Cegła - Literatura - Proza - Poezja
CEGŁA NR 16 ROULOTTE - ZAPRASZAMY NA www.roulotte.pl
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1148, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 443, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 594, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 449, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 436, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 471, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 416, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 438, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 484, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 518, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 452, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 532, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 388, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 647, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 388, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 547, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 482, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 437, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 411, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 422, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 418, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 454, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 463, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 534, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych

Karol Pęcherz (fink)

 
 
 

Witam. Jako, że kolejny numer magazynu materiałów literackich cegła będzie surrealistyczny, wpadłem na taki pomysł, żeby kilkunastu autorów opowiedziało o swoim najdziwniejszym śnie, będzie to taki mały przegląd

Więc chodzi o to, żeby w kilkunastu zdaniach  opisać jakąś senną osobliwość.

Niestety czas nas goni i za niedługo zaczniemy składać numer, więc gdyby był jakiś sen do streszczenia to proszę nie zwlekać. Na pewno wyjdzie świetny zestaw koszmarów, a sam artykuł szybko przejdzie do historii i stanie się podstawą do badań psychoanalitycznych nad współczesną literaturą :)

                                                                                                     Karol Pęcherz

 

 

 

 

Bohdan Zadura

 

Drogi Karolu,

Jeśli ktoś, kto uległ szaleństwu zapisywania snów, robił to przez kilka lat w miarę systematycznie i nawet jakieś obszerne  wypisy z tych snów pod tytułem "Z Nocnych kartek" publikował, a nie wie, czy jest w stanie spełnić prośbę redakcji "Cegły", to wyglądać to może nieco dziwnie. Jednak redakcja prosi o opowieść o najdziwniejszym śnie, o opisanie w kilkunastu zdaniach jakiejś sennej osobliwości, o streszczenie snu, z czego ma wyjść - żywi taką nadzieję - świetny zestaw koszmarów, podstawa do badań psychoanalitycznych nad współczesną literaturą. To, co ma być zachętą, dla mnie brzmi raczej odstręczająco, być przedmiotem to mało pociągająca perspektywa, a być przedmiotem badań jeszcze mniej. Zwykłe okresowe badania lekarskie są zawsze dla mnie jakąś traumą, a tu w grę wchodzą  badania psychoanalityczne. Ale widzę jeszcze inne przeciwskazania. Opowiadanie snów jest moim zdaniem w złym guście, nie mówiąc o tym, że bywa ryzykowne. Śniłaś mi się - nieopatrznie mówisz komuś, a ten ktoś wyobraża sobie Bóg wie co.  Najdziwniejszy sen? Jak go wyselekcjonować, skoro w każdy wpisana jest jakaś dziwność, z natury swej niestopniowalna. Ten, w którym nic się właściwie nie dzieje, jest równie dziwny, jak ten, w którym dzieje się tyle, że brakuje dnia, żeby go zapisać.  Streszczenie snu? Który sam  - każdy - jest jakimś jednym wielkim skrótem. Koszmar, koszmar powracający? Nigdy nie czułem potrzeby skorzystania z pomocy psychoanalityka i nigdy nie powtarzał mi się żaden sen, co nie znaczy, że nie powracały z uporem godnym większych rzeczy jakieś szare, banalne  motywy - podróży, braku biletu, braku kompletnej garderoby, pieniędzy o najdziwniejszych nominałach. Więc ani nie jestem w stanie wybrać, ani opowiedzieć, ani streścić. Co najwyżej mogę posługując się metodą spod dużego palca, na chybił trafił, wyciąć z pliku jakiś zapis. Powiedzmy ten z 1 września 2004 roku.

 

01092004 W poniedziałek kilka osób w redakcji „Twórczości”, Aneta Wiatr, Janusz Drzewucki, w dużym przejściowym pokoju. Układ pomieszczeń jest inny, pokój Jurka od zachodu. Wchodzi ośmiu facetów z zakładu pogrzebowego, mówią, że przyszli po ciało, chcą, żeby zrobić im przejście. Aneta zgarnia z podłogi jakieś foliowe plansze z małymi pionami, chorągiewkami, znacznikami. Zmiata je nogą, myślę, że można było je przenieść, może Miecio Radomski coś na nich układał, może Ziemek Fedecki. Wygląda na to, że Jurek umarł w niedzielę i w nocy przeniesiono z domu jego ciało do redakcji. Nie wiedzieliśmy o tym, choć Drzewucki jakby to potwierdzał. Hanka jest w Szwecji, jakby dzwoniła stamtąd, jakby mówiła, że to jedno z miast, w których żyje się najtrudniej, drożyzna i bezrobocie. Ogólny stupor.

Wychodzę na dwór, siedzę na ławce koło jakiegoś skweru. Na zbitym z desek podeście koło stawu, wodnego oczka, spostrzegam Jurka, jest opalony, wychudzony i nagi. W którymś momencie przechyla się, ktoś go podtrzymuje. Więc ta wiadomość o jego śmierci była nieprawdziwa; chociaż jest bardzo słaby, niewątpliwie żyje.

Po jakiejś artystycznej imprezie exodus ulicami amerykańskiego miasta. Napięcie wśród ludzi, chęć najszybszego powrotu. Zaczął się koniec świata. Na niebie gwiazdy strzelają jak na pokazie sztucznych ogni, to zachwycające widowisko, piękno tych gwiezdnych fajerwerków przewyższa grozę. Dobiegam z kimś do kamiennego nabrzeża, ulica urywa się, ciemna woda oceanu. Jak na Atlantyk trochę zbyt ciemna, myślę, że to Leta.   

 

 
Jacek Gutorow

 

W mojej książeczce snów mam kilkaset zapisów, więc wybór bardzo
trudny. W  dodatku uważam, że czyjeś sny są raczej nudne, bo nie zna się
kontekstu.
 
Wybieram sen z Bjork:
 
I po co ta impreza? Zresztą: czy to w ogóle jest impreza? Siedzimy sobie
przy stoliku, pijemy piwo. W pewnym momencie zjawia się między nami Bjork.
 
Co za niespodzianka! Zawsze chciałem się znaleźć obok Bjork. O coś ją
pytam.
Odpowiada, więc wyciagam zza pazuchy dyktafon. Ale w tym momencie Bjork
wychodzi z lokalu. Pędzę za nią. Nigdzie jej nie ma, rozpoczynam
poszukiwania. Podświadomie czuję, że skierowała się w jakąś mroczną,
zacienioną stronę. Okrążam budynek. Jakieś olbrzymie krzaczory.
Podchodzę do jednego z nich i słyszę chichot. Z zielono-brązowej gęstwy wylatuje
nagle kula: cała czerwona i pożyłkowana, jakby unerwiona. Wisi przez chwilę w
powietrzu. Potem leci w moją stronę. Wygląda to groźnie, ale czuję, że
mam przed sobą rodzaj inicjacji i muszę trochę pocierpieć, aby dostąpić
wtajemniczenia. Kula przelatuje nade mną. Praktycznie przechodzi mi przez
głowę, w każdym razie przewraca mnie. Nie boli, ale całe moje "ja" ulega
wywróceniu na drugą stronę. Chichot. Kula oddala się i wraca jak
bumerang. I tak kilka razy. Za każdym razem moje "ja" traci punkt zaczepienia. Gdzie
jest ta Bjork?
 
JG
 

 

 

 

Adam Zdrodowski

 

1.

Jestem na bazarze. Chcę kupić 3 kilogramy marchewek. Sprzedawczyni, która albo nie dosłyszała, albo jest przejęta moim zdrowiem, sprzedaje mi 70 kilogramów. Zastanawiam się, czy zainwestować w sokowirówkę. Sytuacja wydaje mi się niezwykle zabawna.

Spada na mnie deszcz oskrobanych marchewek; scena kojarzy się z reklamą jakiegoś kosmetyku. Doznaję uczucia niewysłowionej błogości.

 

2.

W centrum handlowym „Klif” spotykam Donalda Tuska. Donald Tusk mówi mi „cześć”.

 

3.

We śnie ktoś lub coś przekazuje mi informację, że Beatlesów było sześciu.

 

4.

Biorę udział w konkursie w skoku w dal. Uczestnikami są sami poeci. Zawodnicy rozpędzają się na sfatygowanym chodniku przybitym do drewnianej bieżni gwoździkami. Wiem, że organizatorom zawodów zależy na tym, aby poeci biorący rozbieg nie tracili równowagi.

 

 

Agnieszka Wolny-Hamkało

 

 

Sen

 

Siwa rzuciła się na kanapę, wprost w ciepłą plamę jesiennego żółtego światła. Zmrużyła oczy i poczuła, że świat odkleja się od niej delikatnie i zostaje w tyle. Głosy z podwórka – nawoływania dzieci, szczekanie psa, pomruk samochodu – wszystko wycofało się nagle i rozproszyło. Zasnęła.

Śniło jej się wielkie drzewo: baobab, do którego zajrzała przez dziuplę. Wewnątrz panował nastrój pogodnej modlitwy. Na ustępach skalnych, na różnych wysokościach, siedzieli ludzie owinięci w jasne szmaty. W wyciągniętych rękach unosili lampiony jakby na roraty. Jeden zaintonował pieśń i zaraz dołączyli do niego pozostali. Siwa przez norę weszła do środka i natychmiast poczuła się bardzo zmęczona. Pod stopami zauważyła  pomarszczoną warstwę jakiejś folii czy brezentu: jakby ktoś chciał tu rozpakować cyrk albo wesołe miasteczko. Na folii, twarzą do podłogi, leżał nagi mężczyzna. Siwa położyła się przytulając głowę do jego pleców, a wtedy on odwrócił się: pedał w legginsach! To znaczy aktualnie bez legginsów.

Siwa ocknęła się lekko spocona i zaśmiała niepewnie. Tia. Wstała ostrożnie, żeby nie stracić równowagi. Wyciągnęła spod biurka pogniecioną reklamówkę i wysypała zawartość na dywan. Graty państwa von Kleist. Wesołe pamiątki po czerwonym poniedziałku.

Ze sterty śmieci i drobiazgów Siwa zaczęła wyciągać świstki papieru i prostować je: głównie rachunki, osierocony numer telefonu (bez nazwiska właściciela), płaskie pudełko zapałek z adresem jakiegoś klubu (jak z filmu Polańskiego – zauważyła i pochwaliła się w duchu za erudycję). Wśród rozsypanych pomarańczowych tik-taków poniewierało się opakowanie po Viagrze, dwa duże klucze z wisiorkiem w kształcie King Konga i wycinek z „Gazety Wyborczej”. Podniosła starannie wycięty fragment gazety. Po prawej stronie widniała reprodukcja skradzionej ikony. Wczorajszej nocy w jakiś tajemniczy sposób obraz zniknął z muzeum narodowego w Moskwie. Siwa uśmiechnęła się do siebie. Specjalistkę od ikon miała pod samym nosem.

 

 

Drugi sen Agnieszki

 

Wchodziło się tam przez podwórko, w którym pieklił się dokarmiany przez mieszkańców zwierzyniec: pies z kulawą nogą, koci miot, stado postrzępionych gołębi. Na cuchnącym podwórku, oparte o liszajowaty mur – stały trzy duże płyty szarej dykty, na której jakiś obsiurpany poeta obwieszczał światu swoją miłość albo śmierć – nie wiem, nie miałam czasu na głupoty. Otworzyłam zmurszałe drzwi, jednym susem przeskoczyłam dwa schodki i znalazłam się w korytarzu. Wnętrze wyglądało jak podupadła rekwizytornia. Ze ścian zerkały na mnie kukły (spektakl na podstawie Franza Kafki – pamiętałam), i kilka nieudanych portretów mieszkańców. Na wieszaku piętrzyły się rzucone na bezładną stertę płaszcze i puchowe kurtki. W drewnianych skrzyniach, upchnięte pod wieszak – stały dziesiątki zakurzonych książek. Ale pachniało ładnie – cynamonem i imbirem, a z kuchni dochodziły śpiewy i radosne nawoływania. W kuchni siedział żuk wielkości dużego dziecka. Bardzo piękny, lśniący pancerzyk oświetlała dyndająca jarzeniówka. I wtedy przypomniałam sobie zdanie z niedawno przeczytanej książki: - Niebawem każdy będzie nosił przy sobie balonik

z proszkiem owadobójczym.

 

 

 

 

Julia Fiedorczuk

Chodzi więc o to, że mam czytać jakieś wiersze. Kontekst jest dla mnie niejasny, ale nie przyznaję się. Mam wrażenie, że powinnam wiedzieć co tu się dzieje – czy to festiwal? promocja jakiejś antologii? występy dla prezydentów miast? – ale nie wiem. Wychodzę więc na scenę, która jest czymś w rodzaju wyspy w samym środku ogromnego morza ciał. Po drodze napotykam wzrok Bartka Majzla, który stara się dodać mi otuchy. Gdzieś z tyłu dostrzegam poetę Świetlickiego. Poeta Świetlicki otwiera i zamyka usta, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Domyślam się, że chodzi o muzykę dla ryb.

            Stoję pośrodku ogromnego morza ludzkich ciał i powoli dociera do mnie, że jestem na stadionie, a ci wszyscy ludzie to kibice (teraz już rozumiem, czemu Bartek tak rozpaczliwie próbował dodać mi otuchy). Staram się nie okazać zdenerwowania. Kartkuję książkę w poszukiwaniu wiersza, który mogłabym przeczytać. Teksty w książce są bardzo dziwne, nie udaje mi się znaleźć żadnego, który zidentyfikowałabym jak swój. Otwieram więc książkę na chybił-trafił, zaczynam czytać. Niestety, słowa z trudem przechodzą mi przez gardło, mylę się, muszę wracać do początku. Nagle widzę, że tekst, który czytam, ma luki. Staram się improwizować, żeby te luki czymś wypełnić, ale efekt jest żałosny. Słowa cały czas więzną mi w gardle. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że wiersz, który czytam, jest po niemiecku (nie znam niemieckiego). Wiem, że już długo nie pociągnę, że będę musiała zamilknąć, podnieść głowę i spotkać wzrok kibiców… na szczęście jednak budzę się właśnie w tym momencie, uniknąwszy konfrontacji z pragnieniem mojego stadionowego Innego.

 

 Jacek Dehnel

 

Owce z Calais

 

            Piszę wszystko tak, jak ujrzałem dnia 2. stycznia 2003 roku nad ranem.

            Najpierw było miasto, Calais, w Afryce. Może było to Khalez albo Calez, nie wiem, nigdzie nie widziałem nazwy, tylko słyszałem ją w tle. Miasto było biedne, jak wszystkie podupadłe kolonialne faktorie. Główna ulica schodziła do morza czy oceanu jak główna ulica Tropei. Domy były niskie, piętrowe, z rdzewiejącymi balkonikami nad drzwiami wejściowymi. W którymś domu z kolei, po prawej stronie, idąc w stronę morza, był sklepik z warzywami. Za ladą siedziałą senna dziewczyna, murzynka. Pomyślałem sobie, że jest bardzo piękna, bo była. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadała mi o swoich marzeniach, o studiach, śpiewie, a może aktorstwie; to zresztą nieistotne, bo wiedziałem, że już wkrótce nie utrzyma się z pracy w sklepie i będzie musiała zarabiać piętro wyżej, w pokoju na godziny, z żelaznym, pordzewiałym balkonikiem, wychodzącym na główną ulicę.

            Potem jechałem z kimś na farmę, czy może raczej do jakiegoś podupadłego burskiego majątku. Wyglądał jak miasto, tylko rozrzedzone - pusta przestrzeń, porośnięta brunatno-burą trawą, dom, jakieś zabudowania, siatka, w niej bramka wiodąca nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, pojedyncze, poskręcane drzewo, skład, obora, a może stajnia. Wszystko szare. Przyszły dwie szare kobiety; miały białoszare twarze, siwe włosy, płócienne bluzki i nieco ciemniejsze spódnice z grubego płótna. Kobiety stały przy furtce i wstydziły się podejść bliżej. Tymczasem nieco dalej kilku aroganckich facetów, którym wciąż powodziło się jeszcze całkiem nieźle, wykłócało się o transport owiec. Rozładowali je byle jak, rzucając na ziemię jak worki; wiele miało połamane nogi, ale mężczyźni i tak żądali pełnej zapłaty. Nie wiem, jak zakończył się spór, ale jeden z farmerów przywiózł ze sobą dziewczynę ze sklepiku przy głównej ulicy. Próbowałem z nią rozmawiać, ale niczego nie pamiętała - ani sklepiku, ani marzeń o aktorstwie. Stała tylko i stała koło mężczyzny, który nią gardził i traktował pewnie gorzej, niż owce.

            Kolej na stare kobiety. Przyszły prosić o jałmużnę. Dopiero w tej chwili zrozumiałem, że majątek również należy do jakiejś starej kobiety w szarym stroju, chyba mojej ciotki; była pewnie niemal równie biedna, co one, ale mimo to sprawowała tu wladzę i wiele od niej zależało.

            Pierwsza nic nie mówiła, miała krótko obcięte włosy i błędny wzrok. Druga zaciśniętymi ustami wypowiadała urywane zdania, niby to prosząc, a przecież żądając czegoś stanowczo w imię jakiś dawnych reguł; wszystkie wyglądały na wyznawczynie jakiejś wymierającej protestanckiej sekty. Najpierw chciała mąki i kaszy (zabawne, ale słowo "kasza" w mowie Burów brzmiało podobnie do polskiego i pamiętam, że bardzo mnie to ucieszyło), bo sama musi zajmować się siostrą chorą na Alzheimera. Zdziwiło mnie, że taka prosta kobieta powiedziała "Alzheimer" zupełnie płynnie, ale potem pomyślałem, ze dla Burów to nazwa łatwa do zapamiętania.

            - A ty - powiedziała ciotka - wspierałaś swoją córkę, kiedy wysłałaś ją do przytułku? Nie, zapomniałaś o niej, zapomniałaś, kiedy umierała. Nic nie dostaniesz.

            Kobieta jeszcze bardziej zacisnęła usta i poprosiła o pozwolenie na zamianę domu na chatę, leżącą na skraju wsi, żeby mogły mieszkać z dala od innych i żeby nie naigrywano się z jej siostry. Ciotka się zgodziła.

            - Popatrz - powiedziała, kiedy odeszły - wiedzą, że stracą na tej przeprowadzce. To ich ostatni majątek: różnica pomiędzy ceną domu, a chaty. Mogłyby z tego żyć przez jakiś czas. A jednak wolą zrezygnować z tej odrobiny pieniędzy, żeby uratować swoją godność.

            Jeszcze jeden mężczyzna prosił o pozwolenie na przeprowadzkę, bo żył z czarną kobietą, a może z czarnym chłopcem, i naigrywano się z niego tak, jak ze staruszek. Nie wiem dlaczego, ale jemu odmówiono; może chodziło o tę samą chatę na skraju wsi? Ile może być odosobnionych domów na skraju? Wtedy rzucił na ziemię tę kobietę, czy może chłopca, i bez skrępowania zaczęli się parzyć, jak zwierzęta, jak zwierzęta.

            Wtedy poleciały końcowe napisy - długi odjazd kamery, szare zabudowania, rozrzucone w szarobeżowej sawannie, samotna furtka i białe liternictwo: film dokumentalny, nagrodzony na festiwalu, dziękujemy tym a tym, wystąpili. I groteskowe: "Przy produkcji tego filmu nie ucierpiało żadne zwierzę. Przepraszamy owce z Calais za jakość resorów naszych samochodów".

            Nikt inny tego nie widział, dlatego piszę, jak ujrzałem wszystko dnia 2. stycznia 2003 roku nad ranem.

            Być może siostrzeniec właścicielki podupadłego majątku burskiego pod Calais, czy może Khalez, pisze teraz w swoim łóżku to, co widział moimi oczami, ale tego nigdy się nie dowiem.

 

                                                                                  Warszawa, 2. I. 2003

 

 

 

 

 

 

Darek Foks

Półsen w Trójmieście

 

Podczas mojego ostatniego pobytu w Gdańsku mieszkałem w hotelu Wolne Miasto na ulicy Św. Ducha. Przyjechałem na otwarcie wystawy „Opowiedziane inaczej...”, która mówiła o opowiadaniu inaczej. Przyjąłem zaproszenie, ponieważ od czasu do czasu dorabiam jako opowiadający inaczej. Po udanym wernisażu i kolacji udałem się do hotelu. Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę. Było gorąco. Klimatyzacji nie było. Chciałem zasnąć, więc nie zamknąłem okna, bo zasypiam tylko przy otwartym. Jednak nie dało się spać. Z baru wietnamskiego naprzeciwko co jakiś czas dobiegało tajemnicze „Niechpan sypkoje!”, po czym następował rechot nieustępliwych klientów, którym nie chciało się spać. Zebrałem się w sobie, ubrałem i wyszedłem na ulicę. Podszedłem do Wietnamczyka, ścisnąłem mocno jego ramiona i bardzo wolno wysyczałem: „Niech pan szybko je”. Przestraszył się. Powiedziałem łagodnie: „Powtórz”. Skupił się i powiedział: „Niech pan szybko je”. Uśmiechnąłem się szczerze, puściłem go i wróciłem do łóżka. Wietnamczyk przemówił poprawnie, klienci zjedli, zapłacili i poszli sobie. Bar został zamknięty. Rano wyruszyłem na dworzec. Pod Wolnym Miastem stał Wietnamczyk, który szeroko uśmiechnął się do mnie na pożegnanie i krzyknął: „Niech pan szybko jedzie!”. Pomachałem mu i odkrzyknąłem: „Trzymaj się, Niechpan!”.

 

7 czerwca 2008

 

 

 

 

 

Tomek Majeran
 
Kiedyś śniła mi się muzyka przerażająca i piękna. Żadnego obrazu,
tylko
fonia. Niestety, nie posługuję się pismem nutowym, więc na tym
kończę.
 
 
 
JULIA SZYCHOWIAK
Sen:

Śniło mi się, że karmiłam tatarem słup telegraficzny.

 
 
Marta Podgórnik
 
Teraz sen to moja najulubieńsza rozrywka. Za  kompletną darmochę! Zwykle gram główne role w kryminałach; koszmary i melodramaty odeszły natomiast w pizdu.
Albo raczej - do realu.
 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi