Słońce tonie w gór szczytach skalistych
horyzont plamiąc krwistą czerwienią.
Nieba ciemnym granatem się mienią,
półmrok zasieją na łąkach mglistych.
Słońce tonie w gór szczytach skalistych.
Księżyc oblicze swoje ukazał
w czarnym atłasie- krągłe, srebrzyste;
wokół otchłań- przestworza gwiaździste-
ruszam w myślach; widok drogę mazał.
Księżyc oblicze swoje ukazał.
Biegnę przez trawy bujne, wysokie,
do furtki w ogrodzie z lat dziecinnych;
do domu- miejsca zabaw niewinnych;
na strych- gdzie okno na świat szerokie.
Biegnę przez trawy bujne, wysokie.
Z okna ziemię u stóp swych ujrzałem,
przebiegłe myśli figle płatały-
w przestworza duszę moją porwały,
i razem z duszą w dal odleciałem.
Z okna ziemię u stóp swych ujrzałem.
Wtedy poznałem swe przeznaczenie;
jasnym, jak księżyc dla mnie się stało,
że zniszczę doszczętnie swoje ciało
by dziwne natchnęło mnie olśnienie.
Wtedy poznałem swe przeznaczenie:
Cierpieć katusze nicość doznając,
zło karmić dobrem, póki dojrzeje,
usłyszeć, jak świat w twarz mi się śmieje,
wśród żywych nieustannie konając
cierpieć katusze nicość doznając.