Cegła - Literatura - Proza - Poezja
KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net *** gg: 1926915
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #17

 
a) fink
info
Odsłon: 2524, Komentarzy: 0
 
b) Jacek Podsiadło
wiersze
Odsłon: 1286, Komentarzy: 0
 
c) Andrzej Sosnowski
*****
Odsłon: 788, Komentarzy: 0
 
c1) KAROL MALISZEWSKI
Korespondencja seryjna. Patryk Nikodem
Odsłon: 773, Komentarzy: 0
 
c2) JACEK BIERUT
NIC O MNIE BEZE MNIE
Odsłon: 737, Komentarzy: 0
 
d) Piotr Macierzyński
wiersze
Odsłon: 1163, Komentarzy: 0
 
e) Sławomir Shuty - rozmowa
W literaturze nie ma schematów, które wypluwają arcydzieło
Odsłon: 745, Komentarzy: 2
 
e1 Karol Pęcherz
Sztuka sprzedaży - DECOBAZAAR
Odsłon: 946, Komentarzy: 0
 
e1) Grzegorz Jankowicz
Rewolucji nie będzie
Odsłon: 724, Komentarzy: 0
 
f) Łukasz Plata
3000 na godzinę
Odsłon: 903, Komentarzy: 0
 
g) Agnieszka Kłos
Dzikie zwierzęta
Odsłon: 773, Komentarzy: 0
 
h) Maciej Gierszewski
*****
Odsłon: 841, Komentarzy: 0
 
i) Rafał Gawin
wiersze
Odsłon: 915, Komentarzy: 0
 
j) Mirosław Marcol
wiersze
Odsłon: 700, Komentarzy: 0
 
k) Paweł Łęczuk
wiersze
Odsłon: 966, Komentarzy: 0
 
l) Grzegorz Kwiatkowski
p r a w
Odsłon: 739, Komentarzy: 0
 
m) Tytus Żalgirdas
wiersze
Odsłon: 769, Komentarzy: 0
 
n) Kuba Węgrzyn
wiersze
Odsłon: 876, Komentarzy: 0
 
o) Waldemar Jocher
wiosna__ buforowanie kultury i masy
Odsłon: 699, Komentarzy: 0
 
p) Mariusz Cezary Kosmala
wiersze
Odsłon: 845, Komentarzy: 0
 
r) Marcin Bałczewski
Opowieść ruchoma i przechodnia
Odsłon: 734, Komentarzy: 0
 
s) Jadwiga Skowron
Polska policja jest otwarta na inne kultury
Odsłon: 736, Komentarzy: 1
 
t) Slawus Polonus
DNA
Odsłon: 828, Komentarzy: 0
 
u) Bożena Brzozowska
dług w dźwięczności
Odsłon: 647, Komentarzy: 0
 
w) Bartłomiej Pietraszuk
Kolęda
Odsłon: 637, Komentarzy: 0
 
x) Ewa Danilczuk
W tej dzielnicy
Odsłon: 642, Komentarzy: 0
 
y) Rafał Kwiatkowski
SYMBALLEIN
Odsłon: 573, Komentarzy: 0
 
z) Jędrzej Siwek
Wszystkie te rzeczy
Odsłon: 762, Komentarzy: 0
 
za) Agnieszka Gałązka
bo to zły rocznik był
Odsłon: 825, Komentarzy: 0
 
zb) Tomasz Smogór
Wykolejeni
Odsłon: 581, Komentarzy: 0
 
zc) Ireneusz K. Korpyś
codzienna eucharystia po pracy
Odsłon: 745, Komentarzy: 0
 
zd) Bartosz Wójcik
CZECHOWICZ
Odsłon: 715, Komentarzy: 0
 
ze) Wiktor Będkowski
opowiadania
Odsłon: 762, Komentarzy: 0
 
zf) ALAN SMITH
A POET'S WORDS
Odsłon: 621, Komentarzy: 0
 
zg) Przemysław Matelski
ogłoszenie
Odsłon: 631, Komentarzy: 0
 
zh) Dodatek ON-LINE - poezja
Dobies, Płaczek, Smołucha, Mendelejewa, Baca, Marcyjaniak, Szafranowicz,
Odsłon: 781, Komentarzy: 0
 
zi) Dodatek ON-LINE proza
Buda, Ciechanowicz
Odsłon: 622, Komentarzy: 0
 
zj) Dodatek ON-LINE proza
Czarnocki, Słuszniak, Kurzawski,
Odsłon: 676, Komentarzy: 0
 
ZK) Dodatek ON-LINE proza
Korbiel
Odsłon: 719, Komentarzy: 0
 
zi) Dodatek ON-LINE proza

Buda, Ciechanowicz

Paweł Buda - ur. 1982, polonista z wykształcenia, obecnie prowadzę z żoną gospodarstwo

rolne w Minnesocie, USA.

Arkadiusz szuka

Nie ma parkingu, nie ma pogody. Błoto i zimno. Szaro, szary budynek. Kiedyś było tu ZOMO. Wszędzie pełno petów. Pełno ludzi, którzy patrzą albo obojętnie albo wymijająco. Dużo ludzi. Całe masy, dowożone wciąż tramwajami i autobusami. Szczere pola. W środku zielono, szaro-zielono. Schody w dół, do piwnic. Może tu zamykano ludzi. Może bito po nerach, po głowie. Wszyscy siedzą. Milczą. Dużo ludzi. Takiej kolejki nie widuje się w normalnych miejscach. Godzina jedna, druga. Jakieś bluzgi, jakieś radio.

Uśmiech nie schodzi jej z twarzy, ale śmieje się do kolegi za szybą, z innego boksu. Śmieje się tak głupio, że aż robi się przykro.

– Zawód?

– Nauczyciel polskiego.

– Zostaje panu przyznany status osoby bezrobotnej. – ciemno w tej piwnicy i szaro. Są to boksy najgorszej jakości. Tak źle mają tylko kury, których jaja oznacza się najgorszym z możliwych symboli, numerem 3 – chów klatkowy. – Przysługuje panu 380 złotych miesięcznie przez sześć miesięcy. Pierwsza wypłata za półtora miesiąca. Tu są pana prawa, tu obowiązki, tu pan się zgłosi za miesiąc, tu kolega panu nada numer identyfikacyjny. Boćwinko przygotował sobie kartkę z pytaniami, ale żadne nie miało jakoś teraz sensu.

– Pieniądze będą wypłacane na poczcie lub przelewane na konto, jeśli na konto, to pokój 103.– uśmiech nie schodzi jej z twarzy, czerwieni i pęcznieje, jakby miała zaraz wybuchnąć.

            Na przystanku Boćwince wydawało się, że wszyscy udają, że nie idą z bezrobocia. Że przyszli tu na spacer, przypadkiem, z domu, że idą do pracy. Niektórzy nawet przyprowadzili swoje czworonogi i przywiązali je do czerwono-białych palików na małym parkingu, poszli się zarejestrować, a potem z powrotem, jak gdyby nigdy nic, na spacer. Tylko, że tam nie ma innych budynków. Jest tylko urząd pracy, a właściwie, nie owijając w bawełnę, urząd bezrobocia.

Boćwinko też udaje, idzie dziarsko, zadowolony, jakby właśnie dostał podwyżkę i awans. Denerwują go jego ubrania z second-handu, denerwuje go, że wygląda jak wszyscy tutaj. Samochody, jeśli ktoś tu w ogóle jedzie czym innym niż tramwaj, też z drugiej ręki, z Niemiec, po tuningu, z wieśniackimi napisami rally na szybach maluchów.

 

– Dlaczego nie uczy pan już w tym Turowie? – pytał Jagiełło.

„Pan Franciszek Jagiełło panu pomoże. Niech się pan nie martwi.” Dziewczyny siedziały sobie na kawie w pokoju i dobrze się im gadało. Właśnie wróciły z papierosa, bo ich szare i czarne garsonki jechały lekko dymem z vogów i tego typu fajek. Telefony nie dzwonią, a jak tyrknie coś, to się odbierze. Zaraz. Tak. Nie. Chwileczkę. Nie proszę panią. Tego typu hasła niosą się po gabinetach Wydziału Edukacji.

– Wypełni pan tą deklarację i my umieszczamy pana dane w banku ofert dla dyrektorów szkół. Dyrektorzy, gdy jest zapotrzebowanie, dzwonią do nas, a my im przekazujemy państwa dane. Wszystkie, tak. Dyrektorzy już sobie wybierają sami. A sprawami zatrudniania zajmuje się pan Franciszek Jagiełło. Pan pójdzie do niego i wszystkiego się dowie. Pan Jagiełło, pokój sto dwa. Tak, dziękuję. – Boćwinko zszedł z drogi niosącej herbatę z róży koleżance urzędniczki. Odnowiony urząd trochę onieśmielał, ale przynajmniej sprawiał wrażenie miejsca, gdzie się pracuje i gdzie się załatwia różne sprawy.

– Słuchaj Staszek, bierz tą Nowakowską, tak. Jest super dziewczyna. Tak. Tak. Już ci daję na nią namiary. Tak, od geografii. Tak. Dzwoń do niej. – głos Jagiełły niósł się po całym piętrze. Nie było kolejki, ale Boćwinko odczekał, aż tamten skończy, pełna kultura. I wejście, ukłon, ale zadzwonił telefon, więc musiał czekać dalej.

– Matematyka? Słuchaj, mam dla ciebie dziewczynę. Tak, młoda, świeża, super. Ona pracowała rok temu u Klicha. Tak, tak. Notuj, notuj. Tak. Notuj jej numer, super dziewczyna. Dzwoń do niej. Już. Tak.

 

– Nie było dla mnie etatu. – Boćwinko patrzył nieco nieśmiało na Jagiełłę, który mierzył go od stóp do głów. Normalnie jakby miał zaraz wbić dwa miecze w dywan i spuścić przyłbicę, po czym ruszyć do ataku. Powiesić lub w najlepszym wypadku wywieźć Boćwinkę na wozie do jego malutkiego Turowa. Arek czekał na jakiś sygnał, może aby usiąść, albo cokolwiek. Ale nie nadchodziły żadne wieści zza dwóch biurek spod okna, gdzie ulokowany był ze swoim sztabem IT w postaci telefonu i komputera Jagiełło. Na ścianie po lewej wisiał, i to już było przegięcie, wisiała reprodukcja bitwy pod Grunwaldem. Jagiełło zamiast na niego, patrzył się na Bitwę i dalej ciągnął swoje.

– Trudno będzie panie Arku, bo nie bardzo mamy możliwości dla polonistów. Co pan robi teraz? Aha, na bezrobociu. No cóż, może się coś zwolni, to proszę przychodzić. Niestety, nie mam nic na dziś, nie ma. Zanotowałem pana numer. Proszę spojrzeć na te wszystkie podania. Rzeczywiście jakby wałem Jagiełło otoczył się papierami tego typu, który przed chwilą wypełniał Boćwinko.

– Był pan na górze?

– Tak.

– Zapisał się pan do banku?

– Tak.

– No nic, czasem się jeszcze coś zwalnia, także proszę pytać.

– To znaczy pan będzie dzwonił?

– Proszę pytać.

– Ale mam dzwonić, czy przychodzić?

Tak, proszę pytać. Tak. – Znowu zadzwonił telefon i znowu jakiś Staszek. Nie wiadomo, czy wyjść, czy zostać, jakoś tak nie miał co zrobić z rękami Boćwinko, więc ukłonił się i wyszedł.

           

            Szanowni Państwo!

            Proszę mi pozwolić na zaprezentowanie swojej kandydatury na stanowisko Reprezentanta w Dziale Obsługi Klienta w Państwa firmie.

            Jako nauczyciel z dwuletnim stażem mam szerokie doświadczenie w udzielaniu informacji i pomaganiu odbiorcom, w tym przypadku uczniom. Potrafię wykorzystywać swoje zdolności komunikacyjne i umiejętność słuchania oraz szybkiego reagowania na potrzeby drugiego człowieka.

            Ponadto władam dwoma językami obcymi, angielskim oraz rosyjskim, co na tym stanowisku jest rzeczą niezbędną. Oba języki znam w stopniu komunikatywnym, co mogę potwierdzić odpowiednimi certyfikatami.

            Chciałbym w sposób odpowiedzialny i z zaangażowaniem współtworzyć wizerunek firmy cieszącej się znakomitą renomą i umożliwiającej realizację indywidualnych celów. Dlatego z przyjemnością zaprezentuję się podczas rozmowy kwalifikacyjnej i czekam na Państwa odpowiedź.

 

Z poważaniem

Arkadiusz Boćwinko

 

– Tak. Z głębokim poważaniem. – odezwał się sam do siebie Boćwinko. Starał się już o wiele różnych posad odkąd przestał uczyć. Od pomywacza naczyń, listonosza, sprzedawcy sklepowego na dziale książkowym, poprzez wykidajłę w cygańskim nocnym lokalu, po nauczanie języka polskiego jako obcego oraz informację dworcową, choć o tym ostatnim wolałby zapomnieć, bo nie wyszło mu za bardzo próbne zapowiadanie przyjazdu i odjazdu pociągów. Wydawało się, że to pestka. Siedzi się i czyta do mikrofonu, głos idzie w eter i wszyscy są poinformowani i zadowoleni.

Szkoliła go pani Krysia. Siedziała z papierosem i kawą na bardzo wygodnym fotelu, a Arkadiusz obok na nieco wytartym i używanym pewno jeszcze za czasów słynnego przyjazdu na dworzec Piłsudskiego sto lat temu.

– Spodeczków nie używamy, kiedyś się używało, ale teraz nie wolno. Pije się kawę w kubku bez spodeczka, żadnego dzwonienia łyżeczką też nie stosujemy. Nie ma mowy o szklanej popielniczce. Pali pan?

– Nie, może, czasami.

– No, to używamy popielniczek z plastiku. Łyżeczką mieszamy tylko w pomieszczeniu gospodarczym. Nie przynosimy łyżeczki. Telefon można mieć, ale tu, nie na blacie. I oczywiście tylko na wibratorze, nie może być na dzwonku, absolutnie. No. Tu mamy, chwileczkę, muszę zapowiedzieć Kołobrzeg. – pani Krysia naciska mikrofon, ale najpierw naciska przycisk oznaczony na plastikowym blacie literkami D Ż na przyklejonym plastrze opatrunkowym. Po czym wyłącza mikrofon i znowu z ciężkim oddechem odwraca się do Boćwinki na swoim obrotowym obszernym i wypełnionym nią po brzegi fotelu.

– Pan tu zobaczy, jak to wszystko jest urządzone. Najpierw wciska pan D Ż

– A właśnie, zastanawiałem się, co znaczy to D Ż.

– To jest od słowa dżingiel. Zna pan angielski, prawda? No. To jest od słowa dżingiel D Ż, a po tym, jak pan sobie to naciśnie, to wtedy przyciska pan na M, czyli

– mikrofon.

– Mikrofon, tak. I po tym, znowu mikrofon, czyli M, a na końcu D Ż, czyli dżingiel. Mamy dwa rodzaje dżingli, ale to już nie pan zmienia kasetę z dżinglem, tylko obsługa kolei. Oni przychodzą, na weekendy i w święta państwowe jest jeden, a drugi, ten co dziś, jest na normalny dzień. Także pan się nie martwi tym, tylko przychodzą z obsługi. Oni już tu są o drugiej w nocy w sobotę. I o drugiej w nocy w poniedziałek. Czyli jak otwierają kasy znowu. No, i pan ich nie musi tu wpuszczać, bo te kasety są tam pod nami, na dole. – Pani Krysia znowu naciska D Ż i potem M, i zapowiada Kołobrzeg wjeżdżający na stację.

– Teraz będą informacje poufne, więc niech pan je zachowa dla siebie, dobrze? No. Więc tu są rodzaje informacji wychodzących. Tu pan ma podział na rodzaje informacji, proszę się dobrze przyjrzeć. – Pani Krysia otwiera wytarty zeszyt, z każdą stroną foliowaną w nieco matową już folię. Na stronach kolejne rozdziały oznaczone są wytłuszczonymi tytułami.

– Tu pan ma, niech pan patrzy, rozdziały: wjedzie, wjeżdża, opóźnienie, zmiany opóźnienia, zmiany toru, zmiany peronu, widzi pan, każdy dzień tygodnia ma zmieniony trochę skład wiadomości wychodzącej. Niech pan patrzy na tu, na przykład, poniedziałek: Pociąg osobowy łamane przez pospieszny łamane przez ekspresowy przez ekspres-intercity przez TNK, wie pan, co to za skrót, Tanie Linie Kolejowe, tak, łamane przez TLK z łamane przez ze, bo jak ma pan na przykład Zgierz, to będzie pociąg ze Zgierza, ale jak będzie z Warszawy, to z Warszawy, tak? No, ale pan polonista, to pan wie. No. A jak będzie Zabrze?

– Z Zabrza.

– A Zbrucz?

– Ze Zbrucza.

– Bardzo dobrze, no. I dalej. Wjedzie na tor trzy kropeczki przy peronie trzy kropeczki, proszę odsunąć się od torów podczas wjazdu pociągu. No. To ma pan w poniedziałek. A we środę ma pan tak, tu proszę przerzucić: pociąg osobowy łamane przez pospieszny łamane przez ekspresowy przez ekspres-intercity przez TNK z ze trzy kropeczki, wjedzie na peron trzy kropeczki przy torze trzy kropeczki, proszę zachować ostrożność przy wjeździe pociągu. Widzi pan, na czym polega różnica? Tak. A we czwartek ma pan tylko zmianę zamiast proszę zachować ostrożność przy wjeździe pociągu jest przy wjeździe pociągu proszę zachować ostrożność. O. I kolejna sprawa, kiedy jakich komend się używa. Bo tu już wkracza psychologia. Niech pan pomyśli. Jak się zapowiada pociąg, który ma opóźnienie pięć minut po czasie, to wtedy się mówi, jak już jest czas odjazdu, mówi się informacje, że pociąg ten i ten wjedzie tu i tu. W JEDZIE. Pan rozumie. Ludzie się zaczynają zbierać, jedni biorą torby, inni dzieci, wychodzą pod linię wsiadania i mija te pięć minut i nikt się nie denerwuje, bo wszystko wie pan, się przez te pięć minut opóźnienia zbierało do wsiadania. A kiedy już pociąg ma rzeczywiście wjechać, następuje z pana strony zapowiedź druga: pociąg W JEŻDŻA, ten i ten pociąg W JEŻDŻA tu i tu, na peron ten i ten, tor ten i ten. Rozumie pan. No.

– No, ale zanim pan się zabierze za wpajanie sobie dokładnie wszystkiego, trzeba przejść przez testy głośnomówiące. Czyli musi pan mi się zaprezentować, jak pan zapowiada informacje, w jaki sposób reaguje nagłośnienie z pańską barwą głosu, abyśmy mogli podjąć właściwą decyzję co do pana. Proszę, Kołobrzeg odjeżdża już za minut dwie. Proszę wykonać informację o wyjeździe pociągu, tu, proszę, ma pan wszystko w zeszycie.

 

– Halo?

– Pan Arkadiusz Boćwinko?

– Przy telefonie.

– Proszę pana, czy mogę panu zająć chwilkę? Nazywam się – tu Boćwinko nie dosłyszał, bo kobieta przedstawiała się w stylu znanym jedynie sprzedawcom pościeli z australijskiej wełny, agentom ubezpieczeniowym i ludziom zachęcającym do wybrania nowego planu taryfowego. – Reprezentuję firmę Skand kropka all. Składał pan u nas swoje podanie o pracę na stanowisku przedstawiciela handlowego. Czy nadal jest pan zainteresowany naszą ofertą?

– Tak, naturalnie.

– W takim razie musi pan przyjść do nas do biura na rozmowę kwalifikacyjną. Podczas tej rozmowy uzgodnimy wszelkie szczegóły.

– Dobrze, rozumiem, to kiedy mógłbym się do państwa zgłosić i gdzie?

– Kiedy tylko ma pan czas. Który dzień by panu odpowiadał? Umówię pana z naszym działem HR.

 

 – Czy ma pan zamiar powrócić do Polski? Zapytała świdrująco patrząc na Boćwinkę pani od HR. Był wyraźnie spięty, na pierwsze pytanie, o to, czy pada deszcz, bo w tym nowoczesnym hangarze nie ma okien, odpowiedział nieudaną parafrazą z wiersza Staffa o deszczu jesiennym. Poeta? Nie, tylko nie o poezji. Czasem pisał w CV zainteresowania poezja, a nuż ktoś się tym interesuje jak i on, jakiś wrażliwy szef po Harvardzie, z ubogiej rodziny, rozwożący mleko po USA, szukający poetów, filozofów, zielonych i innych, otwarty na ludzi creative, ale nie tym razem. Tym razem zależało mu na tym wyjeździe. Żadnych głupot o poezji. I teraz ten Staff i deszcz jesienny dzwoniący o szyby, których ta młoda absolwentka psychologii stosowanej, z irokezem, nie widziała od dawna. Wydawało mu się, że był nieco starszy od haerówki, więc grał melancholijnego nauczyciela z prowincji, podstarzałego kawalera inteligenta, co to kupuje raz w tygodniu Tygodnik Powszechny, o którym ta czytelniczka newsweeków i innych dupereli nie miała pewnie pojęcia.

W busie nauczył się krótkiego opowiadania o sobie. Że skończył Uniwersytet, że ma kontakt z ludźmi na co dzień, że umie rozwiązywać problemy, radzi sobie ze stresem, jest kreatywny, podczas lekcji to udowadniał, interesuje się literaturą faktu, translatologią i dlatego zna język angielski, w wolnych chwilach obserwuje ludzi podczas spacerów. Według niego bowiem prawda mieszka w twarzach. To ostatnie wyćwiczył tak, żeby mówić do twarzy tej kobiety z rozmowy kwalifikacyjnej, ale nie udało się.

– Oczywiście, no wie pani, po cóż miałbym zostawać w Skandynawii? Mam tu rodzinę, mieszkanie, wszystko, czego mi potrzeba.

– Uhm. – Zapadła chwila ciszy. W ogóle te “uhm” podczas rozmów kwalifikacyjnych bardzo go drażniły. Niby jak ktoś mówi “uhm”, to jakby coś aprobował, ale jak robi to przeciągle, czyli jak większość haerówek, to już nie chodzi o aprobatę a głośne zastanawianie się. Jeśli jest to przeciągłe “uhm” w tonacji ni to wznoszącej się ni to opadającej, gdy jest równe, a tak było w tym przypadku, to zazwyczaj nie oznacza to nic dobrego. Wtedy jest to głos przypominający cienką krótką kreskę skreślającą jakąś ważną sprawność, której on nie posiadał. Co to mogło być pośród tej stery papierów? “Kandydat asertywny” albo “Odporność na stres: TAK” lub też “Spełnia wymaganą normę”?

– Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: musi pan wyskoczyć z płonącego promu do morza Bałtyckiego. Skacze pan czy zostaje na płonącym okręcie?

– Czy to pytanie ogólne?

– Chciałabym poznać troszkę bardziej psychikę naszych kandydatów, to takie wewnętrzne badania dla naszej firmy, nie musi pan odpowiadać.

– Nie, rozumiem... Myślę, że bym pozostał i zapytał, czy ktoś potrzebuje pomocy.

– Uhm. Jest pan na szczycie wieży, która nie ma schodów. Co pan robi, aby zejść na dół?

– Hmm.– Te pytania nie podobały się Boćwince. Jakby został na wieży, to może wyjść, że jest niekreatywny, nie umie się zachować w stresie. Jak skoczy, to marnuje dobro firmy.

– Czy potrzebuje pan więcej czasu?

– Nie, nie, skoczyłbym, ale upewnił się najpierw, czy nie ma schodów.

– Uhm. Leci pan samolotem, który nie ma już paliwa. Ostatnią osobą bez spadochronu jest właśnie pan. Jak pan się zachowuje?

Boćwinko powoli węszył jakiś podstęp, ale odpowiedział, że wyskoczyłby po upewnieniu się, że na pewno nie ma zapasowego spadochronu. W końcu chciał pokazać, że jest umiarkowanym optymistą. Że dla niego szklanka jest prawie pełna, i trochu pusta, w sam raz, aby dolać.

Po wyjściu czuł się kimś wyjątkowym i wartościowym, ale tylko przez chwilę. – Oni tak zawsze. Podadzą rękę i uśmiechną się jakbyś im pozwolił mieszkać w domku nad morzem przez całe wakacje za friko. Zrobią to szczerze, ale jednak z myślą, że jak ich już zostawisz samych, to zaproszą znajomych i ci wszystko zarzygają.

 

Dominika Ciechanowicz

Elbląg

ur. 30. 01. 1982

zawód: lektorka języka angielskiego

 

O pisaniu książek i paru innych sprawach (fragmenty)

 

 

Dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na to, żeby napisać poradnik „Jak nie wyemigrować na Wyspy i przeżyć”? Byłoby to dzieło z gatunku wiekopomnych i pobiłoby jakieś rekordy poczytności (nie mylić z poczytalnością). Ja osobiście bardzo takiej lektury potrzebuję, bo mocno zmęczyło mnie zastanawianie się w którym miesiącu jadać, a w którym zapłacić za prąd.

 ***

Stoję na peronie w Malborku i czekam na pociąg. Godzina jest nieprzyzwoicie wczesna, 6:46, i ja, jeśli przypadkiem jestem na nogach o takiej porze, to mam bardzo dziwne myśli. Jakieś mi się układają w głowie wiersze, patrzę na szczeliny w chodniku i myślę o umieraniu i ogólnie bez sensu i raczej smutno. A wokół życie twarde, chropawe jak betonowa płyta. Pan szarpie panią. Pan jest pijany, pani też. Siusia jamnik. Palą papierosy zblazowani studenci. Coś mówi przez megafon jakiś głos, coś o pociągu z pewnością, że jedzie albo nie, zrozumieć nie sposób. Gdyby to była komedia Barei, to bym się pewnie śmiała. O 6:46 do śmiechu mi nie jest. I czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć, już pomijając wszystko inne, dlaczego ten kraj jest taki brzydki?

 ***

- To wyjedźmy gdzieś, Domiś, jak ci się tu nie podoba.

- Niby gdzie?

- Do Londynu.

Cóż za oryginalny pomysł. Londyn piękne miasto, można sobie pojeździć piętrowym autobusem albo spotkać na ulicy królową i Harrego Pottera.

Tylko, że mnie w Londynie polskość uwiera.

 ***

Wygadałam się wczoraj na imprezie, że piszę książkę i teraz wszyscy chcą, żeby o nich też napisać. Krzysiek by wolał, żebym mu zmieniła imię, bo nie chce, żeby się wydało, że poważny pan prawnik po pijaku wyrywa siedemnastki i tańczy na stole. Serek ma ADHD i leci na Aśkę i obydwoje bardzo by chcieli wystąpić w książce, nawet pod własnymi imionami, bo niczego się nie wstydzą, nie wyrywają siedemnastek. Choć na stołach tańczą. Artur nie tańczy na stole, ani w ogóle nie tańczy na niczym, bo tańczyć nie lubi, ale za to ma kota. A wiadomo przecież, że w każdej szanującej się opowieści powinien znaleźć się ktoś, kto ma kota. Ala na przykład. Ali nie ma, jest tylko Artur, trudno.

 Sylwia pojechała do Włocławka.

Żwirek kręci z Muchomorkiem, a Ważniak bzyka Smerfetkę.

 ***

 Może to jest mój największy problem, że wszystko mnie w życiu tak bardzo rozczarowuje. Zaczęło się od matury, miało być tak poważnie, a można ją było zdać na same piątki  z palcem w dupie i na kacu. Studia były bez sensu i dały mi tyle, że czyjekolwiek wyższe wykształcenie nie robi już na mnie żadnego wrażenia: wiem, że można przetrwać te pięć lat bez jednej samodzielnej myśli i jeszcze zostać pieprzonym doktorantem z teczuszką i do końca życia przepisywać to, co napisali mądrzejsi od ciebie. I robić przypisy. Meandry rzeczywistości doprowadziły mnie w miejsce, do którego nie zamierzałam dotrzeć: zarabiam na życie ucząc ludzi angielskiego, co nie zdołało nauczyć mnie szacunku dla zawodu nauczyciela. Wręcz przeciwnie: znam całą masę idiotów, którzy się tym parają i jeszcze domagają się respektu.

 Życie jest jakieś mocno przereklamowane, a już najbardziej przereklamowany jest cały ten system oświaty, wszystko jedno z Giertychem czy bez.

  ***

Dzwoni Aśka i mówi, że zaraz przyjdzie, bo musi z kimś pogadać i upewnić się, że życie ma sens i że różni beznadziejni altruiści i idealiści też są światu potrzebni, choć nie odkryto jeszcze po co. Doskonale wstrzeliła się w klimat, bo akurat zastanawiałam się nad tym, dlaczego musi istnieć grupa ludzi, którzy nigdy nie zarobią dużych pieniędzy, tylko zrobią wszystko za darmo, z dobrego serca, albo z miłości do sztuki, literatury tudzież nauki. I dlaczego przydzielili mnie do tej właśnie grupy, a nie do jakiejś innej, gdzie się ciągle leży w jacuzzi i pije szampana.

- Wyobraźmy sobie, że jesteśmy, jak ten koleś z beczki – Aśka próbuje podtrzymać morale w załodze.

- Koleś z beczki?! – zatkało mnie z lekka – ogórek?

- Jaki znowu ogórek?

- Kiszony.

- Nie, nie jak kiszony ogórek. Jak Diogenes. Z Synopy. Ten, co mieszkał w beczce, gardził dobrami doczesnymi i uwielbiał samego siebie przekonywać, bez jak wielu rzeczy potrafi się obejść.

- No ale on w innym klimacie chyba mieszkał? I mógł sobie chodzić półnagi i bez butków. I wpierdalać oliwki prosto z drzewa. Nam by się mogło nie udać.

- Nie komplikuj, tylko sobie wyobrażaj.

 ***

Wcielenie się w filozofa z beczki nie okazało się wcale takie trudne, z ogórkiem pewnie poszłoby gorzej. Cóż więc z tego, że latem słonko budzi mnie o  4.56 (bo w mojej beczce brak żaluzji), zawsze mogę sobie wtedy, na przykład, poobgryzać paznokcie (bo po co mi pilniczek?) albo pozbierać piasek z podłogi (bo po co mi odkurzacz?). Potem mogę niespiesznie wstać i pójść do hipermarketu, żeby się przekonać, czego mi nie potrzeba. Nie potrzeba mi, chociażby, konewki (bo nie mam czego podlewać), zestawu walizek (bo i tak nie stać mnie na żadną wycieczkę), butów na obcasach (bo nie potrafię w nich chodzić), papierowego abażuru na nocną lampkę (bo i tak popsułam lampkę), nowej nocnej lampki (bo i tak bym ją popsuła), prezerwatyw (bo nie mam ich sobie na co nakładać), gitary elektrycznej (bo nie umiem grać na gitarze elektrycznej), parówek, wieprzowego pasztetu i kurzych żołądków (bo jestem roślinożerna), wanienki dla niemowlęcia (bo nie dysponuję niemowlęciem), karmy dla kota (bo kotem też nie dysponuję), zestawu szklanek do piwa (bo mogę pić z gwinta i Aśka też), słomkowego kapelusza z kokardą (bo brzydki jakiś) ani najnowszej płyty zespołu Ich Troje (bo nie).

 ***

  Każdemu przydałyby się chyba jakieś wczasy, bo trochę nam się zapętla czas i codzienność mknie jak wielozadaniowy Messerschmitt Me 26 z konstrukcją metalową półskorupową i z jednoosobową załogą. Nie każdemu jednakże budżet zezwala na podróże: na przykład początkujące pisarki są z definicji dość niebogate i jeśli gdzieś jeżdżą, to najwyżej rowerem na sąsiednie osiedle. Posiadają za to bujną wyobraźnię, która pozwala im wierzyć, że mijana budka z lodami to piedmontowy lodowiec Malaspina na Alasce, a trzeszczący, obwisłouchy pan Zenek spożywający pod sklepem porzeczkowego jabola, jest w rzeczywistości rodowitym Aborygenem, dmącym w swoje didgeridoo u stóp Uluru.

Artyści – rzeźbiarze również, niestety, cierpią z powodu permanentnego kryzysu finansowego i w okolicach wakacji zaczynają się zastanawiać, czy nie porzucić sztuki na rzecz hydrauliki, ślusarstwa, bądź też produkcji pluszowych hefalumpów.

Ubodzy archeolodzy też sobie za daleko nie pojadą, za to zawsze mogą wziąć łopatę i przekopać dla zdrowia jakąś latrynkę, co daje im mnóstwo zawodowej satysfakcji oraz niezapomniane doznania estetyczne i organoleptyczne. 

Prawnicy może by nawet gdzieś pojechali, ale się solidaryzują z niższymi warstwami społecznymi, bo pewnie w głębi duszy szczerze wierzą w socjalizm.

 ***

Krzysiek mówi, że w socjalizm nie wierzy i chętnie sobie pojedzie na jakiś fajny urlop, najlepiej gdzieś, gdzie go jeszcze nie było. Do Mozambiku, Etiopii albo Tanzanii chociażby, bo słyszał, że wbrew pozorom mamy z tymi krajami sporo wspólnego. Na przykład identyczny stan dróg.

 ***

Aśka siedzi w pracy i stopniowo traci wiarę w ludzkość; dobrze, że wynaleźli już internetowe komunikatory i może się tym z nami podzielić, zanim wyskoczy z muzealnego okna wprost na zabytkowy bruk.

Pani portierka właśnie zdołała grobowym milczeniem odstraszyć całą grupę niemieckich turystów, bo - podobnie jak nasi reprezentanci w Brukseli – pani ta zna języki obce jedynie z widzenia. Turyści uprzejmie przeprosili za kłopot i odeszli, na zawsze rezygnując z niedorzecznego pomysłu zwiedzania czegokolwiek.

Wszechobecne w instytucjach kultury cięcie kosztów spowodowało dramatyczny deficyt wszystkiego i teraz Asia musi przychodzić do pracy wyposażona we własny lakier do paznokci, by przy jego pomocy restaurować zabytki.

Kolega zza biurka pod oknem, po piętnastu latach pracy i zdobyciu stopnia doktora otrzymał podwyżkę w wysokości siedemnastu złotych i pięćdziesięciu groszy i teraz siedzi i patrzy z niedowierzaniem w jakiś druczek; prawdopodobnie zaniemówił ze szczęścia.

Kierowniczka, która miała nadzorować odkopywanie jednej ze średniowiecznych piwnic, postanowiła skorzystać z pięknego słonka i pojechała sobie na plażę przy użyciu służbowego samochodu, w którym, niestety, znajdowały się wszystkie łopaty. Chłopaki od kopania niespecjalnie przejęli się faktem zniknięcia łopat, a już tym bardziej faktem zniknięcia kierowniczki: uznali zgodnie, że skoro piwnica tkwi w ziemi od czasów średniowiecza, to może równie dobrze poczekać tam jeszcze do jutra, po czym tak samo zgodnie udali się na piwo.

 ***

Paweł dostał zlecenie na kolejnego gipsowego papieża o monstrualnych rozmiarach, którego jakiś fanatyczny dyrektor nowopowstałego gimnazjum postanowił zafundować swoim podopiecznym, bo po co im, na przykład, pracownia komputerowa, stołówka albo wyposażenie sali gimnastycznej. Przecież obiady i piłki do kosza dzieciaki mają w domach. A gipsowego papieża - niekoniecznie.

- Rzygam już, Domiś, tymi papieżami! To czwarty w tym roku! Chętnie bym sobie jakiś akt trzasnął, a tu tylko papież i papież. Świat zwariował.

- Nie przejmuj się, misiek. Niedługo będą takie maszynki specjalne do produkowania małych papieżyków. I ludzie będą sobie te papieżyki w ogródkach stawiać zamiast krasnali. I będziesz miał spokój.

- Może bym mu chociaż pozycję zmienił? Żeby tak nie błogosławił cały czas? Niech stoi na jednej nodze albo drapie się po głowie.

- Albo niech jointa pali i dłubie w nosie! Specjalna, limitowana seria dla gimnazjalistów.

- O, doskonały pomysł. Idę rzeźbić, zostań w pokoju Chrystusa.

- Amen.

 ***

Krzysiek dowiedział się od Aśki ile zarabia się w muzeum i nie uwierzył.

- Niemożliwe. Nie ma takich ludzi. A nawet jakby byli, to natychmiast umarliby z głodu.

- No ale popatrz na mnie Krzysiu – Asia uśmiecha się reprezentacyjnie – ciągle nie umarłam z głodu. Jestem dowodem na to, że da się za to przeżyć. A przecież są tacy, którzy zarabiają jeszcze mniej.

- Kto?!

- Nasza pani portierka, na przykład. Kasjerka w Biedronce. Albo kasjer. Początkujący nauczyciel. Doktorant na uczelni.

- O, właśnie – wtrąca się Sylwia – słyszałam, że praca naukowa na uczelni państwowej jest jak konkurs na to, kto dłużej wytrzyma bez jedzenia. Dlatego ci doktoranci są zwykle tacy bladzi.

- Też miałam jednego kolegę, który po studiach został na uczelni – przypomina się Aśce – wyłysiał po trzech miesiącach. Pewnie mu na szampon nie starczyło i mył włoski szarym mydłem. Biedactwo.

- No ale ty nie zostałaś na uczelni! – nowo odkryta wrażliwość Krzysia nie pozwala mu godzić się na taką niesprawiedliwość – przecież teraz nawet dzieci w przedszkolu wiedzą, że praca naukowa się nie opłaca i że lepiej zostać przedstawicielem handlowym Lidla niż profesorem!

Aśka mówi, że chyba jest w głębi duszy patriotką i wierzy w to, że ojczyzna nie pozwoli wymrzeć tym, którzy dbają o jej kulturowe dziedzictwo i w dodatku dbają o nie dobrze. Realista Krzysiu podchodzi jednak do tej sprawy bardziej sceptycznie:

- Jakby się okazało, że ojczyzna cię, mimo wszystko, olała i poczujesz, że zaczynasz wymierać, to weź przyjdź do mnie, dziecko,  na obiad.

 ***

Następnie idziemy sobie, po prostu, na piwo, zanim ojczyzna pozwoli nam wszystkim wymrzeć z głodu; zanim zgodzimy się uwierzyć w to, że ludzie wykształceni są w tym kraju jakąś niewygodną mniejszością, którą najlepiej byłoby deportować do Timbuktu, żeby nie siała fermentu, nie atakowała instytucji posiadających boską legitymację i nie kwestionowała praw określanych mianem naturalnych. Pijąc to piwo przekonujemy samych siebie, że nie jest w sumie aż tak źle, że najgorsze i tak za nami, bo przecież ci, którzy nazywali inteligencję „wykształciuchami” już byli i jakoś udało nam się to przetrwać; że skoro przetrwaliśmy premiera, który nie ma konta w banku, rzecznika praw dziecka, który oskarża teletubisia o homoseksualizm (mimo, że to jest poważny błąd rzeczowy: teletubisiowi można byłoby w tej sytuacji zarzucić jedynie cross-dressing, który może nie mieć nic wspólnego z homoseksualizmem), ministra edukacji, który wykreśla Gombrowicza z listy lektur oraz nazistę w fotelu prezesa TVP  to znaczy, że przetrwamy już wszystko.

 ***

Tematyka autostrad w naszym kraju jest tak bardzo frapująca, że aż przez przypadek wymyśliliśmy happening. Zatytułujemy go „Zrób to sam”. Zbierzemy się na jakimś placu, przyniesiemy wiaderka z asfaltem oraz łyżki do zupy i tymiż łyżkami uklepiemy sobie jakąś fajną drogę, do Warszawy na przykład. Bo jak nie my, to kto?

***

Krzysiek mówi, że jego zdaniem autostrad w Polsce nie ma i nie będzie z tego prostego powodu, iż wszyscy ludzie którzy ewentualnie potrafiliby je wybudować już dawno wyjechali na Wyspy, zajebawszy uprzednio wszystkie koparki.

***

A trzeba było słuchać, jak na nas krzyczał Czaruś Baryka. Chłopak wiedział, co mówi i mógłby równie dobrze powiedzieć to samo dziś, mimo że wtedy była II RP, a teraz jest nie wiadomo która, bo przez paru nawiedzonych palantów pogubiliśmy się w numeracji.  On by nas pewno spytał, ten Czaruś, na co my właściwie czekamy. Nam też los dał w ręce ojczyznę wolną, państwo wolne, królestwo Jagiellonów. A my co? Mohery jojczą do różańca, dzieci utonęły w sieci, a moje pokolenie, zamiast kreować jakąś rzeczywistość bardziej znośną niż obecna, spędza wolny czas prześcigając się w wyszukiwaniu najbardziej obciachowych zdjęć na naszej-klasie i nawet nie raczy ruszyć tyłków i pójść na wybory.

Bo za kraj, to każdy by chętnie wziął i bohatersko poległ w Powstaniu Warszawskim, ale jak już przyszło go w warunkach pokojowych budować, to połowa wyjechała a druga połowa leży najebana.

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton