Możni tego świata wożą się odpicowanymi samochodami, które to mają zaświadczyć o ich dostojeństwie. Oblepieni królestwem przedmiotów spoglądają z dumą na tych, którzy tych przedmiotów mają choćby odrobinę mniej, na tych którzy oblepieni są zacniej spoglądają z mało skrywaną zazdrością. Dlatego też, aby zdusić w sobie niepokojące uczucie upośledzenia, każdego ranka, możni tego świata czynią się dostojniejszymi. Lepkość przedmiotów nadaje sens nie tylko działaniom możnych, nadaje też go przedmiotom samym. Oto sens, niczym piłeczka tenisowa, przerzucany jest to na jedną, a już to na drugą stronę przestrzeni. W miarowym transie ludzie i rzeczy uprawiają swoją grę, wokół której gromadzą się kibice. Przestrzeń zamienia się w kort - niepodważalny system prostych pytań i odpowiedzi.
W tej egzotycznej dżungli żyją węże pozbawione jadu, a pokrętne ścieżki są oświetlane blaskiem latarni.
Świat możnych - dziki i bezpieczny.
* * * * * * * * * * * * * * * * *
Jakiś czas temu moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Byliśmy rodziną dość zamożną, rodzice prowadzili sieć sklepów z markową odzieżą, które notabene stały się teraz moją własnością, a o których nie miałem zielonego pojęcia co się z nimi obecnie dzieje. Ani ojciec, ani matka nigdy nie poświęcali mi za dużo czasu, mieli własne sprawy, a ja byłem tylko jedną z tych spraw. Nigdy też nie miałem im tego za złe. W świecie możnych nie powinno się mieć komuś czegoś za złe. Wydawało im się, że miałem wszystko co chce, prawdę mówiąc ja również miałem takie wrażenie. Dopiero teraz... kiedy jestem sam ze sobą niczym wolny asteroid poszukujący nowej orbity, uświadomiłem sobie, że to tylko tak się wydawało - naturalny, zbiorowy obłęd.
Wyrwany z regularnego toru dawnej orbity szukałem nowego punktu zaczepienia, jakiejś kosmicznej siły, która utrzymałaby mnie w ryzach jednolitego sensu. Na razie wszystko migocze jak świeża lawa.
Pan Edek, który wiózł mnie swoją bryczką nie wiele miał wspólnego z możnym dostojeństwem. Przemierzał szosy i obserwował rzeczy, których równie dobrze mogłoby tam nie być.
W starczych, mocnych dłoniach trzymał lejce, którymi od czasu do czasu popędzał klacz. "Wiśta, wiśta"- krzyczał - przegryzając zębami słomiany papieros.
Opowiadał mi o nadchodzących żniwach i deszczu, który od dłuższego czasu trapił południe kraju.
- Bieda, bieda. Wszystko zgnite... - ciągnął ochrypłym głosem.
Wlepiłem wzrok w zad klaczy i dumałem nad prostotą pana Edka. Granatową kapotą, podniszczonym beretem z przyzwyczajenia tkwiącym na głowie, kilkudniowym zarostem, budował barykady odgradzające mój dotychczasowy świat, z którego uciekałem przecież w popłochu , od swojego świata.
Wóz sunął po wilgotnej szosie, a ja zastanawiałem się czy jestem w stanie przeskoczyć barykady, uciec od świata możnych, uciec gdziekolwiek...
Dojechaliśmy do wioski. Przed oczyma kreśliła mi się panorama wiejskiej zabudowy: stare, drewniane stodoły, okryte sfatygowanymi dachówkami, zagrody gospodarstw, psie budy. . Spytałem pana Edka o nocleg, wskazał mi kilka gospodarstw, gdzie była możliwość rozbicia namiotu. Kiedy mijaliśmy jeden z bardziej zaniedbanych budynków, pan Edek zwolnił tempo:
- Ooo! Tutaj mieszka Andrzej wariat. Rzadko go widuje, zaszył się w swoim warsztacie i buduje, panie, Arkę, łódź taką, wie pan o co chodzi.
- Łódź? W górach? - spytałem ze zdziwieniem.
- Ludzie powiadają, że zbzikował w kryminale. Siedział parę ładnych lat za spowodowanie śmiertelnego wypadku. Babę jakąś ubił. Pamiętam kiedyś dawno temu, o to jeszcze za kawalerki chyba było, to równy chłop był z tego Andrzeja, i bimbru się napił, i pogadać lubił, złoty człowiek, panie... a tera to o, matki dzieci nim straszą, historie takie opowiadają, że się nieboszczyki za głowy w trumnach łapią. Ja tam we wszystko nie wierze, ale wie pan, normalny to on chyba nie jest.
Czy mogłem się zatrzymać gdzieś indziej?
Czy mógłbym się czuć gdzieś swobodniej?
Tułający się po kosmosie asteroid, oderwany z dawnego układu, przeciskał się między gwiazdami, aż zakotwiczył we własnym porcie, osiadł w zmordowanym przez lata warsztacie by spełnić się w hermetycznej próżni.
* * * * * * * * * * * * * * * * *
Rozłożysty krzak głogu wydawał się być znakomitym schronieniem. Przycupłem więc pod kolczastą chmurą i z gadzią cierpliwością wypatrywałem Andrzeja Wariata. Ze spróchniałego warsztatu wydobywało się sporadycznie świadectwo świętej pracy. Wyobrażałem sobie ogrom poświęcenia i powagi wpompowane w tworzone przez mistrza sacrum. Na każdym wbitym gwoździu, zaciśniętej pętli żeglarskiej liny osadzała się niezatapialna pasja.
Tylko człowiek doświadczony tragedią zdobywa się na taką szczerość, którą to możni, a już to i biedniejsi ignoranci zwykli określać mianem szaleństwa.
Ale chwała na wieki tym, którym dany spokój szczęśliwy! Niechaj trajektoria ich orbit kreślą regularne elipsy, choć formą i treścią pospolite, a przecież i ślepe na kalejdoskopowe istotności, to jednak bezpieczne bo popularne, bo codzienne i pewne.
Bo rzecz to świadomości postrzegać i oceniać. A czy świadomość z kolei nie jest miarą doświadczenia, którego to znów panem jest los - improwizator dzikiej orkiestry, bądź ów muzyk grający tylko jedynie mu znaną, ale i konieczną melodie?
Buntować się zatem, czy godzić na wszystko? - nie wiedziałem ale ucieszyłem się, bo oto z warsztatu wyszedł Andrzej.
Rozglądał się bacznie po zagrodzie, widać szukał czegoś. Zbliżał się w moją stronę, tak że mogłem przyjrzeć się jego twarzy, która od góry zakryta była mocno osadzonym kaszkietem, a od dołu tryskała niczym wodospad górski siwą brodą.
Oczy Andrzeja, choć budzące zaufanie, same nieufne zdawały się skrywać, chowały się w cieniu czapki, w krzaczaste brwi, podobnie jak i dłonie, które pierzchły w prastare rękawice. Niedźwiedzia postura starca zagarniała przestrzeń w stopniu minimalnym.
Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego człowieka, który sprawiałby wrażenie tak małego.
Pozostawiając za sobą ślady trocin, zbliżał się coraz bardziej niepokojąco w moją stronę.
Dopiero teraz spostrzegłem, że za moimi plecami leżały leniwie belki, rozłożone nieregularnie przypominały bierki ze szkolnej ławy.
Starzec przymierzył się do jednej z nich. Widząc ile trudu wkłada, ten wiekowy już przecież człowiek w próbę przetransportowania materiału, postanowiłem zaoferować mu swoje młode ręce. Razem dociągnęliśmy bele do drzwi warsztatu, gdzie Andrzej podziękował mi skinieniem głowy. Ja jednak będąc tak blisko epicentrum fascynującej orbity nie mogłem się teraz wycofać. Chwyciłem belkę i, jak niegdyś Turczyn barbarzyńca, tak teraz ja, gwałtem wdarłem się na teren świętej krainy.
W blasku lampy jarzeniowej tkwiła łódź, której jak każdej oczywistości okazałem obojętność.
Być może to zachowanie przekonało go do mnie...
* * * * * * * * * * * * * * * * *
Popołudnia zwykłem spędzać na polanie, wśród iglastych chorągwi walczących z wiatrem, rozdzielonych meandrami potoku. Godzinami przesiadywałem na pniu starego buku, gdzie doskonała receptura czasu i przestrzeni rodziła we mnie nostalgię. Moje ciężkie myśli krążyły gdzieś ponad leśnym runem i bezszelestnie ginęły w paprociej wilgoci.
Wytrącony gigantyczną siłą z dawnej orbity dryfowałem samotnie czekając na punkt oparcia.
Szukałem świeżości, pasji życia, czegokolwiek co było wstanie mnie zatrzymać, ale jedyne co znajdywałem to mizerną garść borówek ukrytych w kieszeni spodni.
Wszystko co było stało się błahe i nieważne, wszystko, co dopiero będzie jest równie małoistotne.
Ta dziwna wolność pozwalała mi trwać, a kiedy stawała się męcząca wówczas uciekałem od niej, a to rzucając się w wir pracy wraz z Andrzejem, a to czytając książki, których mój gospodarz posiadał wiele.
Kiedy pracowałem z Andrzejem nie rozmawialiśmy prawie wcale, mówił mi tylko czym mam się zająć, udzielał wskazówek i porad. Czasami wyczuwałem świętość tego miejsca, która ogniskowała się w szczegółach: w trocinach wplecionych w gęstwinie zarostu, w zapachu zakurzonej pracy, w samotnie zagubionym gwoździu.
Wieczorami siadaliśmy razem przy stole i graliśmy w karty lub Chińczyka. Byliśmy dla siebie przeźroczyści, znani sobie, solidarni w tragedii. Nieszczęśliwa przeszłość wisiała nad nami ze spokojem pajęczyny uszytej pod stropem biednej chaty; pajęczyny, której nikomu się już nie chce zrywać i o której nikt już nie mówi.
Tylko poza ścianami gospody szalał histeryczny śmiech tych, co wiedzą lepiej - możnych dostojników, których głowy ledwie wystają z między fotela, a brzucha ale i tych prostych i biednych, którzy choć krzesła mają twardsze i brzuchy wklęsłe to jednak umysły ciasne.
Ale śmiech ten niebawem miał ucichnąć...
* * * * * * * * * * * * * * * * *
Wszelkie znaczenie wtóruje migotaniu gwiazd.
W noc taką jak ta rzeczywistość staje się bardziej przejrzysta, niczym obraz na otartym z kurzu ekranie. Nazbyt dobra widoczność budzi lęk, maślane oczy pluszowego misia stają się przeraźliwie ironiczne.
Wszelkie znaczenie wtóruje migotaniu gwiazd. Utarte prawdy, słowa codzienności toną w porywistym potoku, beznadziejnie wirując wołają pomocy.
A to najbardziej przecież bolesne, gdy własny pies oswajany latami gryzie rażony wścieklizną, dobry pan staje się ofiarą, futrzany przyjaciel - katem.
W noc taką jak ta możni i ubodzy trzymają się za ręce jak gdyby ta chwilowa solidarność miała dopomóc w utrzymaniu kursu dawnych orbit.
Ślepa woda, która z łatwością wydała życie, teraz możnych obdziera z dostojeństwa, odlepia przyschnięte bogactwo, biednym zaleje ostatnią poduszkę i resztkę snu spokojnego.
Tej nocy trzymają się za ręce, krowie spojrzenia mnożą się i przecinają przerażony okręg. Tama milczenia trwa.
Z bladego światła lampy jarzeniowej wyłania się tratwa. Powoli wpływa w wilgotny mrok.
Pędzona wichrem unosi się nad domami z dumą korsarskiego frachtowca. Mija elektryczne węże trzaskające po niebie i wtapia się w ołowiane sklepienie. Jeszcze widać potargane żagle zwycięstwa
A na dachach gospodarstw, niczym zbędne kominy, sterczą przepłoszeni wariaci.
* * * * * * * * * * * * * * * * *
Cóż, ruszać mi trzeba w drogę. Samotność tego miejsca jest zaiste przerażająca, ale udawanie, że się nie jest samemu jest jeszcze przeraźliwsze. Nic mnie tu już nie zatrzymuje. Miejsce się wyczerpało
Ci wszyscy dziwni ludkowie za kilka dni wpasują się na powrót w strukturę maszyny. Świat zakręci się regularnym ruchem, rozsiewając pnącza iluzji i pozoru. Kilka wolnych asteroidów, których owa iluzja przestaje dotyczyć, pofrunie gdzieś w przestworza...
Reszta zagnieździ się na dnie ciasnej kanki i będzie się poić wspólnym mlekiem, aby jeszcze raz zapomnieć, że kanki są chybotliwe.
Dla mnie to mleko nazbyt mdłe, a i z dna tego naczynia za wiele nie widać. Dlatego po prostu odchodzę taki sam jak przyszedłem. Trwam jak wulkaniczny szczyt, który latami tkwi niezmieniony i o którym nie wiadomo, czy już dawno wygasł, czy może wkrótce wybuchnie.