Kaczmar (żałosna gimnazjalna ksywa, prostacko wycięta z nazwiska) został obudzony głośnym szeptem jednej z tych zadbanych starszych pań, które lubią zieloną herbatę, trochę umieją po francusku, a w weekendy uczęszczają do Galerii Sztuki. Niskorosła, choć nie karzeł, wesoła, kolorowa, ale z lekką, niby nieuchwytną, a jednak – przy bliższym spojrzeniu – dość wyrazistą tęsknotą we wzroku. Prócz tego zabawnego pieska, co, spragniony, tak śmiesznie sapie, wychylając mokrą mordkę z hawajskiej torebki, w domu pewnie ma jeszcze jednego (a może i więcej, może reszta to w ogóle koty lub nawet papugi); córka uważa ją za dziwaczkę, natomiast wnuczka (też trochę szalona, też trochę artystka) zawsze łatwo dogaduje się z „progresywną” babcią.
Tak wyobrażał sobie Kaczmar kobietę, która przed chwilą, próbując zachowywać się cicho, ostatecznie pozbawiła go snu. Ze zdziwieniem i nawet swoistym rozczarowaniem dostrzegł więc, gdy „wymarzona” osoba przecisnęła się do przedziału i zapaliła blade światełko nad łóżkiem, że niewdzięczna rola omylnego budzika zamiast świrniętej m-lle Malinowskiej dostała się chudemu wysokiemu mężczyźnie mniej-więcej w wieku Kaczmara.
- Może też mam kobiecy głos? – pomyślał Kaczmar, i myśl ta, gardząc polityczną poprawnością, zrobiła się nieznośna.
Nieznośne było także to, że jechał do domu, do martwych kolorowych bloków i niekochanej żony Izy, którą poślubił trzy lata temu i która zawsze zabierała mu samochód, kiedy tak bardzo go potrzebował.
Iza była kobietą bardzo ładną i bardzo trudną, i póki Kaczmar, studiując wtedy na ostatnim roku Filologii Polskiej w Szczecinie, rozmyślał, co jednak przeważa w tej wyniosłej ślicznotce – uroda czy charakterek – Iza nagle zaszła w ciążę, a Kaczmar dał sobie słowo nigdy więcej nie ufać PKS-owym prezerwatywom. Okazjonalna palaczka (i okazjonalna zdradzicielka), stała czytelniczka „Cosmopolitan” i „Gala”, kobieta „współczesna, ale z zasadami”, jak sama o sobie mówiła, -nie była mimo wszystko typową „paniusią domu”, przypadkowo wyrwaną z tłumu młodych polskich mężatek. Jej „inność” – czy to w chwilowym zagubionym spojrzeniu, czy nawet w tych kilku zdradach, do których zawsze przyznawała się z płaczem, ale i z wyrzutami – od czasu do czasu dawała o sobie znać, i jej sporadyczne przebłyski nie to żeby ułatwiały ich małżeństwo, ale przynajmniej rozwiewały mglistą nudę wymuszonej codzienności. Niewierność Izy może i nie cieszyła Kaczmara, sama w sobie była mu raczej obojętna, niekiedy przykra, - lecz ten klasyczny grzech jakoś wyróżniał ją na tle zupełnie już jednorodnej armii jej licznych koleżanek, które wszystkie jak jedna żona (panie feministki, czekam na gorące oklaski!) były wierne swoim mężom. W Izie paradoksalnie współżyły niewiarygodnie banalna teatralność i jednocześnie coś do bólu żywego: trywialna, kiczowata, ale mimo wszystko prawda. A może właśnie to „kłamstwo poezji, prawdziwsze od prawdy życia”, o którym pisał krytykowany przez Nabokova Irlandczyk, rozpuszczone w cogodzinnej kawce, żelach i „syropku na stres”. Pewnego razu zrobiła to, na przykład, z wyjątkowo nieatrakcyjnym Jackiem z domu naprzeciwko – akurat dlatego, że „żadna go nie chce, a on chodzi sobie taki biedny, nuci jakiś stary przebój i na dodatek fałszuje!”.
W takie chwile Kaczmar prawie kochał swoją żonę. Mógł wybaczyć Izie wiele. Wiele, ale nie jej olewacko-prześmiewczy stosunek do ojca Kaczmara, pana Witolda Kaczmarskiego – polonisty, zagorzałego liberała, wielbiciela Rembrandta. Kaczmar od dziecka był bardzo związany z ojcem, i złośliwe żarty Izy odnośnie „staroświeckości” Witolda bolały go bardziej, niż wszyscy jej kochankowie razem wzięci i troskliwie poukładani na „świętym małżeńskim łożu”. Młody Kaczmar pochłaniał opowieści taty z takim samym nienasyceniem, jak mały Kaczmaruś: miłość do ojca, niezmierny szacunek i podziw z biegiem czasu tylko rosły. Co do Izy – śmiała się z niego często niemalże nieświadomie, z czystego przyzwyczajenia. Zwroty w rodzaju „ale dziwak!” lub „Witek, oczywiście, wpadł na genialny pomysł…” rzadko były uzasadnione. Po prostu musiały wypłynąć w rozmowie, dotyczącej Witolda: jak rozebrana laska na ostatniej stronie „Faktu”, „kiełbasa” w niemieckich ćwiczeniach z gramatyki, „szczęść Boże!” przy spotkaniu z księdzem… (proszę dokończyć listę samodzielnie).
Ten dumny, wyrachowany chłód, którym tak często wiało od Izy (zwłaszcza, jeśli chodziło o osoby „śmieszne”, nieprzystosowane i starsze od niej), nie tylko przerażał Kaczmara, lecz wywoływał u niego także męczące, nieustanne zdziwienie. Dlaczego Iza, kobieta nie bez serca, a wśród znajomych uchodząca nawet za bardzo wrażliwą, nie potrafiła zrozumieć człowieka, który w połowie rozmowy, żeby podkreślić ten lub inny swój pogląd, mógł nagle zacytować Norwida: ale nie tak, jak robią to ludzie bystrzy i dbający o swój wizerunek – szybciutko, jedną-dwoma strofami – tylko recytując wiersz w całości i niesamowicie się w niego wczuwając? Czy nie ta sama durna zasada działała w niej wtedy, kiedy niczym trzyletni anioł płakała, widząc na drodze potrąconego zwierzaka, a wieczorem tego samego dnia z popierającą obojętnością dowiadywała się z „Panoramy” o powieszonym gdzieś na dalekim Wschodzie dwudziestoletnim seryjnym złodzieju: „Przynajmniej mają tam porządek i spokój, a nie to, co u nas!”?
Te myśli, jak wąski wirtualny hełm, ściskały głowę Kaczmara, mieszając się z innymi, które chociaż dotyczyły bardziej odległej przeszłości, były niemniej przygnębiające i bolesne. Przypominał, jak kiedyś, jeszcze na studiach, odwiedzał chorą na grypę Izę, przynosząc jej świeżo kupione leki, wypił u niej herbatę z nieświeżym ciastem i podniósł się z krzesła, żeby przenieść się do innego pokoju, na co ona, robiąc duże oczy, oburzona, powiedziała: „A sprzątać kto będzie – mama?”; jak ósmego marca tysiąc dziewięćset któregoś tam tajemniczo zniknęła na cały dzień, tłumacząc to później komórką, która spadła na ziemię, a potem jeszcze miała do niego pretensje, że nie przesunął randkę na następny dzień; jak zeszłej jesieni podczas burzy, kiedy Kaczmar bezskutecznie usiłował naprawić parasolkę, zwątpiła w jego męskość; jak… (wszystkim, którzy i tym razem są w stanie kontynuować listę, wyrażam moje głębokie współczucie).
Nieśpieszna czerwcowa niedziela, ziewając, dobiegała końca, Iza była u Anety (miłej, zgrabnej tłumaczki przysięgłej, którą zniszczyły palenie i serial komediowy „Mężatki w akcji”), a w skrzynce elektronicznej było pusto, gdy panującą w pokoju neonową ciszę śmiało rozdziewiczył nagły telefon. Dzwoniła mama Kaczmara: tak o, pogadać, zapytać, jak minął dzień, opowiedzieć o tym, że pan Zalewski („Nie pamiętasz? No jak to? Taki solidny, przystojny, z szóstego piętra!”) miał zawał, a Witold…
- Aha, wiesz, tata wyjechał na tydzień do Bułgarii! – powiedziała, i jej uśmiech, ciepły i smutny, razem z jej starzejącym się głosem wyskoczył ze słuchawki, napełniając pokój swoim nienachalnym aromatem.
- Do Bułgarii? – zdziwił się Kaczmar i, żeby dać zdziwieniu szansę rozkwitnąć, dopiero po chwili milczenia zapytał, czy Witold pojechał sam.
- No tak, do mnie przecież przyjeżdża ciocia Wiktoria, a on teraz akurat ma urlop…
- Jasne, jasne, - mechanicznie odparł Kaczmar i pomyślał, że gdyby do Izy przyjechała siostra, to w życiu nie pozwoliłaby mu nigdzie wyjechać, i równocześnie podziękował Stwórcy za to, że żadnej siostry Iza – o ile wiedział – nie ma.
Tymczasem szalony plan już wślizgnął się do tego totalnego chaosu, który stanowiły obecnie jego myśli, i po woli zaczął robić dziwny, niespodziewany porządek w wątłym królestwie rozumu Kaczmara, gdzie przed chwilą rządziły zaskoczenie i nostalgia. W dzieciństwie Kaczmar co lato jeździł z rodzicami do Bułgarii, i wspomnienia o tych cudownych dniach, miesiącach, chwilach błyskawicznie zawładnęły jego niezbyt odpornym sercem. Postarał się jak najszybciej dokończyć rozmowę z matką (kiedy indziej gadałby z nią aż do nadejścia Izy, ale nie teraz, nie teraz…) i, przemierzywszy mieszkanie z pięć razy, usiadł w fotelu i zanurzył się w nerwowym skupieniu.
- Rzeczy zbiorę w pół… No dobra, w godzinę. Nie, no powiedzmy, że w półtorej (Iza i tak nie wróci przed północą). Samochodem do Warszawy dojadę szybko, tym bardziej w nocy. Zatrzymam się w tym motelu, gdzie robią taką dobrą czekoladę (ale pyszna była!)… Ok, czyli zatrzymam się tam, rano na lotnisko, bilet do Burgas, stamtąd autobusem… Kurde, jakie to proste! – olśniło Kaczmara. – Izie zostawię kartkę: niech myśli, że to przez jej numerki.
Niedawno wyznała mu kolejną zdradę, więc przekonując siebie, że wszystko składa się wprost idealnie i że głupio by było zmarnować taką okazję, Kaczmar twardo postanowił jechać. Witold dopiero przybył do Sozopolu – jednego z najbardziej urokliwych miasteczek bułgarskiego wybrzeża – i można było aż na pięć dni wyrwać się z dusznej klatki ulicy Wazów 7/103: wyrwać się tam, gdzie ojciec, poezja, morze i mewy. Co prawda, trzeba było się pośpieszyć, ale Iza już dawno oduczyła go zwlekać, i teraz, pierwszy raz w życiu, był jej za to niezmiernie wdzięczny.
***
Poszukiwania ojca, jak zawsze, trwały krótko: wystarczyło tylko wypatrzeć wesoło błyszczącą łysinę Witolda, w srebrno-niebieskiej dali od całej reszty, beztrosko piszczącej przy brzegu. Wypatrzył – i gorące fale złotych rezerw pamięci nakryły go, wyrzucając jakąkolwiek konkurencję: pierwszą miłość, St. Andrews (mała miejscowość w Szkocji, proszę znaleźć na mapie), powieści Hessego, widok z Montmartre, pracę na uczelni, uśmiech bułgarskiej kelnerki, nieziemską solówkę Harrisona… (tej listy raczej nie dokończycie). Płynąc do ojca („Ale będzie niespodzianka, ale go zaskoczę!”), przypominał sobie te wszystkie boskie wakacje z dzieciństwa, które wydawało mu się czasami niezasłużenie szczęśliwym snem, - te słodkie, miodowe chwile, pełne światła, soli i rozmów o tym, że Lem to świetny powieściopisarz, natomiast Sienkiewicz – typowo lokalne zjawisko, które może zaciekawić swoim promieniującym prowincjonalnym patriotyzmem, ale nie siłą twórczej fantazji i bogactwem magicznych chwytów, niezbędnych dla każdego prawdziwego artysty. Sama myśl o tym, że za chwilę krzyknie: „Tato!”, i całe to szczęście, cały ten raj powtórzy się, powróci – samo drżące oczekiwanie tej nadchodzącej radości doprowadzało go do szału.
I, Boże, jaka pusta i podła, niepotrzebna i niesprawiedliwa była ta okrutna pobudka w ciemnym przedziale nocnego ekspresu „Warszawa – Malbork”, którym wracał z nudnej naukowej konferencji do domu!
2.Natalia. Przeciąg
Pewna legenda tłumaczy etymologię słowa „całować się” w ten sposób, że wszyscy kochankowie stanowili kiedyś nierozdzielną jedność, i teraz, w poszukiwaniu tej utraconej całości, łączymy usta w pocałunku, całujemy się.
Sławek nigdy nie zapamiętałby tej starej, naiwnej baśni, gdyby nie dziewczyna, która mu ją opowiedziała, - jego pierwsza (oczywiście, nieszczęśliwa) miłość: wysoka, ciemnowłosa Natalia, odrobinę starsza od niego, ukrywająca w swych bezdennych cygańskich oczach tę czarującą tajemnicę, co natychmiast paraliżuje mężczyznę gorzką, niezdrową fascynacją. I chociaż wszyscy dookoła przekonywali go, że prawdziwa miłość w wieku 17 lat jest raczej wykluczona, Sławek, w rozmowach godząc się zarówno z rodzicami, jak i z doświadczoną w tych sprawach starszą siostrą, głęboko w środku ze trzystuprocentową pewnością wiedział, że kocha naprawdę (cokolwiek to głupkowate „naprawdę” ma znaczyć). Daleko wyprzedzając swój wiek tak intelektem, jak i wyobraźnią, nie mógł jednak nie przyznać „dorosłym” racji, gdyż wszystkie ich rozważania i dowody rzeczywiście były bardzo rozsądne i nie grzeszyły tą niezdefiniowaną mieszaniną myśli i emocji, która opętała Sławka. Ale właśnie ten brak jakiejkolwiek logiki, to „istne szaleństwo”, które prześwitywały teraz z każdego jego słowa lub czynu, były mu tak bardzo cenne, że nie chciałby oddać je za ciche, niejakie szczęście „rozumnych” ludzi. Gorycz nieodwzajemnionego uczucia truła go coraz bardziej, smutek i strach gęstą mgłą kłębiły się w sercu, ale to one – one, a nie słuszne i mądre tezy rodziców były jego organiczną częścią, były Sławkiem, czyli tym zupełnie nowym człowiekiem, który – z trudem i bólem – dopiero rodził się w jego duszy. Nie zamierzał więc tak ławo ustąpić w walce o najcenniejsze, co tylko można bronić, - w walce o samego siebie, o swoje Ja: niech głupie, niech nieszczęśliwe, ale swoje.
Natalia była wtedy w dość długim już związku ze świeżo upieczonym magistrem Darkiem, początkującym pisarzem, również od niej młodszym. Kiedy dowiedziała się o miłości Sławka, to szybko przedstawiła go Darkowi, żeby nie doszło przypadkiem do niezręcznej sytuacji. Sławek rozgniewał się i postanowił przeprowadzić eksperyment: nie dzwonić do Natalii przez tydzień (zazwyczaj dzwonił co drugi dzień) i zobaczyć, jaka będzie jej reakcja. Zrozpaczony i bezmiernie zły na siebie, zrozumiał po upływie pięciu dni, że dłużej czekać nie może, że nie wytrzyma tego gorączkowego napięcia, graniczącego z dusznością, i już siedział, czerwony i zapłakany, przy telefonie, gdy ten nagle zadzwonił, i miękki, bursztynowy głos Natalii przywitał go, pytając, czemu tak długo się nie odzywa. Oto ona, słodka chwila zwycięstwa!
Lecz takich chwil było niewiele, poza tym często nie wiedział, czy ma traktować je jako spontaniczny wyraz sympatii, czy może są to zwyczajne prowokacje. Tym bardziej, że Natalia sama uznawała niektóre swoje uwagi za przykre i niepotrzebne, chociaż proste słowo „przepraszam” nigdy jednak nie spłynęło z jej nieodgadniętych ust (po co, na przykład, opowiadała o tych nieszczęsnych „truskawkowych” pocałunkach??).
Minął rok, drugi, minęły trzy, cztery lata, w ciągu których Sławek przeżył bolesną przeprowadzkę z Nowej Soli do Łodzi (gdzie jego ojciec dostał lepszą pracę), a Natalia rozstała się z Darkiem i była teraz z jakimś pracownikiem banku. Ten obraz nowego chłopaka Natalii, według Sławka, jednocześnie pasował i nie pasował do niej. Pasował, bo ukończyła Prawo i ogólnie była bardzo praktyczną, „przedsiębiorczą” osobą, mocno stąpającą po ziemi. Z drugiej zaś strony, dostrzegał w Natalii ten tajemniczy poetycki duch, który tak bardzo go do niej ciągnął, i trudno mu było pogodzić się z tym, że cała ta magia, cały ten kosmiczny wdzięk…
- Nie, nieważne, co mnie to obchodzi? – krzyczał na siebie i zaczynał myśleć o studiach, które właśnie rozpoczął, o nowym filmie Lyncha… i o Justynie – dziewczynie, która, jak mu się wydawało, darzyła go sympatią zbyt mocną, by nazwać ją koleżeńską.
Nie mylił się. Justyna, choć była wtedy, jak to się śmiesznie mówi, „zajęta”, coraz bardziej lubiła Sławka, aż pewnego dnia, w górach, gdzie ich wszystkich zaprosił ten sam Darek, który miał kiedyś zaszczyt być obok niedostępnej Natalii, - uświadomiła sobie (nie bez wstydu i wątpliwości), że ten staroświecki, romantyczny chłopak musi należeć do niej. Nie przypadkowo użyłem słowa „należeć”. Ten groźny, znienawidzony przez większość mężczyzn czasownik idealnie wyrażał stosunek Justyny do każdego z jej wcześniejszych partnerów, i dla Sławka, oczywiście, nie zamierzała robić wyjątku. Sławek, który tak szybko mówił, łatwo przyznawał się do winy i nie potrafił odmawiać, pasował do roli jej nowego „niewolnika” lepiej, niż ktokolwiek inny. Zadziwiające było więc to, że jego, w odróżnieniu od poprzedników, rzeczywiście pokochała i traktowała tak łagodnie, jak tylko mogła traktować swojego chłopaka. A kiedy przesadzała ze swoją zaborczością i niezadowoleniem, to później czuła się jakoś nieswojsko. Była nawet zła na to środowisko, w którym wyrosła i którego tradycje tak niełatwo było przezwyciężyć. Była zła na matkę, do której należał jej ojciec, i na ojca, który udawał, że wcale mu to nie przeszkadza; że to normalne, że kobieta ma czasem swoje „humorki” i trzeba się z tym liczyć, decydując się na małżeństwo (w tym momencie zwykle wyciągało się papierosa); była zła na swoją sąsiadkę Izę, która nie pozwoliła mężowi wyjechać na półroczne stypendium do Stanów, bo teraz, pozwalając Sławkowi na coś podobnego, wyszłaby w oczach Izy na idiotkę. Dobra, niewredna, do bólu kobieca dusza Justyny była zbyt nieodporna na wszelkie wpływy z zewnątrz.
Co do Sławka – nie ułatwiał tych nieuniknionych problemów, które pojawiały się w ich trudnym, ale z przebłyskami prawdziwego szczęścia, związku. Bardziej, niż kochał Justynę, był wdzięczny jej za to, że na dobre wygoniła z jego serca Natalię. Towarzysząc Justynie w trzygodzinnych zakupach w „Tesco”, słuchając jej nieskończonych telefonicznych rozmów z koleżankami, zanurzając się nocą w jej ciepłym, puszystym azylu, zapominał wszystkie swoje byłe smutki, całkowicie oddając się temu nieznanemu dotąd uczuciu odwzajemnionej miłości, które przynosiło spokój i satysfakcję. I wtedy los, jakby chcąc zweryfikować długotrwałość tej harmonii, wysłał Sławkowi coś, czego – po trzech latach życia z Justyną – spodziewał się najmniej: list od Natalii, w którym zapraszała go na swój ślub.
Niby nic niezwykłego się nie wydarzyło, wręcz przeciwnie – tego właśnie należało się spodziewać, w końcu Natalia miała już 28 lat, ale… Stało się to, czego najbardziej się obawiał: wszystko wróciło. Wszystko, co kiedyś stanowiło jądro jego istnienia, każda myśl, każde marzenie – wszystko cisnęło go teraz z podwójną siłą, i nie dawał sobie rady z tym naciskiem. W jednej jedynej chwili skoncentrował się cały ten koszmar, który Sławek przeżył kiedyś dawno temu i który wtedy miłosiernie rozciągnął się w czasie, raz ustając, za innym razem znów uderzając, i tak na zmianę, nigdy jednak nie pochłaniając go całkiem, zupełnie – tak, jak teraz. I znowu czuł, rozumiał, wiedział, że to jego „stałe” szczęście, to uczucie pewności i spokoju było fałszywe, że przez całe 1080 dni okłamywał Justynę i samego siebie. Co z tego, że było im dobrze razem, że tak miło wspominał ich pierwszą długą rozmowę u Darka (Karpacz, cisza, wszyscy jeszcze śpią, kawa się parzy…) i wycieczkę do Wilna? Co z tego, skoro to wszystko było tylko zjawą – żałosnym, bezmyślnym oszustwem? Raj może i jest dobry dla aniołów, ale jego ojczyzną były rozpacz i mrok: na nią był skazany i do niej chciał teraz powrócić. Zapomniał o swoim nowym wierszu, zapomniał o siostrze (miała go jutro odwiedzić), o porannej kłótni z Justyną…
***
Ale Justyna nie zapomniała. Jej ostre słowa i kapryśne pretensje nie dawały jej spokoju przez cały dzień. Myślała o Sławku i czekała, zniecierpliwiona, na wieczorną zgodę, którą dokładnie sobie obmyśliła i dla której nawet zwolniła się wcześniej z pracy, żeby po drodze do domu kupić Sławkowi jego ulubiony wiedeński sernik. Biedna dziewczyna! Bóg jeden wie, co działo się w jej myślach i co musiała czuć, gdy wróciwszy do ich cichej przytulnej kawalerki, została niemal zbita z nóg gwałtownym atakiem złego grudniowego wiatru, który bezczelnie wlatywał do pokoju przez szeroko otwarte okno...
3.Mimi
Leniwe sozopolskie słońce ostrożnie wychylało się z lekkiego porannego zachmurzenia, które na marne usiłowało przypomnieć o nocnej niepogodzie. Chmury coraz szybciej rozpuszczały się w waniliowym cappuccino jasnego letniego nieba, i każdy, kto stał w tej chwili na balkonach hotelu rodzinnego „Astra”, radośnie (lub nie) stwierdzał, że dzień będzie upalny. Jednym z tych rozmarzonych skowronków był Tymek Nowakowski, młody polski ksiądz.
- Trzeba mieć niezły harmider w głowie, żeby w wieku dwudziestu dwóch lat zostać księdzem! – uważał na ten temat jego bliski kolega Darek.
I rzeczywiście: harmider był porządny, wręcz niespotykany – taki, że już w liceum Tymek z niezrozumieniem, a niekiedy nawet z pogardą obserwował życie rówieśników, które wydawało mu się puste i nieciekawe. Myśl o dziewczynie – taka naturalna w tym wieku, że często aż obsesyjna – była dla niego szczególnie odpychająca. Nie dlatego, że coś z nim było „nie tak”, nie dlatego, że żadna mu się nie podobała (podobały się, i czuł to wszystko, co rzekomo powinien czuć każdy osiemnastoletni chłopak), lecz głównie przez to, że schemat (ciągle ten sam), według którego rozwijały się te liczne licealne „związki”, i rozśmieszał go, i przygnębiał. Wszystkie pary, które co tydzień „robiły się” wokół niego, można było podzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należeli ci, których, prócz czystej fizjologii, nic więcej nie łączyło. W dużej mierze było to związane z brakiem potencjalnych łączników, bo zainteresowania przedstawicieli owej grupy ograniczały się do zarabiania kasy za granicą i tradycyjnych pocałunków-dotyków w kinie (odważniejsi rozpoczynali współżycie, ale to, wbrew pozorom, niewiele zmieniało) plus para-trójka czułych słówek, zaczerpniętych z filmowych romansów. Takie stosunki nie trwały długo, i każdy finał (łącznie z rozpoczęciem kolejnej „miłostki’) niezwłocznie stawał się wielką sensacją wśród innych licealistów.
Druga grupa, a raczej grupka, składała się głownie ze zbuntowanych młodzieńców z ponurymi „Metallicami” na koszulkach: podarte dżinsy, plecaki rozpisane banałami w rodzaju „War no more” i „Piwa i modlitwy nigdy nie odmawiam”. W tym towarzystwie „wyzwolonych” non-konformistów (niemniej dumnych ze swojego „autsajderstwa”, niż członkowie pierwszej grupy ze swojej „normalności”) pary dobierały się według innych kryteriów, najczęściej zgodnie z muzyką, której się słuchało. Oczywiście, i w tym, „klimaciarskim”, kręgu czynniki zewnętrzne odgrywały swą niezniszczalną rolę, ale ważniejsze były tu wspólne hobby, które – i to bawiło Tymka najbardziej – zazwyczaj nazywano „światopoglądami”. Mimo wszystko, związki te były trwalsze, a niektóre nawet uwieńczały się ślubem, co w pierwszej grupie zdarzało się raczej tylko w przykrych przypadkach fatalnej nieopatrzności. Ale Tymek i tak czuł do obu grup to samo: żal i obrzydzenie.
Dobry przyjaciel Tymka – Darek – należał do drugiej grupy i ciągle, jak sam to nazywał, „siedział” u swojej dziewczyny (mieszkała z ledwo słyszącą babcią, która lubiła Tuwima). Czegoś takiego Tymek zupełnie nie potrafił zrozumieć. Jak można całe życie siedzieć i patrzeć się na siebie, póki w tym samym czasie w świecie dzieje się tyle niesamowitych rzeczy: budują miasta, rozwija się kultura, dochodzi do powstań i rewolucji, sztuka, nauka, religia przeżywają nowe wzloty i upadki, a oni kupują sobie chrupki i oglądają kolejny bzdurny serial, wyprodukowany przez MTV, i – o, niepojęta logiko prokreacji! – są chyba szczęśliwi, że to „wielkie” życie jest gdzieś tam daleko od nich, nie muszą więc na razie brać w nim udziału, radośnie obserwując kolorowe obrazki na zakurzonym ekranie! Dlatego niezmiernie ucieszył się, gdy po rozstaniu z Natalią (która, zdaniem Tymka, obcinała mu skrzydła) Darek napisał kilka bardzo udanych opowiadań, wkrótce umieszczonych w słynnej krakowskiej antologii.
Tymek niestety nie czuł w sobie twórczego powołania, chociaż zawsze szanował i podziwiał artystów, szczególnie pisarzy i kompozytorów. W muzyce Bacha, w tych długich, przestrzennych, ścigających się ze sobą dialogach znajdywał, przeczuwał odpowiedzi na wiele pytań, które zadawał sobie, samotnie patrząc z okna na szary szkolny dwór, lub w domu, przed samym zaśnięciem, gdy ze zwierzęcym strachem uświadamiał sobie, że zostało mu żyć o jeden dzień krócej.
Kapłaństwo nie było więc w pełni świadomym ani przemyślanym wyborem Tymka – raczej jedynym wyjściem z tej dziwnej sytuacji, w której się znajdywał: z jednej strony pozwalało mu – przynajmniej częściowo – wycofać się z życia, które go nudziło i którym gardził, z drugiej zaś – dawało możliwość zagłębić się w to, co zaczynało fascynować go coraz mocniej, - w naukę o Bogu, w teologię. Ale im więcej o tym czytał, im częściej rozmyślał o pierwotnym sensie chrześcijaństwa, im dokładniej studiował Biblię, historię Kościoła i biografie świętych, tym prędzej dochodził do niepokojących wniosków. Każda strofa w przeczytanych księgach, wszystkie Ewangelia i Listy Apostolskie – wszystko, aż do trywialnego wywiadu z biskupem (w przeszłości perkusistą i narkomanem) mówiło, krzyczało o jednym – i miłość była tym „jednym”. Lecz jeśli miłość do Boga – jako ogromny, graniczący z przerażeniem szacunek do abstrakcyjnego, niezdefiniowanego Absolutu – Tymek był jeszcze w stanie zrozumieć i w pełni zaakceptować, to miłość do bliźniego, do „tych” ludzi z ich płytkim, głupim życiem, gdzie największa radość to udane zakupy, - była mu zupełnie obca. Nawet te liczne spowiedzi (nudne, wymuszone, podobne do siebie), które musiał wysłuchiwać, w głębi duszy denerwowały go. Najgorsze było to, że wśród swoich kolegów-księży łatwo mógł odróżnić takich, jak on (inteligentnych, oczytanych mizantropów), od tych – jakby stojących na przeciwnym brzegu – którzy może i nie potrafili podczas kazania sypać cytatami z Augustyna i Bergsona, ale mieli w sercu tę cichą macierzyńską miłość do każdego i każdej, z której płynęły i łaska, i zrozumienie, i bezgraniczne współczucie – słowem, to wszystko, bez czego misja księdza traci swoje znaczenie i czego Tymek czuł, że nie posiada.
Te trudne myśli wróciły do niego, gdy wieczorem tego dnia, co tak fajnie się zapowiadał rano (i nie oszukał), siedział przy kamiennym stoliku w miłej bułgarskiej kawiarni i, ziewając, udawał, że słucha gadatliwego polskiego sąsiada, opowiadającego o swoim synu Krzysztofie, żonatym z kobietą, której nie kocha. Tymek uwielbiał wrzesień, troskliwie nazywając go „piątą porą roku”. Najkrótsza, bo trwająca tylko miesiąc, ale i najpiękniejsza.
Tymek myślał również o ładnej kelnerce, która przyniosła mu miętową herbatę z pysznym owocowym tortem. Krótkie szatynowe włosy, amatorski identyfikator, niechlujnie przyczepiony ciut wyżej lewej piersi, gęsty południowy uśmiech, ucięta biała spódnica, którą ostrożnie podrywał chrypiący wentylator („Psuje się”, - mrocznie stwierdził Witold)… Pragnął ją: jej słodką, niegrzeczną świeżość, jej opalone plecy, jej przyszłe uniesienia, jej szyję, usta… Próbował opanować swą wykolejoną fantazję, lecz w głowie zamieszkał już nieokiełznany chaos; poważne myśli mieszały się z głupstwami, układały się durne, bezsensowne wersy:
Co za uśmiech! Co za ręce!...
Kurde, czemu jestem księdzem?!
Gdybym nie był sługą Nieba,
To bym dawno ją wy…
***
Krótko mówiąc, - żegnaj, koncentracjo! Często ostatnio rozczarowywał się w wybranej ścieżce, wątpił, nawet wpadał w depresje, ale nigdy wcześniej nie był na tyle sobą, jak teraz – duszną wrześniową nocą w niskim, malowniczym Sozopolu. I nagle z bezlitosną jasnością zrozumiał, że jedyny Bóg, w którego w tej chwili wierzy, którego zna, kocha i całym sercem chce chwalić, - ten Bóg ma śmieszną chłopięcą fryzurę, zgrabne brązowe nóżki – i nazywa się Mimi.
4.Dzień, gdy przyjechał R.
O R. dowiedziałem się od mojego starego kolegi, pisarza Darka, u którego wszyscy wtedy gościliśmy. Wszyscy, czyli ja (bezrobotny magister psychologii), Justyna (moja, teraz już była, dziewczyna), nasz wspólny przyjaciel Sławek (obecny chłopak Justyny), niewiarygodnie zgrabna siostra Sławka Magda (chciałbym dodać: „moja obecna dziewczyna”, ale niestety) oraz ks. Tymoteusz, starszy ode mnie o rok (mówiliśmy na niego „święty Tymek”, i chyba nie był obrażony). Już debiut Darka okazał się wielkim sukcesem, a druga powieść (moim zdaniem, trochę słabsza, niż pierwsza) zdobyła sławę również poza Polską i została przetłumaczona nawet w Japonii. I wtedy Dariusz Kosiński, „guru polskiej cyber-awangardy”, który nie lubił pracować na komputerze, kupił sobie mały letni domek w Karpaczu. Właśnie tam zaprosił nas tuż po Wielkanocy. Dziewiętnastoletni Sławek był najmłodszym z nas, ja zaś byłem najbiedniejszy. Nawet Justyna wkrótce po obronie znalazła miejsce w jakiejś firmie: co prawda, na pytanie, co robi w pracy, odpowiadała: „A wiesz? Siedzę!”, ale mówią przecież, że lepsze to, niż nic. Magda grała na skrzypcach w wielkiej polsko-niemieckiej orkiestrze, więc w swoje dwadzieścia trzy zobaczyła całą Europę, Stany plus parę azjatyckich krajów i południową Afrykę, skąd przywiozła dość zwykły z wyglądu amulet, obdarzony rzekomo niezwykłą mocą, bo przynoszący miłość i dostatek.
- Wiesz (z reguły nie lubię, jak ktoś zaczyna wypowiedź tym słowem, ale w jej ustach brzmiało to uroczo), - mówiła, - nie jestem jakaś tam przesądna czy coś, ale…
Dalej tłumaczyła na przykładzie kilku „mistycznych” historii z życia, że ten kamień „naprawdę!” kryje w sobie niezbadaną siłę.
Byliśmy młodzi, dużo imprezowaliśmy. Podczas jednej z takich imprez, koło drugiej w nocy, stałem na pulchnym, niemalże barokowym, balkonie, niechętnie kończąc piąte piwo i myśląc – Bóg wie dlaczego – o śmierci i przemijaniu. Czytelniku! Jeśli nie jesteś kretynem, też czasem masz takie myśli. Nie dziw się więc i słuchaj dalej, bo właśnie kiedy próbowałem wyobrazić sobie obiecaną w chrześcijaństwie rajską wieczność (nie udało mi się), Darek naruszył chwilowe milczenie głośnym zawiadomieniem: „Pojutrze przyjeżdża R.!”
Nasze zdziwione spojrzenia, proszące o więcej informacji na temat R. i jego przybycia, były jedyną reakcją na tę frapującą nowość.
- Jak? – zaśmiał się Darek. – Nie znacie R.??
Nie mieliśmy zielonego pojęcia, o kim mówi.
- Cóż, - kaszlnął z wyrazem i pośpiesznie odstawił kieliszek z niedopitym brandy, - w takim razie poznacie niedługo jednego z najbardziej nieordynarnych i niesamowitych ludzi w tym kraju!
- Jest homoseksualistą? – zapytała Justyna, i myśl o konieczności naszego rozstania ponownie mnie odwiedziła.
- Nic z tych rzeczy, - Darek machnął ręką, widocznie równie zniesmaczony tym „aktualnym” przypuszczeniem. – Nie jest ani pedałem, ani komuchem. On nawet nie pali.
- Abstynent? – wciągnął się w zabawę Sławek.
- Pije okazjonalnie. Ale jego wyjątkowość polega na czymś zupełnie innym. – Darek dostał zaplanowaną ciszę, wyczekał, aż wzrośnie napięcie i kontynuował. – Ten człowiek potrafi przerwać księdzu w trakcie kazania, kwestionując wiarygodność jego słów i prawie kłócąc się z nim w kościele, pełnym ludzi.
Wszyscy, oprócz mnie i Darka, spojrzeli na Tymka, więc musiał się uśmiechnąć, żeby nie wyjść na sztywniaka. Zrobiło mi się go szkoda, ale na imprezach zawsze trzeba udawać, dlatego też nigdy za nimi nie przepadałem. Wbrew oczekiwaniom niektórych, Tymek ograniczył się do uśmiechu, nic nie powiedział i z zaciekawieniem (albo imitując zaciekawienie) zamienił się w słuch (wiecie, że Niemcy mówią „zamienił się w ucho”? J)
- W Warszawie jest strasznie znany, - kontynuował Darek. – W pewnych kręgach, oczywiście. Artystycznych, że tak powiem, - dodał, ironicznie podkreślając każdą sylabę słowa „artystycznych”.
- Ale co w nim takiego niezwykłego, oprócz tego, że potrafi być niemiły do kapłanów? – przypomniała o sobie Justyna, która na tyle nie lubiła uczucia izolacji, że często zupełnie niepotrzebnie wkraczała w naturalny tok rozmowy, wyprzedzając, jak w tym przypadku, to, co i tak ma nastąpić, lub w ogóle mówiąc coś z zupełnie innej bajki.
- Założę się, że jeszcze nigdy nie spotkaliście tak szczerego człowieka, - powiedział Darek, i niejasne było, czy w ten sposób odpowiada na pytanie Justyny, czy, ignorując go, mówi sobie dalej. – Opinia społeczna, otaczające go towarzystwo, jakieś tam tabu, zasady – to wszystko dla niego po prostu nie istnieje.
- Sorki, że przerywam, - przeprosiła Magda swoim tradycyjnie kokietującym tonem, który z nieznanych mi powodów niesamowicie mnie podniecał, - ale czym taka szczerość różni się od zwykłego… chamstwa?
I rozejrzawszy się wokół siebie, spotkała się z tym powszechnym zrozumieniem, na które liczyła (Tymek kiwnął, Justyna poparła ją rzęsami).
- Nie, nie, nie! – momentalnie zaprzeczył Darek. – On nie robi tego złośliwie, przysięgam! Znam go trochę i wiem, co mówię. Słuchajcie, jeśli i jest czasem chamski, to nie robi tego specjalnie. No bo co: mówi, na przykład, do swojej kobiety, że nieźle mu się z nią dziś w nocy…
- No to akurat jest raczej miłe, - zaśmiał się Sławek, i Justyna ogrzała go niedwuznacznym spojrzeniem.
- Biorąc pod uwagę ten fakt, że w pokoju było z dziesięć osób… - dodał Darek, coraz bardziej wkręcając się we własną opowieść.
- O kurde! – wyrwało się u wszystkich (każdy, wiadomo, wyraził to po swojemu, ale ogólny sens tych jawnych bądź ukrytych wyrazów był właśnie taki).
Tu nawet ja już nie wytrzymałem i upewniłem się, czy to ten człowiek dołączy do nas poju… „Nie, now sumie to już jutro”, - poprawiłem się, zerkając na zegarek.
- Dokładnie, - odpowiedział Darek.
- No właśnie! – zorientowała się Justyna. – Ej, ja się boję! Ej, ja stąd zwiewam! – i, zobaczywszy mnie, przypomniała sobie o moim istnieniu i cicho dopowiedziała. – Jedziemy, Andrzejku, nie?
Ale widać było, że tak naprawdę tajemniczy R. bardzo ją zaciekawił, i sama myśl o tym, że niedługo ten czarujący, znany w całej Warszawie buntownik pojawi się wśród nas, już teraz nie dawała jej spokoju. Dlatego nic nie odpowiedziałem i – jak wyjaśniło się dopiero o czwartej rano, kiedy poszliśmy spać, i moja ręka, lądując na jej brzuchu, ześlizgnęła się niżej – uraziłem Justynę tym „dziwnym milczeniem”.
A koło południa, póki wszyscy jeszcze spali, wyszedłem do sklepu po jogurt, bez którego od pewnego czasu nie wyobrażałem sobie normalnego poranka. Nieoczekiwana zmiana pogody (wcześniej prawie cały czas padało) po raz kolejny upewniła mnie w przekonaniu, że śledząc w mediach prognozę, dobrowolnie pozbawiamy siebie drobnej, lecz absolutnie niepowtarzalnej przyjemności, zwanej zaskoczeniem. Dzień był ciepły, suchy, słoneczny. Wczorajsze kałuże, chaotycznie porozrzucane wzdłuż wąskiej uliczki, prowadzącej do centrum miasta, na tyle nie pasowały do ogólnego zarysu, że wyglądały niczym przykre plamy po jakimś napoju, który zazdrosny uczeń rozlał na piękny obraz genialnego mistrza. Zjadłem jogurt w małym jaskrawym parku niedaleko kościoła z wystawą zdjęć Jana Pawła II i, rozkoszując się bajecznym popołudniem, zagłębiłem się w lekturę nowego „Forum”.
Kiedy wróciłem, dom po woli zaczynał się budzić. Sławek pił kawę z Justyną (przypomniały mi się kałuże-wykolejeńcy), Tymek coś czytał w łóżku, Magda była w łazience, i tylko Darek albo spał, albo nie chciał na razie wychodzić z pokoju. Niesamowite było to, że duch R. w jakiś niewytłumaczalny sposób również znajdował się między nami. Wydawało mi się, że teraz wszyscy już tylko czekają na niego, i jeśli nie mówią o tym wprost, to jedynie po to, żeby ukryć rosnące podniecenie. Justyna ze Sławkiem rozmawiali o czymś szeptem, ale słyszałem z fragmentów zdań, że mówią o R., a z wyrazu twarzy Sławka można było łatwo wyczytać, że przeważnie zgadza się z Justyną (a to bardzo ważne przy zdobywaniu kobiety). Tymek czytał Twardowskiego, ale czułem, że jego myśli są gdzie indziej, przy R. W końcu pojawił się Darek, i Magda, która akurat wyszła z łazienki, nawet nie witając ani jego, ani mnie, zapytała: „A ten… R. ma rodzeństwo?”
No, i zaczęło się. Sławek zainteresował się, ile R. ma lat, Justyna – o której dokładnie mamy się go jutro spodziewać (o ósmej – ósmej trzydzieści), Tymek zapytał o to, o co, jako ksiądz, wcześniej lub później musiał zapytać, a ja… A ja pomyślałem sobie, że może ten koleś, ten R., to rzeczywiście ktoś ciekawy, że może będzie przynajmniej z kim zamienić słowo. Ale jakoś szybko w to zwątpiłem i włączyłem telewizor.
Wieczorem wszyscy postanowili położyć się wcześniej, by wyspać się przed przyjazdem kontrowersyjnego gościa. Pamiętam, że długo nie mogłem zasnąć tej nocy… Myślałem o R., o Justynie i jeszcze o pewnej, chyba niezbyt zgranej, parce z tego sklepu, gdzie kupowałem jogurt. Wybierając pomiędzy truskawką a bananem, podsłuchiwałem końcówkę ich zabawnej kłótni:
- Jesteś przewrażliwiony i samolubny! – wrzeszczała mocno pomalowana kobieta z przeciętną figurą, ale całkiem słodką twarzą. – Dokładnie jak twój ojciec!
- Izo… - ledwo wymówił chłopak, i ze zmęczenia w jego głosie zrozumiałem, że kłócą się często. – Nie przesadzajmy, dobra?
W tym miejscu wspomnienie się urwało, i nareszcie zasnąłem.
***
Do dziś niełatwo mi w to uwierzyć, ale o siódmej rano następnego dnia nikt z nas już nie spał, i wszyscy siedzieliśmy w dużym pokoju, gdzie znajdowały się modna „office’owa” kuchenka i łóżko Tymka. Darka nie było. Cisza…
- Przyjeżdża samochodem? – odważył się Sławek.
- Chyba tak, - szeptem, jak podczas mszy, odpowiedziała Magda.
Nagle Darek opuścił swój pokój i z błyszczącym uśmiechem w oczach wyciągnął zza pleców gruby zielony zeszyt.