, które nie wierzysz, że kiedyś podziwiałeś? Do dzisiaj nie wiem, czy zaplanowała sobie dziecko, czy naprawdę zapomniała o tej nieszczęsnej tabletce. Zapytać wprost nie miałem odwagi, poza tym wszystko stało się tak szybko, tak niespodziewanie… Grzebiąc teraz w puszystym woreczku pamięci, na próżno doszukuję się w wyskakujących zdarzeniach śladów jakiejkolwiek konsekwencji – wyblakłe, chichrające obrazki chaotycznie walcują na podwórkach świadomości: oto nasza premierowa wspólna noc (dwie godziny snu, pięć godzin rozmów – i reszta, reszta!), mój pierwszy dedykowany jej wiersz, głupia kłótnia w pizzerii, której przyczyny były na tyle błahe w porównaniu do skutków, że w życiu bym nie przypomniał sobie, o co nam wtedy mogło chodzić… A to co za ubogi kicz? Ach, no pewnie – zdjęcia ze ślubu! Boże… Zresztą, Martyna też je nie cierpi. Następne foto. Obcisła czarna mini? Dekolt? Szpilki? Tak, był czas, gdy ten ubiór obowiązkowo należał do jej pięknej codzienności. Czy chodzi tylko o to? Czy gdyby pewnego dnia nie pozostawiła tej zmysłowej gracji dla bawełnianego szlafroku, podartych kapci i pieluch, płomienna przeszłość nie wygasłaby tak prędko? Czy była szansa uratować naszą…?
Pytania te przestały mnie interesować w dniu, gdy „spotkałem” Felicję. Żyjemy w świecie, gdzie każde słowo niedługo trzeba będzie ubierać w cudzysłów, i nawet jeśli sam Pan Bóg objawi się nam w całej Swej mocy i łasce, pewnie uznamy Go za halucynację wywołaną stresem w pracy lub sprytny chwyt najnowszego reality-show. Tak czy inaczej, poznałem inną kobietę. Sprytny dwudziesty wiek, uciekając przed nami spod własnych krwawiących ruin, z diabelskim uśmieszkiem zaoferował człowiekowi niesamowitą możliwość poznania kogoś, nie wychodząc z domu. Swojego prawdziwe imię przede mną ukryła, będę więc używał tego „nicka”, którym posługiwała się na jednym z erotycznych czatów Globalnej Sieci im. Billa Gates’a.
Ofterdingen: Felicja? Witam! Cóż za piękne imię!
Felicja: nie całkiem imię, ale witam również.
Ofterdingen: Czy imię czy pseudonim – brzmi tak cudnie,
Że jestem ciekaw, kto się za nim kryje…
Felicja: ciekawość doprowadza do dążenia,
Dążenie zaś ociera się o walkę,
A walka zwykle wieńczy się porażką.
Ofterdingen: waleczny duch nie zważa na przestrogi!
Felicja: ostrożniej, przyjacielu, bo jesteśmy
Na takim czacie, w którym – bez obrazy! –
Waleczny duch to ten, co wali konia :)
Ofterdingen: dziękuję ci za pierwszą informację:
I to nie byle jaką – osobistą! ;)
Felicja: nie powiem „proszę”, zanim nie wyjaśnisz ;)
Ofterdingen:choć wprawdzie nie poznałem twego wieku,
Lecz wiem już, że maturę masz za sobą,
I podejrzewam, że studenckie lata
Też już dobiegły (dobiegają?) końca..
Felicja: no co ty? Brawo! Aż mi się nie wierzy,
Że odgadnąłeś, iż nie jestem dzieckiem,
Że sporo lat minęło od tej chwili,
Gdy niewinnego gumowego smoczka
Z ust wypędziły wielkie, groźne smoki
I zamęt pocałunków malinowych.
Ofterdingen:25?
Felicja:52! Żartuję J
Ofterdingen:27? Osiem? Powiedz, proszę!
Felicja:niech wiek mój tajemnicą pozostanie…
No chyba że dostanę coś w nagrodę ;)
Ofterdingen:dostaniesz wszystko: i troszeczkę więcej..