Gorzej niż dzieci, banda nawiedzonych harcerzyków, rozpaleni odkryciem na podwórku gruchota bez kół i silnika, który w ich wyobraźni stał się nagle bojową maszyną Luke’a Skywalkera, w wolnym tłumaczeniu - Lucjana Nieboprzechadzki. Tak właśnie - hałastra Lucków Niebołazów. Tak właśnie patrzył przez chwilę na siebie i na nich: Gerarda, Piotra i Jacka, gdy Karina z wszystkorozumiejącym wyrazem twarzy kroiła chleb, czosnek, smarowała masłem i podawała temu który akurat skończył poprzednią skibę i zaczynał za bardzo chlapać ozorem. Swędziały podziergane w malinowych zaroślach łydki, uwierał pokrowiec z zaschniętego potu i wilgoci której pełno było w powietrzu. Słowa więzły w gardle. I jakoś głupio, że tylko tyle się udało. Właściwie nic. Powoli docierało do Andrzeja, a chyba także i do pozostałych, że to tylko zbiorowe zaśnienie, chociaż zdawałoby się że cały czas po ubitej ziemi, po przeżartych rdzą podkładach.
- I co jeszcze niezwykłego wam się wydarzyło, opowiedzcie coś ; rzucała co chwilę Karina dobrotliwie, zupełnie jakby nie była żoną Jacka, a raczej starszą siostrą całej czwórki. Miała w oczach oczekiwanie na opowieść o odkryciu skarbu templariuszy albo bursztynowej komnaty.
- Słuchaj, tam była na jednej stacji ogromna Cysterna, z Rumunii, sprawdzaliśmy tabliczki znamionowe i ona stała w poprzek torów.
Karina uniosła brwi, jakby uprzejmie zdziwiona, że cysterna w poprzek torów może być odkryciem.
- Dziwna sprawa, oni przecież musieliby jakiś spory dźwig tam sprowadzić, żeby ją tak ustawić i to akurat wtedy kiedy zamykali linię, bo jak później ...-
- No... - wtrącił Jacek -podkłady jakby specjalnie przygotowane coś jakby to pomnik miał być, czy co do cholery...
Nie wiadomo jacy oni, nie wiadomo po co ta cysterna, rzeczywiście jak pomnik w poprzek bocznicy. Za cysterną wywrócona drezyna, którą chciałoby się odwrócić i pojechać dalej. Ale nic z tego. Tory wbiły się w ziemię, w parowach dżungla jak w Wietnamie. Karina jak automat dobroci, jak generał miłosierdzia - kanapka za kanapką, cebula, czosnek, przyprawy uzdrawiające. Tylko kamienny ptak nad bramą, przycupnięty za oknem wytrzeszczył oczy, jakby film przesuwał się przed jego ślepiami na ekranie gasnących chmur nad wzgórzami.
Andrzeja obudziła Renata, było po dziewiątej. Zaklął szpetnie, bo przecież umawiali się że w Starej Porębie będą już o ósmej rano. Nie chciało mu się gadać ani z Gerardem, ani z Piotrem, ani z Renatą. Złapał za telefon, ale bez obaw, Jacek z wrodzonym zakłopotaniem w głosie powiedział, że cały czas czeka, że nic się nie stało, że ruszą tak jak się umawiali. Gerard opowiadał po drodze sen, że śniło mu się, że jest przy grobowcu cesarza chińskiego i widział wielką armię kamiennych żołnierzy-strażników. W pewnym momencie poczuł się we śnie jak kamieniejący żołnierz. Obudził się, ale czuję się dalej jak strażnik grobowca.
Pruli samochodem o wiele za szybko. Koło Nysy, tam gdzie przestrzeń rozrywa się grzbietami Sudetów wyprężonymi pod słońcem, tam gdzie kiedyś rozpięła się tęcza na znak Przymierza – Andrzej musiał przystanąć. Oczy łzawiły bez powodu.
Na miejscu byli po jedenastej. Zostało ich trzech, tak samo jak zimą, na Srebrnej Przełęczy kiedy zdecydowali się zająć szturmem opuszczoną twierdzę wietrząc zapach przeszłych zdarzeń w rozmiękającym śniegu, glinie wsiąkającej w spodnie. Ziarna pozostały, wbiły się pod skórę i nie dały zasnąć. Wiosną zachciało się wrócić. Wyroiło się że trzeba oswoić milczenie kotlin, zboczy, nasypów, murów, liszajów. Chociaż oni nie stąd przecież, ale tutaj poczuli tchnienie powinności wobec porastających chaszczami kamieniołomów, zardzewiałych szyn, rozsychających się kościółków, dotkniętych trądem świętych Janów Nepomucenów. Jacek zaczął wtedy przez telefon emocjonować się, że rzeczywiście, można by pójść z Jedliny w dół, od zaklętego rewiru do normalnego świata. Karina w tle oponowała, że powinni się wznosić, że zgodnie z ruchem ducha, ku górze, ku chmurom, ku marzeniom. Zatrajkotali ją, że nie, że nic nie rozumie, że to w ziemię trzeba wejść, żeby się ku górze unieść, a duch mieszka w glinie. Chociaż na jeden dzień zebrać wszystkich, zderzyć się próchniejącymi reliktami, pamięć skonfrontować z atrofią rzeczy widzialnych, które użyźnią ziemię pod kolejny obrót pokoleń. Bo ci, co przyjdą po nich, już bez pamięci będą obracać w żyłach ciemną posokę nieświadomości.
W ostatecznym rozrachunku na taki idiotyzm, jak wędrowanie zamkniętą linią kolejową nie-wiele osób miało czas. Więc zostało ich trzech. Z kaktusem, którego kupili Karinie, bo wszystkich dręczyło jakieś poczucie winy, że w wolny dzień zbierają jej męża, który normalnie też zapracowany, że zostawiają ją z tym całym kramem, po to żeby się snuć jak jakieś mendy. Wszystkie autobusy już poodjeżdżały. Mimo słońca, zaczął padać deszcz.
-W słońca samo południe -zaczął swoją kultową gadkę Gerard .-Na nieparyskim bruku, lała się młoda k..k.. rew... - Piotr wydłubywał z asfaltu zatopioną jednogroszówkę, jak twierdził na dobrą drogę, ale łapanie okazji nie szło. Andrzej mamrotał, że jak pada deszcz i jest słońce, to są na końcu tęczy. Według wierzeń skandynawskich tam jest troll ze skarbem. Ten to zawsze szukał pełne egzaltacji odniesienia do sytuacji obleśnie i boleśnie normalnych. Nie pisał wierszy, jak Piotr, jak inni, w ogóle już dawno nic nie napisał, nawet listu. Czytał i pisał życie jak metaforę, nie umiejąc znaleźć dla niej odpowiedniego odniesienia. Życie miało być poematem, nieprzejrzystym dla krytycznego wglądu. Niemożliwym do prostego rozszyfrowania, wystawienia cenzurki. próbował kiedyś pisać i pokazał to Piotrowi. Spierali się kilka godzin o sprawy drugorzędne, że jakieś przecinki, że w gruncie rzeczy wszystko fajnie, tylko że takie to poskręcane, pozawijane, jak kurczak w skorupie. Tego wieczora, coś w nim pękło, spętało się i zamknęło.
Po kilkunastu minutach nieudanych prób złapania stopa, Piotr stwierdził, że gówno z tego będzie i że chyba trzeba wziąć samochód Andrzeja, pojechać do tej Jedliny a potem wrócić w to samo miejsce. Uśmiali się z tego pomysłu. Absurd nabrzmiewał. Słońce pastwiło się nad rzepakiem, rachitycznymi zbożami wczepionymi w szorstkie wzgórza i hałdy. W drodze do Jedliny Jacek wypatrzył osuwisko na zboczu. Miejscowi wskazali polną drogę, którą można podjechać. Przez podwórko, na którego końcu brama z wyrwanymi szczękami, w pola, po kamieniach, dziurach, samochód toczył się powoli, co chwila stękał głośno, gdy jakiś kamień zahaczał o podwozie. Po kilkuset metrach ruszyli na piechotę. Z każdym krokiem odsłaniał się nowy widok. Stanęli na progu kamieniołomu; dwudziestometrowe zerwy czerwonego bazaltu; zbocza usypane z kruszcu w barwach sepii i ochry.
- Tutaj chyba wydobywali Melafir... nie wiem nie piszą o tym w przewodnikach, ale to jest Głuszyca Górna - zaczął mętnie tłumaczyć Jacek, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Andrzejowi podobała się ta lokalna erudycja, ale reszty ekipy to nie interesowało. Piotr jak zawsze rzucał kamieniami do wody, z pasją która zdradzała nadmiar stłumionej agresji. Gerard ruszył wojskowym krokiem zwiadowcy pod górę wzdłuż brzegu, a oni za nim. Zadyszka, chrobot w płucach. Potem w dół zapadając się w kruszcu po kostki; lądując co chwila na dupach; do dna, do zwierciadła; po skałkach tuż nad wodą; przyklejeni do przewieszonych ścianek. Podstawa urwiska niknęła w wodzie. Z boku, sczerniałym żlebem szemrał strumień, źródło, napełniające z każdym rokiem czerwoną dziurę przeszłości posoką. Nad nimi piętrzyły się wokoło skalne formacje jak reliefy, katedralne ściany, wstępnie przycięte przez rzeźbiarza bryły herosów.
- Zupełnie jak Ci prezydenci Stanów zjednoczonych, tam po drugiej stronie tej skorupy
- A może to duchy wodzów indiańskich same tutaj się wyrzeźbiły, jako opozycja?
Zawrócili tą samą drogą którą przyszli, żeby zatrzymać się przez chwilę na szczycie, wśród stert nie zwiezionego gruzu usypanego na kształt kurhanów, fundamentów nie wykończonego pałacu lub świątyni. Rozległo się ostrzegawcze echo nadjeżdżającego pociągu. Wzywano ich.
-Smoki będą się zlatywać na żer, idźmy lepiej stąd - skomentował Gerard.
Zbiegali potykając się kamienie ledwo, ledwo porosłe trawą. Już na łące, Jacek kopnął przypadkiem starą puszkę po piwie. Przejął ja w biegu Gerard. Andrzej zaczął nadawać jak sprawozdawca sportowy:
-Iiiiiiiiii prrroszę Paaaństwa szkoda, że Państwa tutaj nie ma, fala meksykańska szaleje na stadionie w Monterey, Hegel, właśnie podał do Heidegeera, ten dośrodkowuje do Jaspersa, walka piersią w pierś z Kantem, Sokrates nerwowo miota się po bramce, Jaspers w ostatniej chwili oddaje piłkę do Sartre’a, i nagle, proszę Państwa, co za sytuacja - Sartre fauluje Tomasza z Akwinu, który długo się przygotowywał na ławce rezerwowych, i właśnie zdążył wyjść na pozycję, on chciał obronić, ach, leży na murawie, zwija się z bólu, publiczność czeka na decyzję arbitra, czy będzie karny...
Jacek wykopnął puszkę daleko od samochodu, do którego niespostrzeżenie się zbliżyli w zażartej walce, strzelając bramki nie wiadomo gdzie ustawione i nie wiadomo na jakim boisku i z kim i o co grając - Ty, a kto może być arbtirem w takim meczu ?
W Jedlinie przetoknięte gardła piwkiem ( a także „fryckami i zakiepankami” jak te wykwity rodzimej gastronomii nazywał Gerard). Jacek podarł mapę, twierdząc, że chce się przebić do duchów wodzów indiańskich po drugiej stronie skorupy, śmiech roznosił jego krępe ciało, a każda kończyna jakby chciała iść w inną stronę świata. I na tory, bracie, na tory. Nie uszli daleko, jak trafili na cysternę, tuż przy stacji Jedlina Dolna. Napis na budynku jeszcze został, chociaż mocno przerdzewiały. Stacja dawno zamieniona na dom mieszkalny. Na peronie pierwszym piknik; kiełbaski, kola, fanta sprajt, musztarda, keczup, bułeczki. Ludzie patrzyli na nich bez zdziwienia, jakby wiedzieli po co idą. Tak twierdził dzień później Gerard pijąc piwo w ogródku przy głównym skrzyżowaniu, gdy wrócili już do rodzinnego miasta.
-Wiesz, oni tak jakby wiedzieli, popatrz, że nie pytali się dokąd idziemy, tylko coś tam pokrzykiwali, ktoś tam rzucił, żebyśmy córkę zabrali do holiłud, że tutaj to film można by nakręcić, a może coś do jedzenia chcecie, wiesz takie wczucie się, jakby jasnowidzenie -
Cysterna w której chcieli zamknąć Piotra (trochę się poddusił w wyziewach), ta drezyna (za ciężka, z półtorej tony, do tego wrośnięta już w glebę, oddająca rdzę płatek po płatku) i im dalej po linii tym więcej zarośli, maliniaków (podkłady metalowe, z datami 1957 i 1958).
-No proszę chcieliśmy szukać duchów pogranicza, tych niemieckich, a tutaj naszych można szukać -zdziwił się Andrzej.
-Ale lokalizacja linii i nasyp jest po Niemcach , to wiem na pewno. Oni ją zbudowali, a potem dopiero przyszli nasi i ułożyli nowe szyny i podkłady - Jacek jakby chciał bronić Niemców, przywrócić tych pierwszych - niepierwszych gospodarzy do praw im należnych. Nie wszystkie podkłady były me-talowe, gdzieniegdzie sczerniałymi strzępami spod nóg wyłaniały się te drewniane. Pewnie czołgów po wojnie nie starczyło do przetopu. Jacek zaczął opowiadać jak jeździł ta linią pociągiem z Wrocławia do Starej Poręby, ze studiów, że ten pociąg jęczał, prosił o litość na zakrętach, rozczapierzone drapieżnie gałęzie waliły na odlew po oknach. Jeszcze jeździły wtedy parowozy i w tunelach trudno było oddychać, przy otwartym oknie, na zakrętach płatki sadzy osiadały na kartkach książek które czytał - Holderlin, Goethe, Scheller, Wojaczek, Bursa, Camus.
W parowach leszczyny, dzikie róże, trawa, błoto, ludzkie odchody, stare opony, potłuczone butelki, zbite krzewy, ptaki umykające we wszystkie strony, dwa zaskrońce, padalec. Gerard szedł przodem i tłukł sporym kijem wokół siebie, żeby zrobić jakie takie przejście dla pozostałych. Jacek zaraz za nim, Piotr i Andrzej dużo bardziej z tyłu. Jak szybko wszystko zarosło, a przecież przestrzeń tknięta potem i trudem dwóch pokoleń. Na złość, właśnie tutaj, gęściej usłały się głogi, jeżyny, klony, brzozy. W nie-jednym lesie tak ciasno wszystko się do siebie nie przytula i nie skleszcza. Niemoc człowiecza i znikomość wobec obojętnej zieleni pnącej, puszącej, rozbuchanej. Na granicy widnokręgu przeczuć snuła się myśl o tym jakie to wszystko małe i śmieszne; przeprowadzki, wędrówki ludów, emocje na widok barwnych tkanin, a nawet koniec świata. Przecież nawet gdyby kometa, bomba atomowa, armagedon, to tylko na ludziach - tu widać i czuć, że życie jako takie by przetrwało. Nie będzie żadnego końca świata, najwyżej koniec najmniej wydolnej i najmniej obliczalnej, przypadkowej jego części - ludzi. W tym przeciwstawieniu, które chłostało co chwila po twarzy, wbijało się drobnymi kolcami pod skórę, w wyimaginowanym odgłosie stukotu kół pociągu, który jak się wydawało gonił ich ciągle, chociaż nie było żadnego pociągu, w tym całym kotle wrażeń, przeciwstawionych spokojnemu i bezczelnemu wzrostowi buczyny - przeskakiwała po skórze ta skra, pęknięcie niedoskonałości, która jaśnieje. Tutaj mógłby zacząć się pisać wiersz, ten o którym marzył Andrzej. Dopiero w konfrontacji pomiędzy heroiczną znikomością a próżną potęgą; właśnie - pomiędzy; właśnie tutaj snując się z wariatami po ścieżkach amnezji (po co? po to żeby odwrócić ten proces, zmienić coś? Bzdura!) - tutaj mógłby się zacząć nowy niedoskonały świat.
Koło Olszowca próbowali ucieczki od torów. Z dużo tego na raz. Zeszli w bok, że niby jakieś fajne osuwisko na horyzoncie. Po drodze była Bystrzyca. Dno wysypane omszałymi kamieniami i cegłą, na jakimś strzępie worka po kartoflach, który uwiązł między otoczakami rosła już trawa, kamienie śmierdziały zeszłorocznym osadem i mułem, obok huczała szosa. Jacek oddalił się i w butach, po kolana w wodzie brnął naprzód. Może myślał, że dalej pójdą wzdłuż strumienia. Ale reszta snuła się w poprzek głębinki, nurzając się w Bystrzycy z powagą taką jakby była Jordanem. Posnuli się wzdłuż szosy. Nieco poniżej miejsca gdzie chrzcili swoje stopy - stary młyn, zerwany most, zaklajstrowany wąską kładką, pies strażnik zachrypnięty jakby ze swoim panem razem od lat denaturat wpuszczali w gardziel. Wszystko jeszcze zniszczone po powodzi. Resztki napisu na gnijącej ścianie.
- Po Niemcach, zobacz wychodzi przy każdej okazji, że to nie nasze
- Ty, przeczytaj to dobrze...
- „N..ech....yje...So..u..z Ro.t.iczo...h...ski”
Konsternacja zagłuszona śpiewem opon na asfalcie i rytmicznym uderzaniem kijem o metalową barierę, którym Piotr usiłował imitować rytm kół pociągu -tak naprawdę zdradzając po raz kolejny wyraz nadmiarowi energii. Szosa wiła się jakby prowadziła donikąd. Po lewej trafiło się strome zbocze, prawie urwisko, poprzetykane skałami, otulone u stóp zbita leszczyną. Nie wiadomo po co i dlaczego zaczęli się wdrapywać. Byle dalej od szosy, od ludzi, w stany odmienności szumiącej w uszach krwi. Tuż pod skłonem wzgórza, buki pochylały zbolałe gałęzie nad cmentarzyskiem siostrzanych brzóz, wsiąkających powoli w zbocze. Panorama rozpościerająca się z krawędzi zachęcała do dalszej włóczęgi bez wyraźnego celu, wiosenna, jeszcze sucha trawa kusiła obietnicą miękkości. Obracając źdźbła między zębami zalegli na chwilę wśród nienarzucającej się krzątaniny drobnoustrojów. Nie było stąd widać domów i chałup Jugowic i Niedźwiedzicy chociaż obecność i szum przetaczający się niegroźnie górą było czuć i słychać. Zamknięci w kapsule wolności ograniczonej wyraziście linią krzewów w dole.
- Spójrz, jak dobrze się przyjrzeć to widać zarys ścian, to te białe przebłyski, i dachówka...
- Może jakaś studnia na podwórzu będzie, może zsiadłym mlekiem poczęstują dobrzy ludzie
- Weźmy ich szturmem
I w dół, Gerard i Jacek z przodu, Piotr i Andrzej z tyłu, jakby bali się niewidzialnych kul, które naprawdę mogą paść. Gerardowi to dobrze, przynajmniej może w razie czego zamieni się w skamieniałego żołnierza ze swojego snu a jaki był ich sen? Może zaraz się pokażą zmartwychwstali żołnierze, którym ktoś zapomniał powiedzieć, że wojna się skończyła i wypalą do nich naprawdę, nie z kija, który ze znawstwem pod lufę trzymał w biegu Gerard...
Na dole stary wiadukt, z wyszczerzonymi filarami, wykrzywionymi reumatyzmem przęsłami szczerbatymi przepróchniałymi kłami podkładów. Przed nim jak strażnik grobowca chińskiego cesarza semafor z opadłym ramieniem, może już ostatni semafor w Polsce. Żołnierz któremu nie powiedziano spocznij, można odmaszerować, pozostał, aż ręka podniesiona nad torem w ostrzegawczym geście uschła, posoka spłynęła z kolejnymi deszczami i został rozkładający się szkielet, wciąż na baczność, bo może jeszcze kiedyś wezwą go trąby. Może Pan wezwie go przed swoje oblicze a szyny wstawią się za nim i zaświadczą, że stał, gdy nawet one straciły nadzieję. Zawstydzą się zastępy starych lokomotyw i wagonów w kolejce do win odpuszczenia, a on poprosi tylko o trochę smaru i wymianę cięgien od opadłego ramienia o pozwolenie dalszej służby na niebieskich torowiskach.
Przęsła wiaduktu wznosiły się kilkanaście metrów nad wioską. Ludzie z dołu pokrzykiwali żeby nie iść, że stare podkłady, że już ktoś stamtąd poleciał. Więc z rozpostartymi ramionami zaciętym milczeniem, stopa po stopie, piętka za piętką, tylko Jacek próbował jakoś bokiem, patrząc pod nogi, wisząc na barierce. Trzeba było po niego wrócić po został w połowie, w miejscu, gdzie barierka się urywała, konwulsyjnie wykrzywiona nad Bystrzycą. Potem śmiał się:
-Możecie ten wiadukt nazwać moim imieniem z zaznaczeniem, że tutaj miałem pełno w gaciach.
I dalej znowu przez parowy, tory były już zerwane, podkłady z trudem wyczuwalne, mniejsze wiadukty przerośnięte pniami i gałęziami drzew, gąszcz coraz bardziej zbity. Ktoś tu zostawił telewizor. Rzeczywiście to nie jest sprawa dla mediów. Mniejsze wiadukty w lesie giną z pokorą, drzewa od dołu rozrywają im wnętrzności, przerastają w górę. Zaczynało to przypominać drogę po pętli Mabiusa, gdy nagle tory wyszły nad brzeg stawów rybnych. Koniec szyn pod płotem prywatnej działki. Sto metrów dalej Zagórze, wolny dzień, majówka, frytki, zapiekanki, na wzgórze, na zamek, do smażalni ryb, nad jezioro, którego nie ma. Po powodzi został kanion i wywrócony łapami do góry samochód; trochę wyobraźni i mamy miejsce gdzie skończył się Lucek Niebołaz; a tory bokiem, pod asfaltem, to pod trawą, to zajeżdżone gliną w poprzek.
- Kraj jest jak organizm, a te linie, ludzie w tą i z powrotem ich sprawy, miłości, kłótnie w pociągach,
pocałunki, jak układ nerwowy
- Taka linia to jak wyrwany nerw
- Nerwy nie odrastają, wiesz o tym, jak coś obumrze, to już koniec.
- To koniec
- Pamięć zdechnie razem z nami
- Może by kupić tę linię, jakiś pociąg, kolejkę i jeździć sobie, turystów wozić
- Chociażby drezynę odwrócić i pojechać
- I rozmawiać o Jaspersie i Heideegerze
- I słuchać muzyki poważnej... jak ten z Herzoga, pamiętasz, co Indianie wzięli go za Boga
- I statek przetaczali przez wzgórze...
- „Fitzcaraldo” ...
- Do Indian, to wiesz faciu, to na drugą stronę, chyba, że tutejszym przetłumaczyć...
- Powiedz szczerze, tak połaziłeś dzisiaj, kochasz tą ziemię, chciałbyś, żeby tu było jak kiedyś...
- ... Z jednej strony by się chciało, ale jak pomyślę o przejazdach turystycznych za kapustę po tej linii,
którą my na nowo...
- ... Co oni wiedzą? Co czują?
- Więc - nie?
- Więc po co my tędy...
- Poczekaj film mi się odkręca...
- Fitzcaraldo.... Fitzcaraldo...Fitzcaraldo
- I słuchaj najbardziej niesamowite, to było to, że tak normalnie ludzie obok tego żyją. Zupełnie normalnie. My, tutaj, wiesz co chwila zapadamy się w Wietnam, jakieś dziury świadomości, a zaraz potem wychodzisz z wąwozu i widzisz, że ludzie sobie na tej dziurze, na tej przepaści dom postawili, grają w piłkę, ogródek, działeczka, gruszeczki, wierzby. Jakby nie wiedzieli co mają pod nogami, jakby się nawet bali myśleć -Jacek nie mógł skończyć. Pozostali już najedzeni powoli odkręcali film z rolek umysłu, milczeli. Zabrakło chleba, cebuli, czosnku i wina. Dzieci komentowały program w telewizji. Andrzej zobowiąże się zaraz, że kupi im czipsy i oczywiście jak lunatyk będzie błądził dobre dwie godziny w maleńkiej Starej Porębie. Ale teraz może i jemu udzieliło się niewyraźne przeczucie, że to nie ważne kto, czyje to, jakie prawa własności wynikają z gnijących zwłok, rozeschniętych kości, kalibru i wagomiaru niewypałów które wciąż można wykopać przy wylewaniu fundamentów. Karina była od nich, od rozegzaltowaną sforą szczeniaków mądrzejsza o wiedzę która przychodzi. Przychodzi z chwilą, gdy w dół od splotu zaczyna się ruch i wśród koniczyn, mleczy, stokrotek niesie się poprzez elektrony powietrza, pomiędzy obcością i swojskością, niesie się nad ruinami, nad GieeSem, nad Bystrzycą, w górę cmentarzyska brzóz, w dół kamieniołomu, wzdłuż torów, w poprzek starych napisów na murze, niesie się hymn,
od pierwszych puknięć serca
po pierwszy krzyk
- rozwiązanie wszystkiego
cięcie przez pępowinę.
stygmat.
inicjacja.
zawiązanie.
nie ważne jakim prawem
Jesteś.
Jedlina -Brzeg 2000-2001