Cegła - Literatura - Proza - Poezja
********FAJNA FORMA FIRMOWEJ REKLAMY, KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net - w ten sposób wspierasz literaturę**********
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #2

 
Alfons Ksylofon Siwek-Mułowski
W świetliku
Odsłon: 1881, Komentarzy: 0
 
Fink
***
Odsłon: 1749, Komentarzy: 1
 
Fink
***
Odsłon: 2054, Komentarzy: 1
 
Fink
Arkadiusz
Odsłon: 3072, Komentarzy: 2
 
Fink
Dżuma - GSM
Odsłon: 2157, Komentarzy: 1
 
Fish
Lato
Odsłon: 2145, Komentarzy: 2
 
Fish
Proszę się odsunąć
Odsłon: 1972, Komentarzy: 2
 
Gustaw Gustawson
O roli strażnika w dramacie
Odsłon: 2483, Komentarzy: 0
 
Gustaw Gustawson
Coś między czernią a bielą
Odsłon: 1984, Komentarzy: 0
 
Karol Maliszewski
Korespondencja seryjna
Odsłon: 2678, Komentarzy: 0
 
Karol Maliszewski
Lista czasopism literackich
Odsłon: 2613, Komentarzy: 1
 
Linek
***
Odsłon: 1881, Komentarzy: 1
 
Linek
Ballada myśląca
Odsłon: 2055, Komentarzy: 0
 
Linek
Miejsca bez Ciebie
Odsłon: 1963, Komentarzy: 1
 
Linek
Podróż sentymentalna
Odsłon: 2093, Komentarzy: 2
 
Linek
Wieczny odpoczynek
Odsłon: 2026, Komentarzy: 0
 
Linek
Wołanie o udział w Mieście Świętym
Odsłon: 1858, Komentarzy: 0
 
Maciej Melecki
***
Odsłon: 1997, Komentarzy: 1
 
Mariusz Grzebalski
Głód
Odsłon: 1951, Komentarzy: 0
 
Mariusz Grzebalski
Kierowca trze zaczerwienione oczy,
Odsłon: 1992, Komentarzy: 1
 
Mariusz Grzebalski
Ogień
Odsłon: 1991, Komentarzy: 2
 
Mariusz Grzebalski
Piosenka sentymentalna
Odsłon: 1902, Komentarzy: 1
 
Mariusz Grzebalski
Szparagi
Odsłon: 1835, Komentarzy: 0
 
Mariusz Grzebalski
Wuj Mateusz
Odsłon: 2027, Komentarzy: 0
 
Mihor
Dotyczy to także słodyczy
Odsłon: 1716, Komentarzy: 0
 
Mihor
Kotka
Odsłon: 1700, Komentarzy: 0
 
Mihor
Na początek odsuńcie firanki
Odsłon: 1837, Komentarzy: 0
 
Mihor
Zakaz czytania !
Odsłon: 1719, Komentarzy: 0
 
Nom de Plume
Dom
Odsłon: 1646, Komentarzy: 1
 
Nom de Plume
Prześlinienie
Odsłon: 1773, Komentarzy: 0
 
PIOTR MAUR
CZĘŚĆ PIERWSZA: „26”
Odsłon: 2141, Komentarzy: 0
 
Radosław Wiśniewski
Próba torów
Odsłon: 1970, Komentarzy: 1
 
Radosław Wiśniewski
Przetarte szlaki
Odsłon: 1943, Komentarzy: 2
 
Tehanet Maurice
Rewolucja
Odsłon: 1726, Komentarzy: 0
 
Tehanet Maurice
Transkrypcja
Odsłon: 1785, Komentarzy: 0
 
PIOTR MAUR

CZĘŚĆ PIERWSZA: „26”

 

***

tego dnia zrozumiałem wszystko. stałem

nad skorupami rozbitej wazy i płakałem.

matka się gniewała. nie chciała patrzeć,

jak niezdarnie zbierałem skorupy w całość,

by jakimś cudem znów uformować z nich to,

co miało dla niej taką wagę. ojciec mnie

pocieszał. pozmiatał skorupy i ze słowami:

„nie płacz. nie ma po co. co się stało, to

już się nie odstanie”, wyrzucił je do śmieci.

wygrzebałem je potem stamtąd. te słowa.

posklejałem i w jednej chwili pojąłem wszystko

- nic się nigdy nie staje. wszystko odstaje się.

 

***

deszczowy wieczór. koniec lata. patrzę

przez okno na sunące w dole samochody i

żółte, ostrzegawcze światło, pulsujące

miarowo na skrzyżowaniu ulic.

zbudzony gołąb zrywa się do ślepego lotu

na sąsiedni parapet. stoję za brudną szybą i patrzę.

stoję, patrzę, palę. to nie jest łatwa rzecz.

trwać z tym nikłym płomieniem przy ustach i

powoli zmieniać się w bryłę milczenia.

stać, patrzeć i palić. milczeć.

być grobem dla tych wszystkich słów i myśli,

do których należą ludzie.

 

***

sobota. południe. leżę wśród traw.

patrzę w niebo, gdzie samolot kreśli tajemne znaki.

nic z tego nie potrafię odczytać.

nie znam żadnych obcych języków.

nie rozumiem mowy cudzoziemców,

kobiet, aniołów, samolotów, polityków,

mędrców, kapłanów, sąsiadów.

patrzę w niebo, słucham ciszy.

nie będzie żadnych kamiennych tablic.

żadnych praw.

żadnych prawd.

nic.

 

pomiędzy mną a niebem,

pomiędzy mną a ziemią,

pomiędzy mną a mną

zerwane przymierze.

 

***

mały prowincjonalny kościół. chronimy się w nim

przed ulewą. kilku zakatarzonych świętych

przygląda nam się z ciekawością wyblakłymi

od spoglądania w wieczność oczyma. przybite

na amen w pierwszych ławkach kobiety

wznoszą modły do chrystusa dość udatnie

imitującego słoniową kość. nagły podmuch

wiatru otwiera drzwi, wrzucając do kościoła

tuman liści i kilka na czarno ubranych postaci.

po chwili pojawia się ksiądz i jacyś ludzie w drelichach.

wnoszą białą trumnę. jest ona tak mała,

że bardziej niż trumnę przypomina

podręczny bagaż pozostawiony w halu dworca,

torbę, z którą wyrusza się w krótką podróż.

 

muszę jeszcze przez chwilę tu zostać,

dopilnować, by nikt jej nie ukradł.

 

***

ten dom to pułapka. znalazłem w piwnicy

pięć martwych kotów i zasuszone

ptasie trupy na strychu. nie mówiłem ci

o tym, gdyż nie chciałem cię niepokoić.

chciałem, żebyś była szczęśliwa, myśląc, że

po tych wszystkich latach, spędzonych w wynajętych

pokojach, wreszcie mamy własny dom.

nie chciałem cię niepokoić. za każdym razem, gdy wiatr

zatrzaskiwał okno lub drzwi, bałem się, że już nigdy

ich nie otworzymy. nie chciałem cię straszyć.

ukrywałem to przed tobą tak długo, jak tylko potrafiłem.

chciałem, abyś była szczęśliwa. mówię ci to teraz,

gdyż uważam, że nie warto już o nic zabiegać.

nie warto żywić żadnej nadziei.

mówię ci to teraz, bo skoro nasz dom

okazał się być pułapką,

powinniśmy myśleć o oszczędnym

gospodarowaniu tym, co nam jeszcze zostało.

 

jak przestałem być amatorem cudzych jabłek

 

zazwyczaj na długich przerwach biegliśmy za szkołę,

tam, gdzie za jezdnią były ogrody. przesadzaliśmy płoty

i zrywaliśmy jabłka, grusze i śliwki. któregoś dnia

wbiłem sobie w dłoń zardzewiały drut. poszedłem

do szkolnej pielęgniarki. trzydziestokilkuletnia kobieta

przemyła ranę i bandażowała mi dłoń pochylając

się nade mną. odwracałem wzrok, by nie patrzeć

na jej nagie piersi, wychylające się zza fartucha —

krągłe, powabne jak najwspanialsze z jabłek. i, gdy tak

trwałem z zamkniętymi oczyma, przygryzionymi wargami,

poczułem jej dłonie, a potem usta w miejscu, gdzie

nic mnie nie bolało. niewiele pamiętam z tego, tylko szept:

„przyjdź jeszcze, gdy coś sobie zrobisz”, i szybką ucieczkę

przez puste, wyfroterowane korytarze, wstyd i strach,

że oto właśnie zerwałem ten jeden owoc,

którego zrywać nie powinienem. ale wróciłem. po tygodniu.

symulując skręcenie nogi w kostce.

 

***

nie mówiłem ci o wielkim, bezzębnym

milczeniu mojego dziadka, który pewnego dnia

zasiadł w bujanym fotelu naprzeciw okna, by nigdy

więcej już z niego nie wstać. nie rozumiałem go.

nikt nie rozumiał. dziadek nie umarł od razu.

bujał się jakiś miesiąc, wpatrzony w okno, za

którym nic rozmazywało i tak ledwie przez niego

widziane kształty. siedział tak, patrzył i milczał.

nic rozrastało się, podchodziło pod same oczy,

a poprzez nie przedostawało się w głąb dziadka.

cokolwiek miało znaczyć jego milczenie,

przerastało nas ono i przytłaczało.

gdy umarł, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

odetchnęliśmy, choć myślę, że on nadal żyje.

trwa w każdym z nas. żyje w naszym milczeniu,

jest w naszej mowie, gdy, uwikłani w stragedie

i dramatykę języka, usiłujemy zasypać

nieskończenie wielką przepaść,

jaka pomiędzy nami się rozpościera.

 

***

wielu ludzi pochłonęła ta rzeka —

zbyt śmiałych pływaków, ofiary przemocy, samobójców.

widzę ich twarze, gdy pochylam się nad swoim

odbiciem w wodzie. jak drapieżne ryby

podpływają do mnie topielcy. a może to moje twarze,

uśmiercone, porzucone istnienia, imiona, ciała, które

odtrąciłem, gdy, myśląc, że tego właśnie chcę,

stawałem się tym, kogo ze mnie zrobiono.

być może nie wszystkie są martwe.

bądź zatem ostrożny. uważaj.

żeby nie obudzić we mnie

seryjnego mordercy, gwałciciela, moralisty.

 

***

pół dnia błąkaliśmy się po lesie, tamci —

szukając grzybów, a ja — nasłuchując szelestów,

jakie wywoływały moje kroki, i obserwując ptaki.

potem, siedząc oparty o pień buku, usiłowałem

wytropić jakiś sens w krzątaninie mrówek.

gdy wracaliśmy, natknęliśmy się na ścierwo psa,

uwiązane smyczą do drzewa. przez kilka następnych dni

nie mogłem zapomnieć tego widoku. wyobrażałem sobie,

jak pies powoli kona, wpatrzony w pobliską drogę,

skąd zapewne przyszedł ze swymi właścicielami.

jesteśmy jak to biedne zwierzę z nadzieją na ocalenie,

wpatrujemy się w coś, co nas uśmierca.

a potem była zima.

 

jak i dlaczego stanąłem poza prawem

 

za karę, zamknięci po lekcjach, mieliśmy siedzieć w klasie

dopóty, dopóki nie przyjdą po nas rodzice. gdy nauczyciel

przekręcił klucz w zamku, waliliśmy w drzwi pięściami,

ale odpowiadało nam tylko, nieco chyba ironicznie, echo

pustych korytarzy. tym razem nic nie mogło nas uratować.

to, co miało nadejść, nadchodziło zbyt wolno, nieuchronnie.

otworzyłem okno, gdyż stało się zbyt duszno. dostrzegłem

możliwość ucieczki. wdrapałem się na parapet, dotarłem

do piorunochronu i po nim zsunąłem się na ziemię.

byłem uratowany. umknąłem, a moi koledzy zostali w klasie.

woleli tam zostać. myślę, że siedzą tam do dziś, oczekując,

że to im wyjedna łagodny wymiar kary.

 

***

nie potrafię dbać o rośliny. wszystkie kwiaty,

które tu przyniosłaś, umarły lub

umrą już wkrótce. to dlatego, że nigdy

nie odsłaniam okien. to dlatego, że nieustannie

przebywam w mroku. lubię mrok.

w ciemności kontury wszystkiego są rozmyte,

rzeczy przenikają się nawzajem

i nic nie jest tylko tym, czym jest.

nawet słowa, gdy padają, przypominają

uchwycone dłonią przedmioty.

można je użyć, na wiele sposobów, do wielu celów,

nie można z ich pomocą niczego poznać.

a także ja, moje ciało, czy jak to nazwać

- rozpływam się, gdy mrok

z nastaniem nocy, gęstnieje.

dziś jestem podmuchem wiatru, który

gładzi twoje włosy, odgłosem twoich stóp,

gdy chodzisz po pustych pokojach szukając mnie.

jutro mogę być tobą albo nożem, który

skaleczy twoją dłoń, posadzką,

w którą wsiąknie twoja krew.

 

***

oddawaliśmy rzece, co jej, odbieraliśmy, co nasze.

za drobną opłatą powierzaliśmy mętnym wodom

ślepe, przez nikogo niechciane kocięta, topiliśmy

szczeniaki, na pastwę wirów zostawialiśmy stare,

schorowane psy. wrzucaliśmy do wody zużyte sprzęty,

wystawiane przed domy - telewizory, pralki, lodówki.

woda cierpliwie przyjmowała wszystko.

oddawaliśmy rzece, co jej, odbieraliśmy, co nasze.

nie mamy już nic, co by rzeka chciała przyjąć.

nie mamy nic. z zazdrością patrzymy

na naszych ojców, stojących z wędkami

nad brzegiem. patrzymy, jak woda pochłania

ich ślepy, nikomu niepotrzebny czas.

 

jak i dlaczego nie zostałem bohaterem

 

nasze małe wojny przeradzały się niekiedy

w wielkie  bitwy. tamci z bloków po jednej,

my po drugiej stronie wykopów. najpierw, uzbrojeni

w wyzwiska i bryłki gliny, walczyliśmy stojąc.

potem nagle pojawiały się kamienie i krew.

walki były zażarte. nikt nie chciał ustąpić.

nikt nie chciał przegrać. choć w końcu przegrywaliśmy.

my i oni. zwyciężał mrok, pod osłoną którego

wymykaliśmy się do domów, otrzepując

utytłane w ziemi ubrania.

 

***

tego lata chciałem zostać rybakiem.

cały sezon wypływałem na połów śledzi.

zostałem jeszcze po sezonie, by pomagać

w przygotowaniach do zimy. łodzie leżały na piasku,

oskrobane z wodorostów i skorupiaków, połatane,

wymierzone kilem ku niebu, a my mieszaliśmy gęstą,

podkładową farbę. w pewnej chwili jeden z rybaków

zawołał mnie. podał mi bosak. a gdy go chwyciłem,

pociągnął mocno. dłonie ślizgnęły się po mokrym

drzewcu i po końcu oblepionym czerwoną farbą.

gdy, oddalony od innych, szorowałem ręce mokrym piaskiem,

człowiek ten podszedł do mnie i powiedział:

„to nie był głupi kawał, to żebyś wiedział, kim nie jesteś”.

do wieczora, jak oszalała lady makbet, tarłem ręce piaskiem,

by zmyć z nich zbyt oczywisty ślad mojego przestępstwa.

 

***

w mglisty poranek mężczyźni ubrani w nieprzemakalne

kurtki tkwią nieruchomo nad wodami kanału. z daleka

wyglądają jak kikuty stuletnich drzew pochylone

nad niepojętą głębią. podchodzę do nich i pytam: jak połów?

lecz oni milczą, wpatrując się w końcówki spławików,

wystające nieznacznie ponad powierzchnię.

przez chwilę stoję wśród nich patrząc w wodę,

przez chwilę wystarczająco długą, by udzielił mi się ich sen.

oto wielkie i sprytne ryby wypływają na żer,

powoli z zarośli i mułu wynurzają się zatopione

kontynenty. woda oddaje statki pełne skarbów, ciała

topielców. wypluwa pierścionki, czajniki, opony.

staję z tym oko w oko, milczenie w milczenie.

 

***

nie możesz przecież nie pamiętać tej staruszki zza ściany,

która chodziła po swoim pokoju o różnych niestosownych

porach stukając laską o podłogę i ostukując nią sprzęty.

była na wpół ślepa. a myśleliśmy, że to jakieś nieszkodliwe

duchy nawiedzają nasze mieszkanie, jedne z tych, co to książkę

przekartkują, schowają jakiś drobiazg, dmuchną chłodem w kark.

pamiętasz? nie możesz przecież nie pamiętać. ta staruszka

umarła w zeszłym tygodniu. od tej pory jest tu tak cicho,

że słyszę, jak biją serca śpiących na parapecie gołębi. nie możesz

nie pamiętać. musisz pamiętać. świat umiera, gdy odwracasz się

do niego plecami. przedmioty osypują się w pył, gdy zamykasz

oczy. i nigdy nie istniały nie czytane wiersze. umiera wszystko,

czego nie dotykają twoje dłonie, usta, oczy.

ale twój filodendron ma się nieźle. z pewnością dlatego,

że wciąż się zastanawiasz,

czy nie gaszę w nim papierosów.

 

***

wieczorem przyprowadziła mnie na wzgórze,

z którego rozpościerał się jej ulubiony widok na miasto.

światła. tysiące świateł spływało w dolinę, wchodziło

pomiędzy drzewa i niknęło we mgle za rzeką.

pokazywaliśmy sobie swoje domy i domy przyjaciół,

znajome ulice, a potem, leżąc na plecach, patrzyliśmy

w gwiazdy - lustrzane odbicia odległych miast,

w których jakiś czas później przepadliśmy.

teraz na tym wzgórzu jest cmentarz.

groby. setki grobów wspina się na wzgórze

i podchodzi pod las. nie ma już naszych miejsc.

nasze miejsca zaludniają umarli. zamieszkują

nasze myśli. władają naszymi dłońmi i nogami.

używają naszych oczu i umysłów.

do nich należy nasza mowa. do nich

należeć będzie nasze słowo ostatnie.

 

***

bawiliśmy się w chowanego

i właśnie wówczas, gdy ja kryłem,

jedna z dziewczynek

schowała się do studni.

liczyłem do stu,

a potem szukałem.

znalazłem wszystkich prócz niej.

dobrze się ukryć

było wtedy dla nas sprawą życia i śmierci,

choć cóż mogliśmy o nich wiedzieć.

pełni podziwu i ledwie skrywanej zazdrości

przyglądaliśmy się, jak strażacy

wieczorem wyciągali jej ciało.

 

***

przez krótki czas mieszkaliśmy w pobliżu

morskiej latarni. nocami siadałem w oknie

i obserwowałem, jak smugi światła tną

mrok i mgłę, i mkną w dal, aby dotrzeć

do czyichś strudzonych wypatrywaniem

brzegu oczu. wysokością nie równała się

latarnia z kościołem, lecz była od niego

stokroć ważniejsza. w snach to ja byłem

latarnikiem, człowiekiem, dzięki któremu

zagubione statki odnajdywały drogę do portu.

teraz mieszkam daleko od morza. ale wciąż

w pewien sposób jestem wierny swojej

dawnej, dziecięcej religii. nocą, gdy

nie mogę zasnąć, staję w oknie i patrzę.

nigdy nie zapalam światła, a żar papierosa

ukrywam w dłoni, tak aby to znikome światło

nie wytyczało nikomu celu, tak aby

nawet nie wabiło ciem.

 

***

wchodzimy. nie zapalamy świateł. milczymy,

zmęczeni. zdejmujesz spódniczkę, bluzkę, bieliznę.

naga stajesz w sączącym się przez brudną szybę

świetle latarni. rozpuszczasz włosy. twój cień

schwytany w pajęczą sieć drży, przerażony, na ścianie.

wielki, kosmaty pająk rusza w jego kierunku.

zabijam go. nic nie zauważasz. wślizgujesz się

pod kołdrę. zasypiasz. siedzę na parapecie <

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton