Noc była. Był wieczór. N – tego roku,
Spotkanie w półmroku. Zmierzch. W moim domu
Gdzie świeca wzniecała ściany salonu
drgające meble i sufit, nie – pokój
rósł, gdy kurczyło się światło, on tężał
ono spływało, ciepłą kroplą potu ?
po piersiach, świeczniku, stertach klamotów,
po dywanie wiłaś się pragnąc męża
na sobie – miałaś dwa cienie – nic więcej
- me dłonie, szczęki dusiciela, tobą
syciły marzenia ciałem się stały
słowa – nie były potrzebne, rozmową
nazwały namiętność puls oszalały
bił tuzin razy na alarm fantazji
zerwały się wszystkie żądze i więzy
krwi żądałaś wina żadnych pieniędzy,
wąż już cię dopadł skorzystał z okazji,
skusił i zadusił dyszeniem pomroki,
ugryzłaś mnie w szyję jak owoc grzechu,
wargi tłamsiły ślad szkarłat uśmiechu,
nogami ciężko miażdżyłaś mi bogi
myśląc mnie rozgnieść, chcąc zdeptać, choć ręce !
Człowiecze znamiona ! Czułaś je wszędzie,
rzeźbiły w mroku pieszczotą okładem,
wpełzały we włosy i między lędźwie !
Kąsałaś, aż padłaś rażona jadem.
Aż do zaśnięcia się snuły czułości,
W trans zachwycenia uciekła ma – kore,
Przyjemność przybrała barwy ciemności
bo tyś była nocą a ja wieczorem.
Rankiem, gdy świt błysnął swą awangardą
Przelotnie spojrzałaś na mnie z pogardą
i poszłaś przed ołtarz kajać się smucić,
i znów obiecałaś, że mnie porzucisz,
Rzekłaś, że brzydzisz się sykiem i jadem.
Skłamałaś, bo ciągle tęsknisz za gadem …
Już świecę zapalam i czekam
Bo wrócisz …