Wuj Mateusz to dopiero jest wuj! Chociaż w zasadzie, żeby być w zgodzie z prawdą, należałoby powiedzieć: to dopiero był wuj! Teraz mało co z niego zostało, to znaczy żyje jak każdy inny żywy człowiek, coś tam jeszcze mówi od czasu do czasu, choć rzadko z sensem, bo przez większość dnia jest zupełnie pijany i niewiele da się z tego jego mówienia zrozumieć, więc trzeba go traktować jak dziecko i wiele mu wybaczać, a w zasadzie to jeszcze więcej, bo wuj Mateusz jest teraz jak dziecko chore, a dzieci chore, wiadomo, grymaszą albo plotą trzy po trzy para piętnaście. No ale kiedyś Wuj Mateusz to był wuj jak się patrzy, nie to, żeby od razu był facetem na schował albo kimś takim, wręcz przeciwnie - był mikrusem, ale jaja miał na swoim miejscu i to jakie jaja! Dlatego wspominam go zawsze jako osobę wyjątkową, nie zaś jako to stare, rozkapryszone i wiecznie pijane dziecko, które wchodzi do pokoju albo do kuchni prosto z ulicy, w spuszczonych do kolan spodniach, bo zapomniało sobie te spodnie podciągnąć po wyjściu z ubikacji albo po odlaniu się na ścianę w bramie.
Wuj Mateusz to Bałuty. Bałuty to dzielnica Łodzi, która z uporem opiera się zmianom i której cały czas to opieranie się dobrze wychodzi, co nie znaczy, że wychodzi na zdrowie, wręcz przeciwnie. Bałuty to jakimś cudem wciąż jeszcze aktywna przeszłość, przeszłość na granicy upadku z wyczerpania. To przedwojenne kamienice, przedwojenny rynek, nawet kino „Świt” było tu przedwojenne, ale zostało zlikwidowane i zmienione w hurtownię używanej odzieży. W ten sposób zlikwidowano na Bałutach ostatni i od wielu lat jedyny przybytek tak zwanej kultury. No ale kiedyś, niezależnie od pory dnia, po wykupieniu biletu mogłeś w kinie „Świt” obejrzeć film, „Szczęki” na przykład, jak również, ale to już całkowicie gratis, dostać po zębach, tak jak dostał kiedyś młody Sitkiewicz i trzeba go było zawieść do szpitala, bo cały nadawał się do szycia. Poza tym w kinie „Świt” zawsze ktoś odlewał się w trakcie seansu na twoje siedzenie, śmiejąc się przy tym, jakby rzeczywiście było coś zabawnego w odlewaniu się na czyjeś siedzenie w kinie. Podobno przed wojną też tak tam było, choć miejscowi matuzalemowie twierdzą, że to nieprawda, że kiedyś byłoby to niemożliwe, bo przed wojną Bałutami rządził „Sicio”, który trzymał wszystkich twardo za twarz i nie pozwalał na podobne ekscesy. Ale w czasie okupacji „Sicia” zgarnęli w łapance Niemcy i zanim kumple pomyśleli, co tu zrobić, już leżał na cmentarzu na Dołach, bo jedyne, co się udało zrobić, to wykupić jego spalone ciało z więzienia na Radogoszczy. Po wojnie, bez „Sicia” dyscyplina na dzielnicy padła na twarz.
Kamienica, w której mieszkał wuj Mateusz też jest przedwojenna, nawet „toalety”, jak przed wojną, są tu na dworze - mówię „toalety”, żeby nie powiedzieć kible. W bramie zawsze stoją menele, na podwórku roi się od paserów, jakieś kobiety bez przerwy wydzierają się z okien, no i zawsze masz szansę, że obsra cię jeden z tysiąca gołębi, które krążą nad tym miejscem, bo te wszystkie typy, które handlują na Rynku Bałuckim albo czają się w bramach w nadziei skasowania łebka i zrobienia flaszki, to są zapaleni gołębiarze, którzy w wolnym od picia czasie oddają się swojej prawdziwej pasji, którą nie jest, o dziwo, picie, ale właśnie gołębie.
Wuj Mateusz przyjechał na Bałuty ze wsi, zaraz po wojsku, i od razu zakręcił się koło ciotki Haliny, która wtedy była fryzjerką i nie była jeszcze ciotką Haliną, ale po prostu Haliną, podobno niczego sobie Haliną, a jak mówili niektórzy - super babką, podobno, bo nie sposób tego sprawdzić, zwłaszcza, że ciotka waży teraz plus minus sto kilogramów, ma wąsa jak Wałęsa, no i ogólnie mówiąc, nie ma w niej żadnego śladu po tej super babce, którą ponoć kiedyś była. Pewne jest natomiast to, że najlepiej na świecie tańczyła twista, bo o tym mówią wszyscy dookoła, nie zaś tylko wyjątki, jak to ma miejsce w przypadku twierdzących, że była super babką.
Wuj Mateusz pochodził ze wsi, więc niejako siłą rzeczy był chłopakiem utalentowanym muzycznie, poza tym to jego wiejskie pochodzenie powodowało, że spokojnie robił swoje i nie pękał przy byle okazji jak jego kumple z kamienicy, tylko ostro rwał przed siebie, nie oglądając się na Bałuty i ich zastanawiającą tradycję wyrządzania sobie krzywdy. Kiedy jego rówieśnicy z Łagiewnickiej przeżywali mroczne egzystencjalne problemy typu „kraść czy nie kraść?”, ewentualnie „pić dwa dni czy tydzień z okładem?”, on dzielnie zasuwał do pracy, w której bez żadnego przygotowania naprawiał skomplikowane maszyny do szycia, zaś po powrocie do domu dął ile wejdzie w klarnet i saksofon altowy, bo nie uśmiechało mu się do końca życia naprawiać skomplikowanych maszyn do szycia, mimo że mógł to robić lewą ręką - jemu bardziej podobało się zostać muzykiem i grać jazz. Ale nie było to łatwe, głównie za sprawą ciotki Haliny, która wolała, żeby było jednak odwrotnie, to jest, żeby wuj Mateusz więcej czasu poświęcał skomplikowanym maszynom do szycia niż klarnetowi i saksofonowi altowemu.
Wkrótce po ślubie wujowi Mateuszowi przybyła nowa osoba do wyżywienia - córka Renata. Żeby podołać obowiązkom rodzicielskim, zmuszony był poniechać dalszych prób z kwartetem jazzowym, nie bez żalu oczywiście, ale i bez histerii, bo przecież był człowiekiem ze wsi i rozumiał, że jak mus to mus, i w większym niż dotąd zakresie oddał się naprawie skomplikowanych maszyn do szycia, zamków i innych przedmiotów precyzyjnych, bo wkrótce okazało się, że ma smykałkę do naprawiania wszystkiego, co tylko da się zepsuć, i wiadomość o tym szybko rozniosła się najpierw po Łagiewnickiej, a potem po całych Bałutach. No i wuj Mateusz naprawiał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, co przynieśli mu po pracy do domu zrozpaczeni sąsiedzi-użytkownicy. Na muzykowanie miał teraz niewiele czasu, zgoła nic, mało tego, zaczęło mu brakować czasu na sen, tak był zajęty naprawami, no i w końcu zaczął spóźniać się albo w ogóle nie zjawiał się w pracy, bo ta praca, którą wykonywał w do-mu zabierała mu większą część dnia i nocy, tak więc nawet nie mógł normalnie wstać z łóżka - do tego stopnia był przemęczony. Ciotka Halina nie martwiła się jednak tymi spóźnieniami, nie martwiła się także tym, że wujowi Mateuszowi coraz częściej zdarzało się w ogóle nie chodzić do pracy. Przestraszyła się dopiero, kiedy zwolniono go w końcu za ciągłe spóźnienia, ale był to niepokój krótkotrwały, bo zaraz doszła do wniosku, że to, co ludzie przynoszą wujowi Mateuszowi do naprawienia do domu i to, co wuj Mateusz na tych naprawach zarabia, to są dwie albo i trzy pensje, które dotąd zarabiał w zakładzie napraw maszyn tkackich „Hanex”. A kiedy tak pomyślała, to nawet ucieszyła się, że stało się tak, a nie inaczej, to zna-czy, że wuja Mateusza w końcu z tego zakładu wyrzucili, bo teraz i tak będzie miała więcej pieniędzy, a dodatkowo przez cały czas oko na wuja, który nie będzie już wychodził do pracy, tylko całe dnie będzie przesiadywał w domu nad naprawami, w jej i Renaty towarzystwie.
I tutaj się pomyliła.
Wuj Mateusz zrezygnował z pracy bez zbędnego sarkania, a nawet z radością, bo przecież i tak dni miał wypełnione w nadmiarze dłubaniną w różnych mechanicznych różnościach,
a że na brak pieniędzy nie mogli już z ciotką narzekać (miała całe mnóstwo rzeczy, których do niedawna im brakowało), wuj Mateusz postanowił ograniczyć także naprawy domowe, oczywiście kosztem podniesienia cen na swoje usługi, tak by ciotka nic na tym ograniczeniu nie straciła finansowo. Wygospodarowany w ten sposób czas chciał przeznaczyć na zarzucone muzykowanie. Ciotka Halina trochę się na ten pomysł boczyła, bojąc się odpływu klienteli i tego, że znów nie będzie miała wuja na oku, ale wuj wykonał manewr wyprzedzający wobec tego jej boczenia się i kiedy ona nadawała podniesionym głosem o „straconym życiu”, uśmiechnął się, ujął ja pod rękę i sprowadził na podwórko, gdzie w otoczeniu zachwyconych paserów i okolicznych meneli stało odpicowane przez niego cudo - wiśniowy motocykl marki „Junak” z koszem dla Renaty. I kiedy zdziwiona ciotka nadal tokowała, tyle że teraz na inny temat, to znaczy mówiła: - Chyba zgłupiałeś, Mateusz, jeśli sądzisz, że będę czymś takim jeździła! - on znów ujął ją pod rękę, umieścił w koszu, założył jej na głowę kask w kształcie przepołowionego strusiego jaja, odpalił –Junaka- i nie oglądając się na ograniczenia prędkości, pognali w kierunku lasu w Łagiewnikach, skąd wrócili po dwóch godzinach, a ciotka wróciła uszczęśliwiona, cała w skowronkach - jak to się mówi - no i cała zielona od trawy.
Niestety, pozostali członkowie kwartetu jazzowego, w którym wcześniej grał wuj Mateusz nie mieli takiej jak on smykałki do czegokolwiek poza graniem, choć i grać potrafili ledwo ledwo, więc kiedy na dobre zajął się naprawami i nie miał już czasu, żeby spotykać się z nimi zbyt często, żeby w spokoju szlifować septymy, a każdy przesłuchiwany przez nich z myślą
o zastąpieniu wuja Mateusza klarnecista lub saksofonista altowy był o całe niebo gorszy od niego, pomyśleli, że najlepiej połączyć przyjemne z pożytecznym i najęli się do grania w klubie nocnym „Mewa”. To co grali, to nie był już co prawda jazz ani nawet tani odblask jazzu, ale żyli z muzyki, o ile można tak powiedzieć, co już samo w sobie stanowiło dla nich wartość, a w wolnym czasie grali swoje dawne numery, tyle że bez klarnecisty i saksofonisty, bo przecież nie było z nimi wuja Mateusza, a kiedy się w końcu zjawił po zrzuceniu swoich mechanicznych kajdan, oni z kolei nie chcieli słyszeć o zmienianiu istniejącego status quo. Gra-nie w „Mewie” było ich jedynym zajęciem, jako że pożegnali się z wcześniej wykonywaną pracą, tak jak wuj Mateusz pożegnał się z zakładem napraw maszyn dziewiarskich „Hanex”. Nie miał innego wyjścia -chcąc grać, musiał grać z nimi w „Mewie”.
No i grał. Najpierw popołudniami, potem popołudniami i wieczorami, w końcu całe noce, od rana i znowu popołudniami, wieczorami i znów w nocy, grał non-stop. Do domu wracał skonany jak przysłowiowy pies, wiecznie na kacu, ale jakoś tak pozytywnie nastrojony,
z dodatnią energią w duszy, bo przecież cały czas wydawało mu się, że właśnie chwycił byka za rogi i robi to, co całe życie chciał robić, o czym skrycie marzył i czego skrycie pożądał, kiedy naprawiał wszystkie te mechaniczne cuda, do naprawiania których zmusiło go życie
i ciotka Halina. Kupił sobie nawet biały szal jako uzupełnienie świeżo skrojonego garnituru
„w jodełkę” i lakierek, po to, żeby jak później twierdził, jeszcze bardziej zaznaczyć przepaść, jaka oddzielała teraz jego obecne „ja” od „ja” dawnego. „Ja” naprawiacza mechanicznych różności, począwszy od niemieckich maszyn do szycia „Singer”, a skończywszy na szwajcarskich zegarkach marki „Delbana”, od „ja” wolnego strzelca, muzykującego od rana do późnej nocy w klubie nocnym „Mewa”. Nie grał wprawdzie jazzu, ale grał muzykę, gonił za rytmami, uciekał jak tylko mógł najszybciej przed zwykłością w niecodzienne. A wokół niego kręciła się przez cały ten czas zgraja Marianów, Heńków, Mietków, Jolant i Janin, dla których był tym niesamowitym „Panem Mateuszem”, który z taką łatwością przemycał do rozrywkowego programu klubu nocnego „Mewa” jazzowe frazy na saksofon altowy i klarnet, który, jeśli tylko była okazja, śpiewał ciepłym głosem May Way i That’s Life Franka Sinatry, który kunsztownymi frazami saksofonu altowego bądź klarnetu i białym szalem okręconym wokół szyi powodował, że klub nocny „Mewa” w jakiś niepojęty sposób zmieniał się nagle w płynącą nad włókienniczym miastem arkę niebanalnej rozrywki, żeby nie powiedzieć sztuki. Oczywiście, sztuki w rozumieniu Marianów, Heńków, Mietków, Jolant i Janin.
Ciotka Halina miała, rzecz jasna, za złe wujowi Mateuszowi jego późne powroty do domu, jak również to, że w ogóle tam nie wracał, z czasem coraz częściej, a co za tym idzie, że zaniedbywał ją i małą Renatę, nie mówiąc już o całej rzeszy imiennych i bezimiennych użytkowników bardziej i mniej skomplikowanych zepsutych przedmiotów mechanicznych, którzy zostali przez niego osieroceni i pozostawieni sam na sam z ich smutnym losem. Ale ciotkę Halinę, jako że była kobietą praktyczną i dość naiwną jednocześnie, szybko uspakajały pocałunki i zapewnienia wuja Mateusza, że to wszystko, co się dzieje, to nic poważnego, że ich życie zmieni się wkrótce nie do poznania, a nade wszystko uspakajały ją banknoty, których wuj Mateusz przynosił do domu jeszcze więcej niż poprzednio, które nawet kiedy był w sztok pijany, wystawały mu w wielkiej obfitości z kieszeni spodni, z kieszeni marynarki i kamizelki, a nawet z lakierek. Ciotka Halina wyjmowała je z wszystkich tych zakamarków, chowała do kopert, do szaf, pod ręczniki w komodzie, kupowała za nie masę najprzeróżniejszych, potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy, i wtedy jej serce faktycznie uspakajało się, mało tego - wtedy jej serce biło radośnie, a złoty bóg mamony kładł na jej czole swoje chłodne dłonie, mówiąc: - Spokojnie, córko, jestem z tobą! -a ona, już zupełnie uwolniona od trosk, odpowiadała: - Niech się dzieje wola twoja, Panie!
Jak się szybko okazało, wujowi Mateuszowi muzykowanie w klubie nocnym „Mewa” nie służyło - nie służyło, bo się rozpraszał. Rozpraszały go te wszystkie głupawe kawałki do tańca, które musiał grać wieczór po wieczorze, rozpraszała go publika, która chciała, żeby koniecznie grał to, co jej się podoba, zamiast tego, co on chciałby zagrać, rozpraszała go również coraz liczniejsza grupa „przyjaciół”, którzy nie dawali mu spokoju po fajrancie i odciągali od ciotki Haliny i Renaty. Jednak nade wszystko rozpraszało go to, że wbrew rozsądkowi próbował na siłę układać to wymykające się z jego rąk życie, a ono, jakby na złość, funkcjonowało wedle sobie tylko znanych zasad i praw, zupełnie tak, jakby to jego życie żyło niezależnie od niego samego, niezależnie od planów, jakie sobie układał.
Wuj Mateusz zaczął uciekać, zrazu powoli, oszukując samego siebie, że wszystko jest
w porządku, że wcale nie ucieka, tylko przemieszcza się zgodnie z planem, w kierunku, który wcześniej obrał, potem coraz szybciej, gubiąc rytm, już bez udawania, że widzi metę lub chociaż zarys drogi, którą gna. Uciekał, bo zrozumiał, że wcale nie chwycił byka za rogi, że nie gra jazzu tylko tandetny chłam dla publiczności, która ma go za nic i równie dobrze zamiast niego w klubie nocnym „Mewa” mógłby grać na klarnecie niedźwiedź albo pies sprowadzony z cyrku. Uciekał, bo zrozumiał, że coraz trudniej przychodzi mu wyzwolić się spod wpływu różnej maści Marianów, Heńków, Mietków, Jolant i Janin, że wprawdzie wciąż jeszcze biegnie, ale już wkrótce będzie leżeć twarzą do ziemi i ta ziemia przyciągnie go do siebie z taką mocą, że nigdy już nie wstanie na proste nogi. Ale zamiast wyhamować, wygasić silnik coraz szybciej mijających dni, silnik który od wielu miesięcy pracował na podwyższonych obrotach i wył ze zmęczenia, zamiast zwolnić, zatrzasnąć za sobą drzwi klubu nocnego „Mewa” i wreszcie odpocząć, wuj Mateusz samobójczo dociskał pedał życia do dechy i jak zaczarowany gnał przed siebie na oślep z uśmiechem desperata na twarzy. Wkrótce do obowiązków zabawiania publiczności w „Mewie” doszedł mu obowiązek zabawiania gości w „Relaxie”, potem w „Rondzie”, a w końcu na niezliczonych imprezach towarzyskich, w trakcie których pojawiało się zapotrzebowanie na „grajków”, nie wyłączając wesel, srebrnych, złotych i miedzianych godów, nie wyłączając nawet pogrzebów, bo i na pogrzebach był niekiedy potrzebny ktoś, kto zagra zmarłemu do wieczystego snu jego ulubiony kawałek. Ciotka Halina i Renata nie widywały wuja Mateusza całymi dniami, potem całym tygodniami, aż w końcu zaczął się zjawiać w domu od przypadku do przypadku.
Tak minęły trzy lata.
Po trzech latach poirytowana nie na żarty i wcale już nie naiwna ciotka Halina, która prze-stała odnajdywać w marynarkach, spodniach i kamizelkach wuja Mateusza banknoty, które tak lubiła i które były jej niezbędne do życia w tym samym stopniu co tlen i woda rybom, która nie mogła już na niego liczyć zupełnie w niczym, no więc ta poirytowana ciotka Halina wykorzystała moment jego nieuwagi, krótką chwilę kiedy przysnął, siedząc na krześle po tygodniowej „trasie” z lokalu do lokalu, od grania do grania, i wyniosła do sąsiadki jego miłość - saksofon altowy. A kiedy się przebudził, z szatańskim błyskiem w oczach złamała o kolano jego klarnet, złamane kawałki rzuciła mu pod nogi i powiedziała: - Masz, teraz sobie na tym zagraj, idioto! Ale wuj Mateusz nie zareagował na zniszczenie instrumentu ani na obraźliwy epitet „idioto”, dalej siedział w niezmienionej pozycji, patrząc przed siebie i nic nie mówiąc, tylko dolna warga niedostrzegalnie opadła mu w dół jak u prawdziwego idioty. Od tej pory, to jest od momentu, kiedy ciotka Halina złamała jego klarnet, wuj Mateusz siedział tak dzień w dzień, siedział i po prostu patrzył przed siebie, rozproszony i nieobecny. Mocne światło rozświetlające dotąd jego oczy zgasło, a on gnił na tym cholernym stołku, który przywiózł sobie jeszcze ze wsi i który przypominał mu bezproblemowe dzieciństwo wiejskie-go kmiota. Siedział w rozpiętej koszuli, nieogolony i nieuczesany od wielu dni, i było mu zupełnie obojętne, na co patrzy, czy to jest ściana, firana, widok za oknem, czy wrzeszcząca z wściekłości ciotka Halina. A w tym siedzeniu i bezmyślnym gapieniu się przed siebie był zupełnie jak samochód, który siłą rozpędu toczy się przed siebie, ale który już nigdy się nie zatrzyma, bo nie ma hamulców, a droga, którą się toczy, wiedzie z góry w dół.
Ciotkę Halinę to jego siedzenie najpierw denerwowało, potem rozjuszało do nieprzytomności, tak że wykrzykiwała pod niebiosa niekończącą się litanię przekleństw i obelg, takich które były w powszechnym użyciu i całkowicie oryginalnych, wymyślanych przez nią napoczekaniu, aż wreszcie zaczęła się zastanawiać. -Dlaczego on, u diabła, tak siedzi? Ale odpowiedź na to pytanie przez długie tygodnie pozostawała dla niej niewiadomą. Czas mijał, złe uczucia ustępowały uczuciom dobrym, zwolna zanikała toksyczna niechęć, z jaką ciotka Halina odnosiła się do wuja Mateusza, aż w końcu i ona rozwiała się jak dym. Mało tego, wkrótce ciotka Halina zaczęła współczuć wujowi Mateuszowi, potem zaczęła się o niego lękać, a w tym lękaniu się najbardziej przerażała ją sama istota lęku, to mianowicie, że nie potrafiła dociec przyczyny, która spowodowała pęknięcie więzów łączących jej męża ze światem oraz że nie potrafiła umiejscowić i wyjaśnić sobie przyczyn choroby, która go trawiła i spychała na margines życia. Wuj Mateusz nie pomagał jej, niestety, w jakikolwiek sposób w rozwikłaniu zagadki swego nieobecnego bytowania. On po prostu siedział, tak jakby niczego nie widział, jego dolna warga zwisała bezsilnie jak u prawdziwej ofiary, a po brodzie ciekła mu niestrudzenie strużka śliny.
W przerwach między myśleniem na temat siedzenia wuja Mateusza ciotkę Halinę zaprzątały także inne, równie poważne problemy, kto wie czy nawet nie poważniejsze, bo dotyczące codziennej egzystencji, czyli tego jak przeżyć kolejny miesiąc, nie jedząc na kreskę.
Ale któregoś dnia wuj Mateusz ni stąd, ni zowąd przerwał nagle swoje wysiadywanie na stołku, westchnął i jak gdyby nigdy nic udał się do łazienki, z której po chwili wrócił, żeby
z flegmą zapytać ciotkę Halinę: - Brałaś mój pędzel do golenia? Nie mogę znaleźć...
A zaskoczona i zestresowana nagłym przebudzeniem się wuja Mateusza z letargu ciotka od-powiedziała: - Tak, to znaczy nie... To znaczy brałam... Wuj Mateusz popatrzył na nią nie bez ironii, po czym z całkowitą przytomnością i wyraźnym rozbawieniem, dalej drążył temat:
- To jak, brałaś czy nie? Zdecyduj się, kobieto... Ale ciotka nie miała nawet chwili, żeby rozstrzygnąć tę palącą kwestię - najpierw poczuła chłód płynący od stóp w górę jej ciała, potem coś ucisnęło jej skronie, przepłynął przez nią dreszcz ciepła i bez przytomności osunęła się na podłogę w kuchni wyłożoną zielonkawym linoleum. Kiedy przebudziła się po kilkudziesięciu sekundach, była już w pozycji siedzącej, ułożona wygodnie na fotelu w dużym pokoju, z podkurczonymi i lekko uniesionymi do góry nogami, a nad nią stał uśmiechnięty wuj Mateusz i kręcąc z dezaprobatą głową, ale równocześnie pełen życzliwości i zrozumienia dla jej nagłej niedyspozycji, powtarzał: - Zgłupiała, normalnie zgłupiała! A ciotka patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, nie mogąc wykrztusić słowa, tak ją to „zmartwychwstanie” wuja Mateusza zdezorientowało, i taki stan trwał dobre kilkanaście mi-nut, aż wreszcie, sama się tego po sobie nie spodziewając, natarła z impetem na męża i zaczęła go prać ile wejdzie i po czym się tylko dało zaciśniętymi w kułak dłońmi, krzycząc bezsilnie: - Ty świnio, jak mogłeś... I po krótkiej pauzie: - Wróciłeś, Jezusie, Maryjo, Mateusz, wróciłeś! Ale nie mogła już nic więcej dodać, bo głos znów zaczął się jej łamać, zaczęła łkać, a w chwilę potem szlochała już na całego, tak jakby na wojnie straciła kogoś bliskiego i ten jej bliski odnalazł się niespodziewanie po wielu latach. Po chwili zupełnie opuściły ją siły i znów opadła na fotel, a wraz z nią opadł wuj Mateusz, który wprawdzie nie szlochał, ale jedna, samotna łza stoczyła się po jego nieogolonym policzku i znikła gdzieś w zaroślach podbródka, tam gdzie przez ostanie miesiące kończyła zwykle swoją drogę strużka śliny.