Cegła - Literatura - Proza - Poezja
WSPIERAJ NIEZALEŻNĄ TWÓRCZOŚĆ - PRZEGLĄDAJ REKLAMY GOOGLA
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #9

 
0fink
0) info
Odsłon: 1878, Komentarzy: 0
 
Adam Borowski
1) Rozdział: Przyjaźń
Odsłon: 2392, Komentarzy: 0
 
Artur Ruman
2) wiersze
Odsłon: 1544, Komentarzy: 0
 
Edward Pasewicz
3) Balladka o pani Su
Odsłon: 1680, Komentarzy: 1
 
Karol Maliszewski
4) Korespondencja seryjna - Marcin Łukasz Makowski
Odsłon: 1767, Komentarzy: 0
 
Karol Pęcherz (fink)
5) Czasy bez czasu - teratologia naszego teraz
Odsłon: 1385, Komentarzy: 0
 
Marcin Bałczewski
6) Kabinet
Odsłon: 1619, Komentarzy: 0
 
Rafał Wawrzyńczyk
7) wiersze
Odsłon: 1917, Komentarzy: 0
 
różni autorzy 1
8) wiersze fryzjerskie cz.1
Odsłon: 1583, Komentarzy: 0
 
różni autorzy 2
9) wiersze fryzjerskie cz.2
Odsłon: 1500, Komentarzy: 0
 
różni autorzy 1

8) wiersze fryzjerskie cz.1

 

 

Michał Piętniewicz. Jestem studentem IV roku wiedzy i kulturze na polonistyce na UJ, obecnie w zasadzie V. Piszę wiersze na nieszufladzie. I nie mam pieniędzy, ale na fryzjera zawsze coś się znajdzie

 

 

Ola 

 

ola ty byłaś fryzjereczką w białym fartuchu

strzygłaś za uszami wąsik bródkę przycinałaś bokobrody

w salce z mgłą i jesiennymi liśćmi siedziałem naprzeciwko

lustra i wpatrywałem się w głowę rosnącą w stożek

 

stałaś za mną i cięłaś równiuteńko by pójść potem w tan

z tamtą jesienią liście tańczyły wraz z tobą i mną

wirowała podłoga od mdłych obłędów jesiennych

suto zakrapiane bokobrody pana szefa wesoło merdały na wietrze

 

ciach ciach ciach i włosy spadały w rytm piosenek z radia

staruszek szefku podrygiwał wesoło i opowiadał bez ustanku

jaką to wielką wspaniałą rybę złowił w stawie jak to ona

nie chciała się dać złapać ciach ciach ciach i włosy spadały

 

bez ustanku bo coraz bardziej zbliżałaś się do mnie a moja twarz

zrobiła się cała z czerwonych dymów cały byłem umorusany

marzeniem o tobie fryzjerko w białym fartuchu z mgłą

zamiast sukienki z zimnymi oczami uśpionej księżniczki

 

ciach ciach ciach i trzeba było miotłą sprzątnąć podłogę

z moich wyliniałych kudłow brązowy pejzaż został starannie

przygaszony mistrzowską ręką starego szefka wszak ktoś musi być bogiem

w tym zakładzie gdzie oddycha się wśród gazet wśród plotek wśród słów

 

i snów bo cały czas śniłaś ten zakład włosy się zbliżały

toczyły po brązowej podłodze jesieni wśród niewygodnych krzeseł

nieugiętych pracowników starego szefka luster suszarek pomocników

trzymających miotłę trzymających nożyczki i ty tam całkiem nierealnie

 

śniłaś swój śmiertelny sen strzygąc mnie kochana masochistko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PIOTR GAJDA

Rocznik 66, zła karma, bo to rok konia w trygonie ognia...

Piszę wiersze nasączone czarną kawą i muzyką z winylowych płyt. Jestem z Polski B, ale b-moll, nie dur...

Tomasz Jastrun napisał o moich wierszach, że przypominają pełną barw mozaikę, która została tak rozbita, abyśmy składając ją trochę się pomęczyli.

Mam pewne osiągnięcia literackie, jakieś publikacje, które z radością wypisałem, ale zaraz skasowałem - niech przemówią same wiersze!

 

 

 

STOPKLATKA

Czas spauzował świat skurczył do rozmiaru

m-3, za ciasne są buty i ubrania, a pojedyncze

słowa mają objętość konstytucji. Kurz

przestał wariować i stał się domowym

zwierzęciem. Najbliżsi sąsiedzi mieszkają

w zamorskich państwach, taka cisza,

że wreszcie można usłyszeć jak rosną włosy,

zęby i paznokcie. Kiedy za oknem przelatuje

ptak, trwa to cały miesiąc.

 

W ŁÓŻKU Z DHARMĄ

Jest tylko wczoraj, dzisiaj i prześcieradła

rozwieszone pomiędzy. Archeologia pościeli

łże o hodowli paznokci i naskórka, myśli

nie odpoczną pod kloszem. Zamiast życiorysu,

odcisk ciała. Wsłuchuję się w szelest kołdry

jak w padający śnieg. Noc nie pozostawia śladów

linii papilarnych, nie pamiętam jej rysopisu.

Świt jest inspektorem, który wszczyna sprawę

z urzędu, szuka, pyta, śledzi.

 

LOKATOR

Klęska jest instytucją o stuletniej tradycji; ustala się

pora roku. W lustrze same złe wiadomości, garnitury

w szafach chorują na dysplazję. Z drzew lecą liście,

włosy wypadają garściami. Siedem dni tygodnia

jak siedem grzechów, za które nie przewidziano

rozgrzeszenia. Mieszkanie jest jak garb, wszędzie

trzeba je nosić. Na ścianie brakuje miejsca na jeszcze

jeden napis; zresztą wiersz stał się nieaktualny, drgnęła

kolejna dekada. Zdążymy, zdążymy, uspokaja lokum

i oddycha zamiast lokatora.

 

AWAKE

W łazience: nożyk do golenia, woda kolońska,

pasta do zębów, tabletki na sen. Dom prowadzi

spis z natury i nie ma w nim miejsca dla żywych.

Golisz się nie otwierając oczu, jakby ten,

którego śniłeś, położył monety na twoich powiekach.

Przejdziesz na drugą stronę lustra, ostrożnie,

przez krzyk tego, który został po tej stronie.

Bo właśnie zaciął się, obudził?

 

 

 

 

 

 

Przemek Witkowski

Przemek Witkowski, ur. 17.01.1982. zły. klasycyzujący. brzydki. przyjaciel tytoniu. Kocha z wzajemnością Wrocław. Doktorant na Wydziale Nauk Społecznych U.Wr. Jego wiersze publikowano w Dreszczu, Pomostach, Cegle i na portalu Odry i Biura Literackiego. W tym roku jego teksty ukaza sie w "Tygodniku Powszechnym" oraz w kwartalnikach "RED" i "Tekstualia".

 

 

KACPER MELCHIOR BALTAZAR

 

 

to odra włosy wszystkich zmarłych kobiet

nad miastem cienie stąd rzeźby mają połamane

wskazujące palce więc wzrok w niebo weź karton

wytnij serce wytnij gwiazdki potem dłoń wszystkie

linie papilarne połącz punkty wszystkie żyły kanały

arterie a przecież ta nad nami chmura to kobieta

niewątpliwie brzemienna rodzi światła wypluwa

wszystkie ulice miejskie tu jest ciemno deszcz

zaczynają puchnąc cegły milczymy jak dzieci

które coś zbroiły wszędzie trujący bluszcz

muchomory węże

 

 

 

 

 

 

 

 

Mateusz Melanowski

Urodzony w 1977 roku, publikował w wielu pismach, laureat wielu konkursów (mateuszmelanowski.prv.pl)

 

 

 

SAMOTNY TYDZIEŃ TRZYDZIESTOLATKA

 

poniedziałek –

odkryto preparat na łysienie

i wodę na marsie.

nie jest źle - myślę,

wychodząc do pracy. 

 

wtorek –

czy to ciało

chce się mnie pozbyć? –

zadaję sobie pytanie,

kiedy znowu czuję

łamanie w kościach.

 

środa –

oddałabym życie, żeby tam być,

słyszę w autobusie rozmowę

dwóch nastolatek. niebo? –

zastanawiam się.

 

czwartek –

gdyby człowiek

nie był istotą rozumną

posiadłby umiejętność latania,

przychodzi mi na myśl

kiedy potykam się

na schodach.

 

 piątek –

radio zostawiam włączone,

żeby nie wracać do ciszy.

ale cisza do powrotu? –

nasuwa mi się pytanie.

 

sobota –

jacek przeciągnął linę

i dostał zestaw dla strong mana

a leon zaśpiewał piosenkę

i dostał piłkę do nogi,

informuje mnie znajoma.

a ja próbuję wymyślić

co u mnie.

 

niedziela –

dzień zaskoczył mnie

kiedy piłem kawę.

wieczór jest bliżej

niż myślę.

 

***



         Właściwie nie czułem się zmieszany, gdy spotykałem osiedlową fryzjerkę. Równie dobrze musiałbym czuć się nieswojo, kiedy przedwczoraj zaczynałem poemat o osiedlowych sklepikach, jako że swego czasu zarzekałem się, że strzykam przez zęby wyłącznie krótką formą. Ale człowiek uczy się na błędach we własnych publikacjach, a po za tym żadną formą w brodę pluł sobie nie będę.
         Czy mogę powiedzieć, że dyżurna fryzjerka mnie nie lubi, gdyż to moja matka czyni pracę mojego owłosienia syzyfową? A może mnie wręcz pożąda, bo było jej dane mieć mnie tylko ten jeden jedyny raz kilka lat temu podczas dusznego dnia, przez który już przeciskała się noc? Dlaczego wówczas nie wybrałem tego przemiłego starszego pana, którego zakład również był czynny do 21-ej? Z tej przyczyny, co wszyscy: osiedlowe legendy powiadały, że nie znosił widoku włosów, które z uwielbieniem równał ze skórą. Jednakowoż mieszkańcy osiedla darzyli go sympatią. Każdy po drodze skądś dokądś i z dokądś do skądś, zahaczał o fryzjera, jako że ów zawsze stał w drzwiach swojego zakładu. Uśmiechnięty, wystawiał się na spojrzenia i chętnie z przechodniami wymieniał uwagi, nawet jeśli wymiana okazywała się nieopłacalna.
         Staruszek zszedł jakiś rok temu. A trzeba przyznać, że był wiekowy od zawsze, czyli od zarania naszego osiedla. Przyszło mu wyzionąć ducha pewnego brzydkiego dnia, w kierunku - wszyscy jesteśmy tego pewni – nieba. I całe szczęście, że na zawsze (chyba, że się mylę) utracił on świadomość tego, że jakoś żaden mieszkaniec nigdy nie zdecydował się na podważenie prastarych podań, na sprawdzenie czy dyplomy uczepione ścian jego królestwa bez poddanych są mimo wszystko świadectwem prawdy.
         Zupełnie niedawno wpadłem na to, że przyczyną jego śmierci mogła być tęsknota za klientem, a ściślej: tęsknota za włosami. No, ale świeć Panie nad jego duszą, a przy okazji: może każesz mu strzyc Siebie i aniołów według jego upodobań.
         Wracając do fryzjerki, to spoglądając na głowy lokatorów naszej spółdzielni trzeba przyznać, że fryzjerką była niezłą. Nie można nie dodać, że kobietą również - ach te pośladki, nic tylko ugrzęznąć na dobre.
         W tym momencie mojego opowiadania zdarzeń nieprawdziwych, a niektórych wręcz odwrotnie, mniej uważnym czytelnikom pragnę oznajmić, iż pozostali podejrzewają, że dam się obciąć pięknej znajomej. Otóż, ja sam jeszcze tego nie wiem a stoję przed zakładem fryzjerskim Niesforny Loczek i przed nią samą, tak się składa, że włosy mam do ramion a zachodzące słońce czerwieni się na nasz widok.
- Jeszcze tylko ty u mnie nie byłeś, proszę cię wejdź, bo umrę z tęsknoty jak starszy przemiły pan fryzjer - odzywa się znajoma.
Boże - myślę - czyżby przesympatyczny staruszek umarł z tęsknoty za moimi włosami?

Tymczasem ona ciągnie:
- Proszę cię wejdź, upiekłam ciasto według Zosi, ciasto według Marty i ciasto według Barbary, mam też cukierki, które z pewnością jadł twój ukochany dziadunio i majonez babuni, poza tym chlałam wódę z twoją ciotką i spałam z twoim wujkiem. No wchodzisz czy nie, gram świetnie w pchełki i mam największą kolekcję współczesnych poetów brytyjskich na osiedlu. Nnnnno… zobaczysz zostaniemy przyjaciółmi i będziemy pisali do siebie długie, wylewne listy, słyszysz? Dawno nikt do mnie nie pisał i moja skrzynka na listy zaczęła się kurczyć. Tępy jesteś jak nożyczki po obcięciu Violetty V.? Mieszkasz tu czy nie? No już, ruchy, ruchy!
         Czy się zdecydowałem? A jakie to ma dla was znaczenie? Mam nad wami tę przewagę, że raczej nigdy nie dowiem się jakie. Nie sądzę więc, by warto było was uświadamiać. Naszła mnie jedynie teraz - nie wiedzieć czemu - ochota, by wam przypomnieć czytelnicy mniej uważni, że nie znacie ni dnia, ni nocy a w niebie - jeżeli tam się znajdziecie - ogolą was na łysą pałę. Będę się o to modlić.

(sierpień, 2000)

 

 

 

 

 

Jacek Zduński

Janek Zduński. Wedle nieszuflady, urodził się w 1950 roku w Nowym Tomyślu, ale sam w to nie wierzy. Z zawodu spawacz i wynalazca, poezją zajmuje sie od kiedy zobaczył Jacka Dehnela w telewizji. W swoich wierszach jest piewcą banału i oczywistości. Tworzy własną techniką tzw. one hot minute.

 

 

 

XEROBOY

oczywiście myślałem o tym żeby zmienić zawód
takie myśli nachodzą chyba każdego
kiedy po raz 1234 słyszy
"raz dwustronnie poproszę"

ale za każdym razem dochodzę do wniosku
że jednak nie ma takiej potrzeby
możliwości, a nawet chęci

że jestem po prostu
stworzony do kserowania

 

 

łajka

jeśli połączymy nasze moce obliczeniowe
niczym w systemie z berkeley (czy tam oxfordu)
to może uda nam się wreszcie znaleźć
św. Graala lub chociaż poszlaki

albo jakiś mocniejszy sygnał
z pewnej określonej lokalizacji
nie dający się łatwo zagłuszyć
ani wytłumaczyć w tych okolicach
żadnych gwiazd przecież nie ma

i nawet jeśli nastąpi u ciebie
nieprzewidziana awaria systemu,
to wciąż możesz liczyć na mnie
na moich palcach
na moich włosach
na biciu mojego serca.

 

 

 

 

Błażej Kozicki

Błażej Kozicki (1985) urodzony w Toruniu studiuje w Lublinie uczestnik warsztatów literackich prowadzonych przez dr Arkadiusza Bagłajewskiego . publicznie : coś czytał ,coś wygrał ,coś publikował ,kogoś kocha . www.wszechwyskok.wordpress.com

 

 

 |na krótko|

 

proszę zapraszam ja na krótko

wie pan z fryzjerami to jest prosto

w kwestiach długości

trudno przecież przegadać własne włosy

 

historie przepuszcza się miedzy palcami

a czy jest coś lepszego niż dobra historia

a ile to jeszcze śpi tego nad nami

słyszy pan

to nie wiatr

to chrapanie

 

otóż

dżem mi z piwnicy ukradli

czereśniowy taki słodki

zepsuty pewnie

przyrzekłbym że na pewno

 

krócej nie trzeba

 

 

 

 

Ania Czyrska

 

Urodzona 12.01.1985 w Kędzierzynie- Koźlu.

Obecnie studiuje biblioterapię w Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (SKIBA) i mieszka we Wrocławiu.

 

 

Sid bez Nancy

 

Wyznaczono kierunki

Brudne ulice Brudni mężczyźni

Powoli wyklejone dziewczyny

Z rosyjskich kabin

 

Małe idee bywają czyste

 

Zepsute portrety uginają wnętrza

Różowe są nie tylko włosy

Nie ma już granic On siada

Ona siada przy mnie

 

Kierunki wnikają

W sieć jakiegoś ciebie

Nie wymyślimy punk rocka

Punk rock może być bez nas

 

Możemy tylko zdawać sobie sprawę z tła

Nawet, jeśli to tylko krzyki ulicy

 

                                               

Rozpoznawalność

                      Słowa są coraz bardziej dalekobieżne

 

 

 

Ona nie znosi luster

Wchodzę w Nią

Ona kupiła wizje

Z nierozpoznawalnej przestrzeni

 

Pijam tylko herbatę

Od kiedy upiłam się odbiciem

 

Lukier roztopił ostatnie ciasta

Nie ma takiego numeru

Nie ma numeru do kobiety, którą

Kochasz

 

Motyle spływają

Ubiegają się o lepsze jutro

Wolimy tę noc w obiegu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton