Cegła - Literatura - Proza - Poezja
********FAJNA FORMA FIRMOWEJ REKLAMY, KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net - w ten sposób wspierasz literaturę**********
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #17

 
a) fink
info
Odsłon: 2521, Komentarzy: 0
 
b) Jacek Podsiadło
wiersze
Odsłon: 1277, Komentarzy: 0
 
c) Andrzej Sosnowski
*****
Odsłon: 786, Komentarzy: 0
 
c1) KAROL MALISZEWSKI
Korespondencja seryjna. Patryk Nikodem
Odsłon: 770, Komentarzy: 0
 
c2) JACEK BIERUT
NIC O MNIE BEZE MNIE
Odsłon: 735, Komentarzy: 0
 
d) Piotr Macierzyński
wiersze
Odsłon: 1161, Komentarzy: 0
 
e) Sławomir Shuty - rozmowa
W literaturze nie ma schematów, które wypluwają arcydzieło
Odsłon: 741, Komentarzy: 2
 
e1 Karol Pęcherz
Sztuka sprzedaży - DECOBAZAAR
Odsłon: 941, Komentarzy: 0
 
e1) Grzegorz Jankowicz
Rewolucji nie będzie
Odsłon: 721, Komentarzy: 0
 
f) Łukasz Plata
3000 na godzinę
Odsłon: 898, Komentarzy: 0
 
g) Agnieszka Kłos
Dzikie zwierzęta
Odsłon: 770, Komentarzy: 0
 
h) Maciej Gierszewski
*****
Odsłon: 835, Komentarzy: 0
 
i) Rafał Gawin
wiersze
Odsłon: 912, Komentarzy: 0
 
j) Mirosław Marcol
wiersze
Odsłon: 697, Komentarzy: 0
 
k) Paweł Łęczuk
wiersze
Odsłon: 959, Komentarzy: 0
 
l) Grzegorz Kwiatkowski
p r a w
Odsłon: 736, Komentarzy: 0
 
m) Tytus Żalgirdas
wiersze
Odsłon: 766, Komentarzy: 0
 
n) Kuba Węgrzyn
wiersze
Odsłon: 874, Komentarzy: 0
 
o) Waldemar Jocher
wiosna__ buforowanie kultury i masy
Odsłon: 698, Komentarzy: 0
 
p) Mariusz Cezary Kosmala
wiersze
Odsłon: 840, Komentarzy: 0
 
r) Marcin Bałczewski
Opowieść ruchoma i przechodnia
Odsłon: 732, Komentarzy: 0
 
s) Jadwiga Skowron
Polska policja jest otwarta na inne kultury
Odsłon: 732, Komentarzy: 1
 
t) Slawus Polonus
DNA
Odsłon: 822, Komentarzy: 0
 
u) Bożena Brzozowska
dług w dźwięczności
Odsłon: 645, Komentarzy: 0
 
w) Bartłomiej Pietraszuk
Kolęda
Odsłon: 635, Komentarzy: 0
 
x) Ewa Danilczuk
W tej dzielnicy
Odsłon: 639, Komentarzy: 0
 
y) Rafał Kwiatkowski
SYMBALLEIN
Odsłon: 571, Komentarzy: 0
 
z) Jędrzej Siwek
Wszystkie te rzeczy
Odsłon: 758, Komentarzy: 0
 
za) Agnieszka Gałązka
bo to zły rocznik był
Odsłon: 821, Komentarzy: 0
 
zb) Tomasz Smogór
Wykolejeni
Odsłon: 580, Komentarzy: 0
 
zc) Ireneusz K. Korpyś
codzienna eucharystia po pracy
Odsłon: 737, Komentarzy: 0
 
zd) Bartosz Wójcik
CZECHOWICZ
Odsłon: 713, Komentarzy: 0
 
ze) Wiktor Będkowski
opowiadania
Odsłon: 757, Komentarzy: 0
 
zf) ALAN SMITH
A POET'S WORDS
Odsłon: 618, Komentarzy: 0
 
zg) Przemysław Matelski
ogłoszenie
Odsłon: 629, Komentarzy: 0
 
zh) Dodatek ON-LINE - poezja
Dobies, Płaczek, Smołucha, Mendelejewa, Baca, Marcyjaniak, Szafranowicz,
Odsłon: 775, Komentarzy: 0
 
zi) Dodatek ON-LINE proza
Buda, Ciechanowicz
Odsłon: 620, Komentarzy: 0
 
zj) Dodatek ON-LINE proza
Czarnocki, Słuszniak, Kurzawski,
Odsłon: 673, Komentarzy: 0
 
ZK) Dodatek ON-LINE proza
Korbiel
Odsłon: 716, Komentarzy: 0
 
zj) Dodatek ON-LINE proza

Czarnocki, Słuszniak, Kurzawski,
Hubert Czarnocki 
 
urodzil sie w 1980 roku w Radzyniu Podlaskim. 
Fotograf. Publikowal w ,,Toposie", Arkadii", ,,artPapierze", ,,Cegle", 
,,Portrecie" i na stronie internetowej ,,Odry".

 

 

 

 Wystąpienie

 

 

    Witajcie, nazywam się Jarosław Spłuczka. Chciałbym opowiedzieć wam o swojej pracy.  Czasem mówię, że moja praca jest tak tajna, że sam nie wiem, gdzie pracuję. Dziewczyna mojego znajomego twierdzi, że zarabiam jako postać literacka w różnych opowiadaniach, nowelach i powieściach. Zaś w poniedziałki robię jako bohater liryczny w liryce.

    To prawda, mam ciekawą pracę. Podróżuję, wydarzenia historyczne przeżywam nie historycznie, lecz faktycznie, znam różne profesje, ucztuję z biedotą i arystokracją, jestem gnębiony i gnębię, zmieniam stroje. Oglądam świat z perspektywy książek. Za to świat książek jest moim światem realnym, nie patrzę na niego z zewnątrz. Znam prawie wszystkie postacie literackie. Piłem z Hamletem, pojedynkowałem się z Raskolnikowem, chodziłem na dziewczyny z podmiotem lirycznym pewnego wiersza Puszkina, pożyczałem pieniądze od Harpagona, opiewałem urodę Laury. Czasem zdarza mi się coś pomylić, zapomnieć, pojawić się nie w tej książce co trzeba. Powstają z tego zabawne historie, śmieszą one wszystkich poza autorami książek. Ci bowiem są raczej średnio zadowoleni, gdy okazuje się na przykład, że Julia kochała nie kogo innego tylko właśnie mnie, a Koszałek Opałek był strasznym kanciarzem, który zdefraudował milion denarów ze skarbca krasnoludków.

   Niektóre z moich pomyłek tak naprawdę nie są pomyłkami, ale nie mówcie tego nikomu. Bo to wszystko przez to, że za to płacą najlepiej. Za to, czyli za dywersję na tyłach wroga. Inaczej mówiąc jeden pisarz wynajmuje mnie, żebym popsuł szyki drugiemu pisarzowi. Muszę więc przeinaczać, intrygować, włóczyć się po książkach. A tak naprawdę nic w tym przyjemnego. Z początku nie wiedziałem, jak się do tego zarobkowania zabrać, kilku pisarzy mnie oszukało i nie zapłacili mi ani grosza. Teraz bez umowy na piśmie nie zaczynam roboty.    

   Założyłem nawet swoją firmę. Zainteresowanym wystawiam faktury. Największy problem był z rejestracją firmy, bo niby, jaki to rodzaj działalności. W końcu okazało się, że to działalność wydawnicza. Tak więc pracuję ciężko i płacę wysokie podatki. Ale, jak wcześniej wspominałem, są też plusy mojej pracy. Za największy z nich uważam możliwość poznawania osób, których wy nigdy osobiście nie poznacie. Muszę tu dodać, że ci wszyscy bohaterowie literaccy to zwykłe patałachy. Pisarze ich tak idealizują, bo inaczej byłoby nudno. Na przykład Otello jest tak naprawdę szują, skąpcem i człowiekiem pozbawionym pragnienia jakiejkolwiek estetyki. Wczoraj przyszedł do mnie w brudnej koszuli. To zwykły kombinator, na dodatek oszukuje w pokera. Tristan w każdym mieście ma dziewczynę, ale o tym nie uczyli was w szkole, co? A Izolda o Białych Dłoniach nie pamiętam, kiedy ostatnio myła ręce.

   Don Kichot jest tyranem rozkazującym Cervantesowi. Dyktuje mu niemalże stronę po stronie, a ten posłusznie wszystko pisze. Kiedy próbuje się buntować, co ostatnio już się zresztą właściwie nie zdarza, rycerz tłucze go czym popadnie. Biedny Cervantes często chodzi ze spuchniętą twarzą. Kiedy ludzie pytają, kto go tak pobił, on mówi, że pobił go jego bohater. Oni jednak nie dają temu wiary i dokładają mu jeszcze kilka kuksańców od siebie za głupie żarty. Takich jak Don Kichot czy Tristan jest w literaturze wielu. Nie mam o nich najlepszego zdania, mimo to warto jest znać tych, o których inni tylko czytają. Mógłbym opowiadać o nich dłużej, ale nie mogę zdradzać wszystkich tajników mej pracy. Jeśli są wśród was pisarze, zapraszam do mnie. Konieczne musicie mieć moje wizytówki.        

 

 

Łukasz Słuszniak

Data urodzenia: 5 maja 1984 r.
Miejsce urodzenia: Warszawa
 
 
*Wykształcenie*
X 2004 - X 2009 Uniwersytet kard. Stefana Wyszyńskiego
Studia dzienne
Wydział: Filozofia
Specjalizacja: Historia Filozofii
Stopień naukowy: Magister
 
 
*Publikacje*
od XI 2009 Felietonista serwisu kulturalnego "Moje NYC".
XI 2009 Publikacje w czasopiśmie artystycznym "Poetycka Poczta".
X 2008 Publikacje w czasopiśmie kulturalno-literackim "Pogranicza".
IX 2008 Publikacje w czasopiśmie artystycznym "Poetycka Poczta".
 

 

 

 

 

Nad przepaścią – rocznik 84

 

 

Już od dłuższego czasu stoimy nad krawędzią przepaści. Jest nas wielu, niby połączeni wspólnym zamiarem, niby „współosobowi”, a jednak w swym indywidualnym kształcie inni. Wyalienowani. Wyrywający się oczywistym schematom, do których nie potrafimy się przyzwyczaić. Co my właściwie nad nią robimy, któż to wie. Może próbujemy pokonać strach, a może staramy się odkryć w sobie nadwątloną przez współczesny, zmechanizowany świat „pierwotną moc”. Skoczyć w przepaść jak legendarny Castaneda, by wyzwolić się spod trawiącej nas od narodzin przeklętej materii i Russellowskiej logiki. Może chcemy po prostu bergsonizm, w swej najprostszej postaci intuicyjnego prymatu, połączony z „wynaturzonym”
przez Europę szamanizmem, przeciwstawić wulgarnej, technoinformatywnej,
transhumanistycznej formule na życie. Używając języka filozoficznego można by ten stan określić, jako permanentnie ciążące pragnienie dokonania transgresji całej naszej racjonalnej struktury bytowej; czerpiąc zaś z języka literackiego, jako „metafizyczne nienasycenie”, tudzież chęć zbudowania „otwartej architektury ducha”. Może…?

Ta cała świadomość (skomputeryzowana, sztucznie warunkowana), która według naszego mniemania (a wielu nas jest, ukrytych między płynnymi świadomościowymi interwałami a statyczną płytką codziennością) uczyniła z ludzi pół-maszyny\pół-zwierzęta, być może przeraziła nas już doszczętnie, wykorzeniła jedną z najpiękniejszych cech człowieka (samoduchowość), ale to znów powracam do strachu, a przecież niekoniecznie to musiało być przyczyną, jeżeli w ogóle jakieś przyczyny istnieją. (Czyli co, generacja „Nic”? Beznamiętna, dyletancka i egotyczna spuścizna Sartreowskiego egzystencjalizmu, która nie pojmuje nawet własnych przyczynków). Może przyczyny i skutki to też wytwór świadomości, a ściślej się wyrażając Rozumu, tego przeklętego diabła współczesnego człowieczeństwa, zamkniętego w dyskach twardych, bajtach i pikselach (bio – myśl, technologia – mądrość, kategoria pewności – racjonalizm pragmatyczny). Zachodzi przecież prawdopodobieństwo, że przyczyny i skutki to nic innego jak fikcyjne dane, jedynie perfidnie zapodmiotowane w nas kategorie, dzięki którym przykładnie funkcjonujemy, dzięki którym stajemy się prawidłowo egzystującymi komórkami społecznymi. Tak (!) „społecznymi”, to kluczowe słowo, nie ma wątpliwości, że człowiek nie potrafi żyć (chociaż w tym momencie lepsze byłoby stwierdzenie funkcjonować przy pełnej aktywizacji swoich możliwości) samotnie (wystarczy zwrócić uwagę na te modne kampanie pt. „singiel is cool”, „samotność w sieci”, „samotność w wielkim mieście”, albo na te dramatyczne kursy uwodzenia – na tę całą miałką próbę racjonalizacji i oswajania samotności poprzez umiejscawianie jej w popkulturowej papce ).

Może więc Natura, tudzież istota, dajmy na to wyższa (demoniczny informatyk?), specjalnie zabezpieczyła nas przed tą samotnością, obarczając człowieka kategorią czasu i przestrzeni, przyczyny i skutku, wspólnotowego poczucia i strachu, oczywiście dla dobra ogółu (systemu?), bo liczy się tylko ogół, bo liczy się tylko całość, gatunek i niekończąca się chęć jego podtrzymania (nikt przecież nie lubi nieprzewidzianego, nagłego resetu).

A co się dzieje, kiedy z własnej woli, tudzież z przymusu człowiek popada
w permanentną samotność? Być może zanikają te korelaty materii, zostają przełamane wszelkie granice rzeczywistości i człowieka ogarnia zwątpienie, bo po raz pierwszy staje przed czymś, czego nie potrafi zrozumieć ani wytłumaczyć. No bo jak można cokolwiek rozumieć, czy o czymkolwiek wnioskować, jeżeli nie posiada się do tego celu odpowiednich narzędzi, materiału i chęci, przecież przed momentem je utraciliśmy, przełamaliśmy, zredukowaliśmy etc., i co dalej? I co zrobić, kiedy odkrywa się przed nami rzeczywistość alogiczna? A może przedlogiczna? Albo pierwotna? Co wtedy, gdy rozpościera się przed nami pozornie wroga przepaść,  dzieląca to co jest,  od tego co bywa? Prawdę od mniemania? Episteme od doksy?

Nie chodzi mi tutaj o narkotyki, alkohol, czy zideologizowany seks. O te sztuczne asumpty wypromowane przez lata 60. XX wieku z Hofmannem, Learyem i Huxleyem na czele. Nie chodzi mi o tę całą „sztuczną drogę”, błędnie pojętą przez europejski samozachowawczy spekulatywizm (swoją rację bytu odnajduje ona jedynie w tradycji orientalnego Wschodu, w tradycji rdzennych Amerykanów, „Indian” etc., a więc tradycji opartej na rozumie przedlogicznym). Chodzi mi o coś zupełnie odmiennego. O naturalną świętość, o naturalną potrzebę transgresji, tym intensywniejszą, im większe budzi się w nas przerażenie samotnością. Ba, nawet gorzej jeszcze, im bardziej czujemy się konsumowani przez samotność, trawieni i wydalani, i znów trawieni, i tak bez końca, w nieskończoność, ale nie w nicość (sic!).

Podobno w każdym człowieku, w sposób naturalny, tkwi idea transcendencji. (Transcendując naturalnie, wykraczamy poza siebie, ocieramy się
o wieczność – prawdę obiektywną, dostępujemy całkowitego samozaspokojenia, i nie
o psychologiczny onanizm w stylu Freuda tutaj idzie czy „technogresję” Hansa Moraveca). Pragnienie metafizyczne – ten ruch od siebie ku czemuś poza mną, poza tą rzeczywistością. To poszukiwanie pierwotnego źródła, które ugasi owe pragnienie spotęgowane niewiedzą, niezrozumieniem, ostatecznym osamotnieniem, ostatecznym zagubieniem wątłego, zawężonego Ja pośród pytań i innych zagubionych ludzi, pośród labiryntów logiki. Podobno, ale czy na pewno? Czy jest jeszcze w nas ten impuls konstytuujący ideę pielgrzymowania/przekraczania (homo viator)?   

Zastanawialiście się kiedyś nad początkiem najważniejszych monoteistycznych religii, czy też systemów etycznych? Nie mam na myśli oczywiście stricte naukowych dociekań, tak zwanych akademickich, religioznawczych „genealogij”. Myślę raczej
o zwykłym kojarzeniu faktów. Pewnej zaskakującej w swej konkluzji asocjacji. Buddyzm, chrześcijaństwo, islam. Czyż nie są to systemy apoteozujące samotność? Wytworzone pod jej wpływem i stawiające w centrum kultu, doskonałą, wszechwiedzącą, ale i przede wszystkim samotną jednostkę. Mniejsza o to, kim ona jest i jakie są jej przymioty. Ważnym raczej jest fakt, którego nikt nie podważy, że jest to jeden ktoś (mono jakby na to nie patrzeć). Jeden, samotny, wszechwiedzący, sprawiedliwy, oświecony ktoś. Samiuteńki jak ten palec z obrazu Michała Anioła. Sam pośród nieskończonego, zimnego wszechświata.

A teraz na chwilę spróbujmy cofnąć się do początku tych fenomenów duchowych. Do ich twórców. Mędrzec, mesjasz, prorok. Czyż nie jest zastanawiającym, że każdy
z nich: Gautama, Jezus, Mahomet, dostąpił wizji, która w konsekwencji stała się kanwą dla ich systemów, całkowicie pogrążając się w ascetycznej samotni. Drzewo figowe, pustynia, góra Hira. Święte miejsca ich odosobnienia. Miejsca, w których Rozum został obalony z całą swoją iluzoryczną ciągłością świadomościową
i fikcyjnymi kategoriami. Miejsca, w których złudna maja opadła niczym kotara teatralna, odkrywając prawdziwą scenerię życia; w których rzeczywistość pękła na dwie części, przedzielona przepaścią.

I stanęli przed wyborem, przejść na drugą stronę, pokonując lęk - przepaść zatracenia (paradoksalnie, skok w tym miejscu, staje się symbolem przełamania skończonych konstruktów myślowych dotyczących rzeczywistości odbieranej drogą zmysłową, staje się poddaniem nieskończoności, wchłonięciem przez konieczność
i bezwarunkowość, dobrowolną próbą pokonania własnej niedoskonałej części natury, tej, którą konstytuuje strach), czy też odpuścić i zawrócić w poszukiwaniu dobrego kursu uwodzenia (kuszenia). Osobiście uważam, że był to moment najintensywniejszego poczucia woli. Było to doświadczenie bezimiennej wolności
(w dzisiejszych czasach wola została sprowadzona do prostego rachunku prawdopodobieństwa). Doświadczenie czyste i święte. Białe i mroźne. Jakiego wybory dokonali doskonale wiemy, nie ma sensu tego rozważać. Samotnicy ustanowili samotnych bogów, przełamali strach i pokonali Rozum (Gautama Marę, Jezus – Szatana, Mahomet – Dżina) . I tylko to się liczy. Chwila minęła.

A jaki mamy wybór my, stojący nad tą przepaścią – rocznik 84? Co nas tu przywiodło? Strach? Samotność? Nienasycenie? Co mamy uczynić? Stworzyć nową religię, czy może rzucić się w otchłań niebytu i zapomnieć o tej całej, bezsensownej, masowej kulturze materii – kontynuacji kontynuacji. Czego więc chcemy? Być może trochę innych nas, takich bez pytań, takich koniecznych i bezwarunkowych –naturalnych architektów ducha.       

Łukasz Słuszniak

 

 

 

 

Michał Kurzawski

Andrzej i inne smutne wypadki

            Ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Pochmurno za oknem, mokra jezdnia i pusta kieszeń. Siedemdziesiąty trzeci dzień na bezrobociu pogłębiał moja depresję. Dopóki były pieniądze na przesiadywanie w knajpach, było dobrze. Potem stawiali znajomi. A teraz każdy trzymał się ode mnie z daleka, jakbym był chory na trąd. Ale nie dziwiłem się nikomu, w końcu sam nieraz tak robiłem.

            Po porannej toalecie, ogolony i uczesany, ubrany w białą koszule i marynarkę, wyszedłem na miasto z plecakiem pełnym rzeczy, które dałoby się opchnąć za jakąś gotówkę. Miałem dwudziestocentymetrowy nóż w skórzanej pochwie, telefon komórkowy, portfel, kilka orderów dziadka z marynarki wojennej, srebrny łańcuszek z serduszkiem i posrebrzany zegarek. Do tego kilka książek. Zbiór dzieł Dostojewskiego, „Ferdydurke” Gombrowicza i trzy powieści Remarque'a. Z tym wszystkim stanąłem przed wejściem na dworzec i wypatrywałem potencjalnych kupców.

Książki opchnąłem studentom jadącym do Krakowa. Jak się dowiedziałem - studiowali historię sztuki. Nikt nie chciał tylko „Łuku Triumfalnego”. Ostatecznie udało mi się za niego dostać pięć papierosów.

            Nóż i telefon trafił do dwóch kibiców. To były już całkiem znośne pieniądze i nawet przez chwilę zastanawiałem się, czy reszty sprzętu nie zostawić na gorsze dni. Tego dnia miałem jednak fart - w kolejne pół godziny pozbyłem się zegarka i orderów.           

           Chwilę potem podjechała do mnie policyjna suka. Z paki wyskoczyło dwóch policjantów. Obaj mieli około metr dziewięćdziesiąt, krótko ścięte włosy i kwadratowe szczęki. Znaliśmy się już całkiem dobrze:

- A ty znowu sprzedajesz te gówna, wziąłbyś się za uczciwą prace – powiedział Marek, starszy posterunkowy – przez ciebie mamy więcej roboty. Pokaż ten swój koks.

- Dzisiaj miałem szczęście, szefie – uśmiechnąłem się szeroko – został mi tylko portfel, może chcecie kupić, za dwadzieścia złotych.

- To, czy masz dziś szczęście, pozostaw mi. Muszę sprawdzić, czy nie masz czegoś kradzionego. Dawaj telefon i inne badziewstwo. – powiedział, wyciągając do mnie swoją potężną dłoń.

- Nie mam, sprzedałem. Już wam mówiłem, że dziś słońce nade mną świeci.

- A ten łańcuszek – po raz pierwszy odezwał się ten drugi. Widziałem go pierwszy raz, był podobny do Marka, ale miał delikatniejszą twarz i był niższy stopniem.

- To twój młodszy brat? – spytałem z uśmiechem.

- Mój kolega zadał ci pytanie.

- Pamiątka po dziewczynie. Też mogę sprzedać.

- Dlaczego odeszła? – spytał młodszy

- A co to za różnica? Była – nie ma. Żyje się dalej, nie? – odpowiedziałem podirytowany.

- Sprawdźcie, czy nikt nie zgłaszał kradzieży łańcuszka z serduszkiem, tak na wszelki wypadek – powiedział starszy posterunkowy do policjantów siedzących z przodu samochodu. Usłyszałem skrzypienie radia i wyciągnąłem papierosy. Policjanci odmówili kręcąc głowami, a ja zapaliłem. Staliśmy tak, nic nie mówiąc. Po chwili jeden z tych w samochodzie powiedział.

- Jest czysty.

Kiedy odchodzili, rzuciłem za nimi:

- Chłopaki, kto dzisiaj wygra?

Marek spojrzał na mnie po czym klepnął faceta schowanego w głębi furgonetki i z uśmiechem na twarzy powiedział:

- Niech pan mu powie, sierżancie, jak skończy się ta walka.

Sierżant splunął i - nie patrząc na mnie - potężnym, niskim głosem rzucił:

- Góral zrobi z Andrew keczup. Krwawą miazgę.

***

- Stary, ten facet powinien być już dawno na emeryturze – powiedział Grzesiek. Poznaliśmy się sześć lat temu na pierwszym roku filozofii, który dla nas okazał się również ostatnim. – Znowu się zbłaźni i tyle. Ja idę na mecz i mam gdzieś tą całą galę.

- A ja tam lubię Andrzeja. Jakoś się z nim utożsamiam – siedzieliśmy w knajpce przy Rynku i popijaliśmy kawę, oprócz nas były tam jeszcze dwie mało urodziwe dziewczęta.

- Tak, też przegrywasz najważniejsze walki – zaśmiał się i poczęstował mnie papierosem. – A, właśnie, jak tam z pracą?

- Sprzedałem dzisiaj nóż, który dostałem na osiemnastkę.

- Nie no, stary, ty naprawdę możesz utożsamiać się z Gołotą.

- Zejdź ze mnie, Grzesiek – powiedziałem, zaciągając się papierosem. Popatrzyłem przez szybę. Przez rozświetlony Rynek przetaczały się grupki studentów i turystów. Niedługo zapełnią kluby i będzie dzika zabawa - jak na sobotnią noc przystało. Zastanawiałem się, gdzie ja się dziś podzieję, ale w głowie miałem pustkę, więc tylko spojrzałem na Grześka i głupkowato się uśmiechnąłem.

- Słuchaj, a może chcesz sprzątać na hali. Wiesz, giełda kwiatowa, całkiem niezła robota jak na początek – dopił kawę do końca.

- Daj spokój, całe życie robię przy tego rodzaju fuchach albo w handlu i mam już serdecznie dosyć. Potrzebuję normalnej roboty.  

- Stary, jest kryzys, nie? Bierz, co ci dają i nie marudź, bo zdechniesz z głodu.

- Poradzę sobie – odparłem szybko, ale wcale nie byłem tego taki pewny. Dwa i pół miesiąca na bezrobociu naprawdę dało mi w kość. – Mój urok osobisty mi pomoże.

- Pierdolisz – bez ogródek podsumował Grzesiek. – Dobra, ja spadam na mecz, a ty weź się z życiem za bary - wstał, założył kurtkę i podał mi dłoń. Spojrzał na dwie dziewczyny, siedzące przez cały ten czas przy herbatce i rozmawiające o literaturze. Na wychodne rzucił:

– Albo żyj z pieniędzy takich mało urodziwych niewiast.

- Trzymaj się, dzięki za kawę.

            Chwilę później szedłem przez Rynek. Zaczynało padać i ludzie chowali się po bramach. Zapaliłem ostatniego z pięciu papierosów. Zastanawiałem się, gdzie by tu obejrzeć walkę. Nie za bardzo miałem ochotę na „sportowe” knajpy, a w tych, w których zazwyczaj bywałem, nie spodziewałem się transmisji.

            Pozostało mieć nadzieję, że walka nie skończy się w pierwszej rundzie. Głupio byłoby czekać jakieś cztery godziny, żeby obejrzeć trzy minuty. Zgasiłem papierosa i przyspieszyłem kroku.

***

            Tuż przed 22 zamówiłem trzecie piwo. Jakoś słabo mi wchodziły i nie miałem ochoty na alkohol. Siedziałem przy barze w Bohemie - knajpie, którą prowadził Chilijczyk. Całkiem fajny gościu z czarną kozią bródką. Zakochał się w polskiej kelnerce, kiedy prowadził knajpę w Rzymie i dlatego znalazł się w tym pięknym mieście, w którym musiałem sprzedawać pamiątki z młodości, żeby mieć na piwo i chleb. Ale nie narzekałem - w oczekiwaniu na walkę wieczoru w niewielkim telewizorze nad barem, zamiast pokazywać pojedynki poprzedzające, puszczono wybory Miss Polonia. Sączyłem piwo, spoglądając na dziewczyny, z których większość była wyższa ode mnie o jakieś pięć centymetrów. Tyle że ładnych było jak na lekarstwo, więc naprawdę miałem nadzieję, że cała ta parada pań walczących o prawa Tybetu i wolność Gruzji skończy się,  zanim na ring wejdą Andrew i Góral.

            W klubie było bardzo dużo ludzi, wielu studentów, białych kołnierzyków i gówniarzy z liceów. W tle słyszałem hity z lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i trochę współczesnego rzępolenia. Pomimo tego była to jedna z niewielu knajp, gdzie mogłem wytrzymać. Tak naprawdę żałowałem, że nie siedzę w domu przed telewizorem.

Po chwili ktoś klepnął mnie w plecy. Nie odwróciłem się, myśląc, że to przez przypadek. W końcu przez bar przewalały się wielkie tłumy. Jednak po chwili usłyszałem głos:

- Ty, popatrz, do kolegów się nie przyznaje.

            Po głosie poznałem, że to Irek. Koleś z dziennikarstwa sportowego, tak samo jak ja bezrobotny. Z tym że od trzystu dni. Nie mam pojęcia, skąd wyciągał na piwo, ale ja nie miałem zamiaru stać się jego sponsorem. Odwróciłem się z uśmiechem:

- Cześć, przyszedłeś na walkę? – podaliśmy sobie dłonie. Irek był z jakimś rudym kolesiem, poznałem go kiedyś, ale nie mogłem sobie przypomnieć jego imienia.

- Oszalałeś? Pieprzę walkę. Wracam z meczu. Śląsk rozjebał Zagłębie 2:0 – jego twarz promieniowała uśmiechem ukazującym nierówne zęby. Z obrzydzeniem odwróciłem się do baru i sięgnąłem po Lucky Strike’a. Odpaliłem – A ty co, zamierzasz oglądać tę parodię? – spytał.

Zaciągnąłem się głęboko, upiłem łyk piwa i dmuchając mu dymem w twarz rzuciłem:

- Tak.

- I co obstawiasz? – spytał Rudy.

- Dopóki walczy Gołota, ja wierzę w prawdziwą miłość. Nie mogę kibicować komu innemu.

- To się zawiedziesz - wtrącił Irek.

- A jak tam twoja praca - znalazłeś już? – spytałem z uśmiechem.

- Spierdalaj – chłopaki zamówili po piwie i, jak stwierdził Rudy, „poszli szukać towaru”. Irek już się nie odezwał. Uwielbiam trafiać w słabe punkty ludzi, kiedy mnie wkurwiają.

            Znowu zostałem sam na sam z Tyskim. Było już po 22, więc zawołałem barmana i poprosiłem go, żeby przełączył program. Ten tylko spojrzał na mnie pogardliwie i rzucił:

- Jak się skończą wybory.

            W ten sposób zostałem zmuszony do obejrzenia finału. Sześć lasek stało i wdzięczyły się do obiektywu, a jakaś trójka pacanów-ekspertów przyznawała punkty. Co chwile wtrącał się konferansjer, który przypominał, że ostateczny głos ma naród, bo „tylko dzięki państwa esemesom któraś z tych pięknych niewiast zostanie Miss Polonia 2009”. Wśród finalistek były tak ze trzy ładne, w tym Dolnoślązaczka z Legnicy. Jak na mój gust najładniejsza, choć miała trochę za mały biust. Wszyscy, którzy nie byli zajęci piciem, tańczeniem, rozmową lub wyrywaniem kibicowali właśnie tej lasce. W końcu konferansjer otrzymał kopertę z wynikami i po długiej chwili napięcia podał wyniki. O dziwo, ta naprawdę najładniejsza dziewczyna wygrała. Pomyślałem, że to może być dobry znak przed walką i że naprawdę może zdarzyć się cud.

            Oczywiście, po wyborach barman przełączył kanał na jakąś muzyczną stację. Myślałem, że go zabiję. Zawołałem go - a gdy poszedł, wysyczałem przez zaciśnięte zęby:

- Miała być walka…


***

            To, co zobaczyłem, było straszne. Adamek stał już w ringu i rozgrzewał się, truchtając w swoim narożniku, a Gołota wychodził z szatni. Ale to nie był ten Andrzej, którego ubóstwiałem od szóstego roku życia - potężna, atletycznie zbudowana góra mięsa - tylko misiek z nadwagą w wieku lat czterdziestu dwóch. Drżałem, drżałem na całym ciele, szybko zamówiłem wódkę, odpaliłem papierosa, kiedy zaczęli grać hymn Polski i byłem przerażony. Nie chciałem przeżywać kolejnej porażki Andrew, to byłoby ponad moje siły.

            Kilku facetów przy barze zainteresowało się walką, pojawiły się pierwsze komentarze, trochę uszczypliwości na temat wyglądu Andrzeja, kilka na temat postury Tomasza Adamka. Generalnie mężczyźni podzielili się na dwa obozy i każdy liczył na dobrą walkę.

            Palpitacji serca dostałem już w trakcie pierwszej rundy. Góral rzucił się od razu do bicia i po kilku ciosach oraz ewidentnym odepchnięciu posłał Gołotę na deski. Wtedy pomyślałem tylko, czyżby to już koniec, czyżby moje straszne sny o trzech minutach naprawdę się miały sprawdzić? Na szczęście Andrzej wstał i dotrwał do końca rundy - obity i z rozciętym łukiem brwiowym.

            Potem nastąpiły druga i trzecia. Adamek okładał „Ostatnią Nadzieję Białych” potężnymi ciosami i odskakiwał, a Gołota jedynie klinczował lub nie trafiał, bo był po prostu zbyt wolny. Wtedy zrozumiałem, że słowo „nadzieja” w przydomku boksera to jedna z największych pomyłek dwudziestego wieku. Trudno było mi przełknąć fakt, że jeden z trzech najbardziej znanych Polaków lat dziewięćdziesiątych - obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy - słania się na ringu w Łodzi pod ciosami kolesia o dwadzieścia kilogramów lżejszego.

            Dopiero kolejna runda przyniosła nadzieję, Andrew zaczął się jakby szybciej poruszać, walka stała się wyrównana i nawet zaczynałem być dobrej myśli. Naprawdę zacząłem wierzyć, że jeszcze wszystko może się zdarzyć.

            W piątej rundzie Adamek znokautował Gołotę.

            Przez chwilę nic nie słyszałem. Czułem się, jakbym dostał łomem w głowę. Patrzyłem tylko na szczęśliwego Górala i na ideał mojego dzieciństwa - pobity, zakrwawiony, pokonany. Pierwsze słowa, które usłyszałem, brzmiały: "właśnie skończyły się lata dziewięćdziesiąte". Powiedział to jakiś koleś przy barze. Wziął piwo i odszedł, z niedowierzaniem kręcąc głową. Ja odpaliłem papierosa i powoli czułem, jak nikotyna przedostaje się do mózgu i krwi, jak znowu zaczynam reagować na bodźce. Usłyszałem szum sali, potem konkretne rozmowy, jakąś muzykę w tle. Ludzie żyli, jakby nic się nie stało, a ja nadal nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

Czułem się znokautowany.

***

            Miałem już zamówić kolejną wódkę i wtedy ją zobaczyłem. Nie widziałem jej dziesięć miesięcy. Naiwnie myślałem, że to miasto okaże się na tyle duże, że już nigdy jej nie spotkam.

            Była lekko pijana i poruszała się jak w zwolnionym tempie, przeczesała włosy w taki sposób, że poczułem dreszcze na całym ciele. Nie mogłem od niej oderwać oczu, od jej pełnych ust, od płaskiego nosa i piwnych oczu. Serce zaczęło mi walić, cały zlałem się potem i wytrzeźwiałem w jednej sekundzie. Pomyślałem, że podejdę, że jest szansa, że to dobre miejsce.

            Wtedy zostałem znokautowany drugi raz w przeciągu pięciu minut.

            Oplotła ramionami jego szyję, tak, że nie widziałem twarzy. Widziałem za to, jak zamyka oczy i całuje go tymi swoimi pełnymi ustami i uśmiecha się do niego tak, jak jeszcze rok temu uśmiechała się do mnie. A kiedy miałem już dojrzeć jego twarz i dowiedzieć się, po trzystu bezsennych nocach, kto zajął moje miejsce, ktoś pogłaskał mnie po włosach.

- Cześć – powiedziała. Zanim ją zobaczyłem zarejestrowałem, że pachnie mango i grenadyną  i że pamiętam skądś tę woń. A potem ujrzałem ładnie zarysowane kości policzkowe, wąskie usta, niebieskie oczy i rozpuszczone przypalane blond włosy. Miała na sobie błękitną sukienkę z odkrytym jednym ramieniem i rajstopy w bardzo efektowny wzór.

- Kto to? – spytała z typową dla kobiet ciekawością i rutyną. Odwróciłem się, ale jego już nie było. Nie poznałem twarzy człowieka, o którym myślałem w każdą bezsenną noc.

A ona stała i sączyła jakiegoś kolorowego drinka rozmawiając z koleżanką, której nie kojarzyłem.

- To była moja… To moja dziewczyna była. – Powiedziałem, odwracając się do Marty. Popatrzyła na mnie mrużąc niebieskie oczy, potem zlustrowała Karinę od góry do dołu i stwierdziła bez emocji:

- Ładna.

            Wyciągnęła cienkiego papierosa z paczki i zapaliła. Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Nie wiedziałem, co robić. W normalnych okolicznościach rzuciłbym się na nią jak zwierzę albo chociaż zaczął przyjazną konwersację, ale w tym momencie, po nokaucie Gołoty w piątej rundzie i moim nokaucie po dziesięciu miesiącach byłem naprawdę rozpieprzony.

            Być może siedzielibyśmy tak i patrzyli na siebie, i do niczego by nie doszło, gdyby nie barman.

- Podać coś?  

- Tak, dwa razy kamikaze – a potem uśmiechnęła się do mnie.

- I z czego się tak śmiejesz, co?

- Bo ty jednak masz serce. Ale kamikaze postawi cię na nogi.

- Jedyne serce, jakie mam, wisi na łańcuszku na mojej szyi – odpiąłem zatrzask na karku i pokazałem jej. Przez chwilę patrzyła na srebrny łańcuszek z małym, płaskim serduszkiem. Potem barman postawił przed nami osiem kieliszków, a Marta zapłaciła.

- Pod rząd wszystkie cztery.

- Nie dasz rady. Nie mam kasy, żeby ci oddać za drinka.

- Pij, nie marudź – powiedziała i uśmiechnęła się.

            Zrobiłem tak, jak powiedziała i szybko wychyliłem cztery kieliszki. Czułem, jak zimny słodko-kwaśny płyn wlewa się w gardło. Ukradkiem spojrzałem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widziałem Karinę, ale jej już nie było.

            Odstawiliśmy ostatnie kieliszki. Marta zaciągnęła się papierosem i musiałem przyznać, że wyglądała dzisiaj zabójczo, niczym femme fatale z filmów noir. Potem spojrzała na mnie.

- Masz – podałem jej łańcuszek.

- Po co mi to? – odsunęła się trochę.

- To za szoty, tym mogę zapłacić. Własnym sercem – to ostatnie stwierdzenie zabrzmiało fatalnie.

- Spadaj, nie chcę.

- Ewentualnie mogę odpłacić się w naturze – uśmiechnąłem się nijak i postanowiłem, że zaraz stąd wychodzę, no bo w końcu jak długo można się tak kompromitować?

- Obiecanki cacanki, zawsze tak mówicie i nic z tego nie ma.

            Myślę, że zrobiłem to, bo miałem już naprawdę wszystkiego dość. Tego dnia i tych ludzi. A chyba uznałem, że jak dostanę od niej w twarz przy barze, to będzie to idealnie kiczowate zakończenie tego dnia.

            Chwyciłem ją za odkryte ramię i przyciągnąłem do siebie. Dotknąłem jej wąskich ust, ale nie odwzajemniła pocałunku. Spojrzała na mnie lekko zaskoczona, nawet trochę onieśmielona i wtedy spróbowałem drugi raz. Tym razem przywarliśmy do siebie całymi ciałemi, tak, że Marta prawie ześlizgnęła się ze stołka, a ja czułem, jak przenikam jej zapachem.

***

            Kiedy było po wszystkim i leżeliśmy obok siebie paląc papierosy, a moje ciało nie było już zdolne do żadnego ruchu i pachniało mango, potem i nikotyną, spytała:

- Lepiej?

- Jestem trochę smutny.

- Dlaczego? - Uniosła się na łokciu by spojrzeć na mnie. Zrobiła to tak, że kołdra odkryła jej szczupłe ramiona i drobne jędrne piersi.

- Bo… Andrzej przegrał walkę – odpowiedziałem.

KONIEC

                                                                                                                 X-XI 2009

 

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton