Cegła - Literatura - Proza - Poezja
********FAJNA FORMA FIRMOWEJ REKLAMY, KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net - w ten sposób wspierasz literaturę**********
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #7

 
Adam Grzelec
wiersze
Odsłon: 1970, Komentarzy: 0
 
Damian Czaus
wiersze
Odsłon: 1746, Komentarzy: 0
 
fink
info
Odsłon: 1582, Komentarzy: 0
 
fink
Wiersze z witryny na Cegłe
Odsłon: 1681, Komentarzy: 0
 
KAROL MALISZEWSKI
KORESPONDENCJA SERYJNA - cz. 5 Skrobich
Odsłon: 1487, Komentarzy: 0
 
Karol Pęcherz (fink)
Bierność wobec rebelii języka i kwestia autentyczności.
Odsłon: 2232, Komentarzy: 0
 
Maciej Malicki
Ostatni dzień w dziurze
Odsłon: 1600, Komentarzy: 0
 
Maciej Melecki
wiersze
Odsłon: 1530, Komentarzy: 0
 
Marek K.E. Baczewski
wiersze
Odsłon: 2057, Komentarzy: 0
 
Tomasz Majeran
wiersze
Odsłon: 1596, Komentarzy: 0
 
Maciej Malicki

Ostatni dzień w dziurze

 

 

 

 

Pewnego dnia rano wstałem w znakomitym nastroju. Ze snu wyrwały mnie odgłosy, których nie słyszałem od kilkudziesięciu lat. Charakterystyczne pufanie i wibrujący wysoko gwizd parowozu. Tak. Kończyłem powoli karierę barmana. Postanowiłem wykonać rzut na taśmę. Pracować trzy dni z rzędu. Piątek, sobota, niedziela. W piątek z Anią Barmanka, w sobotę z Agnieszką a w niedzielę drugi już raz sam. Od początku do końca. Otworzyć i zamknąć. Uzgodniłem pomysł z Tomkiem – właścicielem. “Jasne, ale mam prośbę, jeżeli zdarzą się jakieś nieprzewidziane historie, ktoś zachoruje albo nawali, to wskoczysz awaryjnie za bar?” – zapytał. “Jeżeli tylko będę w Mikołowie – zawsze, chętnie” – odpowiedziałem. Odpowiedziałem tak bo najbliższy miesiąc, nawet dwa, zapowiadały się obficie. Wyjazdy. Wychodziła moja nowa książka, nawet dwie, i musiałem wskoczyć w normalne w takich razach tryby. Pełnić obowiązki – cokolwiek to znaczy. Zaczynałem od Warszawy. Chciałem też spędzić kilka dni w Świdrze. Popatrzeć, porozmawiać. Może pójść nad rzekę? Nie patrzyłem i nie rozmawiałem od kilku miesięcy. A nad rzeką? Jeszcze dawniej. Nie planowałem jakichkolwiek kontaktów z ludźmi ze służb specjalnych. Wizyta w willi na obrzeżach nie wchodziła w grę. Nawet myśli nie dopuszczałem. Ale na razie kończyłem karierę barmana. Minął piątek [z Anią Barmanką do piątej rano], minęła sobota [z Agnieszką do wpół do piątej] – przyszła niedziela. Ostatnia niedziela, ostatni dzień za barem. Nie ukrywam, poczułem ulgę. Nie będę rozwijał. Powiem tylko – jeżeli usłyszę jak ktoś mówi, że praca barmana to praca przyjemna i łatwa – będę kategorycznie protestował. Z pełną świadomością. Z argumentami. W końcu przepracowałem kilka tygodni. Od podszewki poznałem. Tak. Nie będę rozwijał – mówiłem, pisałem. Wracam do niedzieli. Pierwszy pojawił się Przemek harmonijkarz. Usiadł na wysokim stołku przy barze.

       Nalej mi tequilę, nie złotą, czerwoną.

       Nie mam limonek, nawet cytryny. Tylko sól.

       No co ty. Nie używam. To filmowy zwyczaj.

Nalałem. Wychylił zamaszyście. Potem jeszcze trzy. I piwo. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że jest pośrednio związany z historią napisu. Od długiego czasu przestałem traktować pub Pryzmat jako miejsce w którym mógł się pojawić ktoś z nią związany. Chyba od dnia wizyty Zaginionej / Odnalezionej / Małej. Na pewno. Lubiłem Przemka. Ostry zawodnik. Zawsze w militarnej czapce z daszkiem, spod której długie, opadające na boki i kark, włosy. Tylko raz zdjął czapkę. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem że ma potężną łysinę. A włosy tylko na karku i skroniach. “Jestem łysy ale za to z długimi włosami” – skomentował moje zdziwienie. O! Łączniczka. Dawno jej nie widziałem. Na przedramieniu miała bandaż.

       Kopę lat. Co ci?

       Spadłam z konia. Duży żywiec. W szpitalu założyli mi szynę, ale zdjęłam bo swędziała.

       Szyna?

       Ręka. A dzisiaj w kościele, podczas mszy bezwiednie bawiłam się pierścionkiem na palcu. Kręciłam, zdejmowałam, wkładałam. I jak podszedł kościelny z tacą, to położyłam na niej pierścionek. Zorientowałam się dopiero po dobrej chwili. Pogoniłam za facetem, pogrzebałam wśród monet i pierścionek odebrałam. Dzięki. Dużo nalałeś.

       Z serca.

       Dziękuję. Jadłam dzisiaj zupełnie nieprawdopodobne ogórki. Mogłabym zamieszkać w słoiku – dodała i odeszła do stolika.

Przyszli Sadu i Bies. Marcin. Usiedli na stołkach.

       Biesu, Kaczor ci nigdy nie wybaczy. Zamów sobie zapiekankę.

       Sadu czerwony jak cegła, puść sobie jeszcze raz “Hey Jude”. Nie jestem dzieckiem ulicy. Zawsze lubowałem się w rynsztokach. Ostatnio zalałem się w przysłowiowy sztok i wyciągnąłem z tego wniosek, że granica między życiem a literaturą jest granicą umowną. Maćku, czy umówisz się ze mną na flaszkę wódki?

       Maćku, zapiekankę.

       Nie robię zapiekanek. Ani frytek.

       Dwa leszki.

Odeszli. Po chwili rozległy się pierwsze takty “Hey Jude”. Doskonale pamiętam w jakich okolicznościach pierwszy raz usłyszałem tę piosenkę. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym, może na początku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. [Zawsze miałem kłopot z datami – dlatego nieodmiennie wprawia mnie w osłupienie, a zarazem rozbawienie, mikołowski obyczaj który dla swoich potrzeb nazwałem chronologią muzyczną. Polega on na tym, że każdy utwór musi być dokładnie datowany. Rok, bardzo często miesiąc. Celują w nim Maciek, Anton i Mecenas. Słyszą pierwsze takty i natychmiast pada data]. Na pewno było to po marcu sześćdziesiątego ósmego. Siedzieliśmy w małym pokoju żoliborskiego mieszkania. Kilka osób. Pożegnalny wieczór dwóch wyjeżdżających z Polski na zawsze kolegów. Żydów. Na środku dywanu stało radio. Słuchaliśmy radia Luksemburg. Gadaliśmy. W pewnej chwili zapadła cisza. [Często zapadała tego wieczoru]. I właśnie wtedy usłyszałem pierwszy raz “Hey Jude”. Tak. Na schodach pojawił się Maciek.

       Maćku, będziesz jeszcze kiedyś barmanem? Moja koleżanka zrezygnowała z pracy w “Cafe Lura”.

       Spierdalaj.

       Chuj ci w dupę. Mineralna niegazowana, lód, cytryna.

       Proszę bardzo.

I tak do nocy. Wpadali. Wszyscy. Słowo zamienić. Wypić. Tuż przed północą do baru podeszła Łączniczka i podała mi gruby plik żółtych karteczek.

       Listy do ciebie, przeczytaj – powiedziała.

       Dziękuję. Teraz nie dam rady. Za ciemno. Wezmę do domu.

Schowałem korespondencję do lewej kieszeni koszuli. Przysiadłem na stołku. Sięgnąłem po strzęp gazety. Przeczytałem, bo duże i tłuste litery: [...] w swojej poezji opiewał jednak bezsens ludzkiej egzystencji i marność wszelkiego działania, twierdząc, że “skoro ostateczną rzeczą świata jest nicość”, jedyne rzeczy, dla których warto żyć, to “upojenie winem” i “dziewczyna o licach jak tulipan” [...]. Ze schodów zbiegła OB. Sportowe, czarne diversy, też czarne, sztruksowe spodnie, pomarańczowa kurtka. Uśmiechnięta. Zamaszysta. Na ramieniu torba. Trzasnęły rzepy. 

       Przyniosłam wino. Białe, pół wytrawne. Ze stacji benzynowej.

Miała policzki jak tulipan. Zarumienione. Usiadła na stołku naprzeciwko mnie. Dzieliła nas tylko lada. Tylko. Tak. Zdjęła kurtkę. Powiesiła na oparciu. Miała na sobie bardzo kolorowy sweter. Z przewagą niebieskości. Nie, bez przewagi. Jeżeli już – to zieleni. Coś jakby z okiem na piersiach. Na wysokości piersi. Tak. Zdecydowanie. Od pewnego czasu często kupowaliśmy z OB alkohol na stacji benzynowej. Piwo, wino, wódkę. O różnych porach. Raczej nocnych. Późno nocnych. Stąd wino. Stamtąd. Tak. Park, ławka, sadzawka. Tak. OB patrzyła na mnie bez słowa. Ja też. Bardzo lubiłem na nią patrzeć. Tak.

       Długo? – zapytała po chwili.

       Z godzinę. Myślę, że około pierwszej będę zamykał.

       Ławka?

       Jasne.

       Łenga, łenga – zanuciła, zeskoczyła ze stołka i poszła zobaczyć kto jeszcze jest.

Odprowadziłem ją wzrokiem. Nie tylko. Myślą też. Tak. Zza węgła wychynęła Ania Co Prowadzi Karaoke [zwana też Anią Od Karaoke]. Mini na szelkach, długie buty, fajne nogi. Też długie. Czerwone włosy raczej krótkie. Właśnie z powodu szelek coraz częściej zwracaliśmy się do niej per Ania Na Szelkach. Ona też pracowała za barem. Raz w tygodniu, pod warunkiem, że nie odbywało się akurat karaoke. [Pamiętam jak ją zobaczyłem pierwszy raz. Za konsoletą. Z boku ekran z tekstem piosenki, kolumny, głośna muzyka. Przed ekranem jakaś mała z mikrofonem. Śpiewała piosenkę “Stara ruda brudna kurwo, nikt nie będzie ruchał cię”. Byłem pijany, oparłem się o ceglany filar. W dłoni kufel piwa. W ustach papieros. Ze zdumieniem i rosnącym zachwytem wlepiałem oczy w mistrzynię ceremonii. Wulkan energii. W przerwie podszedłem do niej i powiedziałem – “kocham cię”. Tak się poznaliśmy. Tylko raz staliśmy razem za barem]. Tak jak przewidziałem, zamknąłem pub Pryzmat około pierwszej. Ciut po. I do parku z OB. Na ławkę. Strzelił korek. [OB nigdy nie rozstawała się z korkociągiem]. Piliśmy z dzioba, paliliśmy, i jak zwykle próbowaliśmy wystrzelać przy pomocy kciuka i palca wskazującego niedopałki do oddalonego o kilka metrów kosza na śmieci. Nigdy nam się to nie udało. OB podobno raz wcelowała, ale ja tego nie widziałem bo poszedłem wysikać się za pień też oddalonego o kilka metrów drzewa. Gadaliśmy o swoich sprawach, które od pewnego czasu zaskakującą się pojawiły. To znaczy coraz ich więcej było. Jej spraw. Moich spraw. Naszych spraw? Hm. Jeszcze nie wiedziałem. Mgliste. Skomplikowane. Trudne. Tak. Po pół godzinie poszliśmy na stację benzynową po kolejne białe wino i kolejne papierosy. OB jak zwykle pognała do toalety, a ja w tym czasie kupowałem co trzeba. Natknąłem się na Kurczaka, który odnosił do szafy chłodniczej kilka puszek piwa – “za zimne” – usprawiedliwił się, widząc moje zdziwione spojrzenie. “Wzięłaś papier?” zapytałem OB. “Tak”. Wróciliśmy na ławkę. Wrócił rytuał. Strzał korka, łykanie, palenie, pstrykanie, sikanie. Rozmowy. Sprawy. Cokolwiek to znaczy. A znaczy. Tak. Około czwartej OB poszła do domu w świetnym humorze, a ja – parkiem – na Rybnicką. Też w świetnym humorze. W pokoju włączyłem radio. Pierwszą wiadomością jaką usłyszałem, była wiadomość o zastrzeleniu barmanki w jednym z pubów na warszawskich polach mokotowskich. [Przyjechał właściciel żeby zamknąć knajpę i znalazł martwą kobietę za barem]. I w ułamku sekundy wróciło. Wszystko wróciło w całej jaskrawości. Napis, Ewa, willa na obrzeżach i tak dalej, i tak dalej. A wydawało mi się już, że historia naturalnie i płynnie odchodziła na drugi plan. Że skutecznie i szczelnie przykrywają ją wydarzenia ostatnich kilku tygodni. Zwłaszcza nasze [jej?, moje?] sprawy z OB. Byłem wściekły. Prysł dobry humor. “Dobra, dla świętego spokoju przeczytam jutro dwa ostatnie życiorysy – starca z Tomaszowa Lubelskiego i bezdomnego menela z dworca centralnego” – pomyślałem. “Zrobię to tylko dla siebie, ani myślę dzielić się wiedzą z ludźmi ze służb specjalnych, nie wyślę im ani słowa, nie zadzwonię”. Ta myśl przywróciła spokój. Zapaliłem papierosa. Już w łóżku. “A pojutrze pojadę do Warszawy, muszę jechać, zaczynają się obowiązki, spędzę kilka dni w Świdrze, pójdę nad rzekę, porozmawiam, popatrzę”. Zgasiłem papierosa. Postawiłem popielniczkę na dywanie obok łóżka. “I wrócę, wrócę, nie mogę doczekać się powrotu, choć jeszcze nie wyjechałem”. Tak. Zasnąłem. Prawdopodobnie uśmiechnięty. Na pewno.

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton