Cegła - Literatura - Proza - Poezja
********FAJNA FORMA FIRMOWEJ REKLAMY, KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net - w ten sposób wspierasz literaturę**********
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #17

 
a) fink
info
Odsłon: 2524, Komentarzy: 0
 
b) Jacek Podsiadło
wiersze
Odsłon: 1286, Komentarzy: 0
 
c) Andrzej Sosnowski
*****
Odsłon: 788, Komentarzy: 0
 
c1) KAROL MALISZEWSKI
Korespondencja seryjna. Patryk Nikodem
Odsłon: 773, Komentarzy: 0
 
c2) JACEK BIERUT
NIC O MNIE BEZE MNIE
Odsłon: 737, Komentarzy: 0
 
d) Piotr Macierzyński
wiersze
Odsłon: 1163, Komentarzy: 0
 
e) Sławomir Shuty - rozmowa
W literaturze nie ma schematów, które wypluwają arcydzieło
Odsłon: 745, Komentarzy: 2
 
e1 Karol Pęcherz
Sztuka sprzedaży - DECOBAZAAR
Odsłon: 946, Komentarzy: 0
 
e1) Grzegorz Jankowicz
Rewolucji nie będzie
Odsłon: 724, Komentarzy: 0
 
f) Łukasz Plata
3000 na godzinę
Odsłon: 903, Komentarzy: 0
 
g) Agnieszka Kłos
Dzikie zwierzęta
Odsłon: 772, Komentarzy: 0
 
h) Maciej Gierszewski
*****
Odsłon: 841, Komentarzy: 0
 
i) Rafał Gawin
wiersze
Odsłon: 915, Komentarzy: 0
 
j) Mirosław Marcol
wiersze
Odsłon: 700, Komentarzy: 0
 
k) Paweł Łęczuk
wiersze
Odsłon: 966, Komentarzy: 0
 
l) Grzegorz Kwiatkowski
p r a w
Odsłon: 739, Komentarzy: 0
 
m) Tytus Żalgirdas
wiersze
Odsłon: 769, Komentarzy: 0
 
n) Kuba Węgrzyn
wiersze
Odsłon: 876, Komentarzy: 0
 
o) Waldemar Jocher
wiosna__ buforowanie kultury i masy
Odsłon: 699, Komentarzy: 0
 
p) Mariusz Cezary Kosmala
wiersze
Odsłon: 845, Komentarzy: 0
 
r) Marcin Bałczewski
Opowieść ruchoma i przechodnia
Odsłon: 734, Komentarzy: 0
 
s) Jadwiga Skowron
Polska policja jest otwarta na inne kultury
Odsłon: 736, Komentarzy: 1
 
t) Slawus Polonus
DNA
Odsłon: 828, Komentarzy: 0
 
u) Bożena Brzozowska
dług w dźwięczności
Odsłon: 647, Komentarzy: 0
 
w) Bartłomiej Pietraszuk
Kolęda
Odsłon: 637, Komentarzy: 0
 
x) Ewa Danilczuk
W tej dzielnicy
Odsłon: 642, Komentarzy: 0
 
y) Rafał Kwiatkowski
SYMBALLEIN
Odsłon: 573, Komentarzy: 0
 
z) Jędrzej Siwek
Wszystkie te rzeczy
Odsłon: 761, Komentarzy: 0
 
za) Agnieszka Gałązka
bo to zły rocznik był
Odsłon: 825, Komentarzy: 0
 
zb) Tomasz Smogór
Wykolejeni
Odsłon: 581, Komentarzy: 0
 
zc) Ireneusz K. Korpyś
codzienna eucharystia po pracy
Odsłon: 745, Komentarzy: 0
 
zd) Bartosz Wójcik
CZECHOWICZ
Odsłon: 715, Komentarzy: 0
 
ze) Wiktor Będkowski
opowiadania
Odsłon: 762, Komentarzy: 0
 
zf) ALAN SMITH
A POET'S WORDS
Odsłon: 621, Komentarzy: 0
 
zg) Przemysław Matelski
ogłoszenie
Odsłon: 631, Komentarzy: 0
 
zh) Dodatek ON-LINE - poezja
Dobies, Płaczek, Smołucha, Mendelejewa, Baca, Marcyjaniak, Szafranowicz,
Odsłon: 781, Komentarzy: 0
 
zi) Dodatek ON-LINE proza
Buda, Ciechanowicz
Odsłon: 621, Komentarzy: 0
 
zj) Dodatek ON-LINE proza
Czarnocki, Słuszniak, Kurzawski,
Odsłon: 676, Komentarzy: 0
 
ZK) Dodatek ON-LINE proza
Korbiel
Odsłon: 719, Komentarzy: 0
 
f) Łukasz Plata

3000 na godzinę

Rocznik: 80, absolwent filologii polskiej. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

3000 na godzinę

Prawie-reportaż

 

 

Pracownik ochrony przestaje się uśmiechać do swoich myśli, kiedy zauważy, że jego uśmiech został odwzajemniony. W takiej sytuacji łatwo o pomyłkę, bo co może wiedzieć przypadkowy klient o myśli, ku której wyrywa się w tym momencie cała uwaga pracownika ochrony? Ta przypadkowa wspólnota zniechęca go nie tyle do uśmiechania się, ile do samego myślenia, które, zamiast stwarzać przyjemne alibi dla niekończącego się spaceru z radyjkiem, zdradza jego niedojrzały stosunek do pracy. Z czego wynika kolejne nieporozumienie: pracownik nie przestaje się uśmiechać, jest w końcu pracownikiem ochrony, nie może sobie pozwolić na łatwą dezercję, to jasne; lecz w takim razie i klient nie przestaje się odwzajemniać, i tylko przedmiot uśmiechu po cichu przechodzi na tego drugiego, aż zniesmaczony pracownik łapie się na tym, że uśmiecha się do nie swojej myśli. Podobne sytuacje w życiu są w stanie podkopać kruchy spokój ego, ale w przypadku pracowników ochrony rzecz nie jest taka prosta.

 

 

Do obowiązków pracowników ochrony należy pokochać regulamin, a ten wcale nie chce dać się łatwo pokochać. Toteż nie obchodzi się bez walki. W pierwszym rzędzie psychologicznej, bo powiedzmy sobie jasno: na swój służbowy uniform pracownik ochrony patrzy z największym wstrętem, dlatego – poza godzinami roboczymi – unika jakiegokolwiek z nim kontaktu, co oczywiście wyklucza pranie. Nie wspominając o prasowaniu. Regulamin patrzy na to wszystko karcąco z wysokości przemysłowych kamer, przyczajonych wewnątrz czarnych rybich źrenic pod sufitem. Rybie nerwy przesyłają obraz za czarną szybę na końcu labiryntu korytarzyków, gdzie rozleniwieni 24-godzinną „służbą”, jak to nazywają, inni pracownicy, przy pomocy dżojstików i systemu połączonych monitorów, zaglądają dziewczynom w dekolt i uzębienie. Jedna pani miała kiedyś niedopiętą bluzkę, stała przy ladzie i zajadała hamburgera, a zamek zsuwał się coraz niżej z każdym kęsem, obnażając jej wilczy apetyt i różową otoczkę sutka. Chłopcy i dziewczęta mają dwa tygodnie na zgranie sobie co bardziej uciesznych kawałków na pendrive’a. Potem zastąpią je inne obrazki, taka procedura.

 

 

Pracownik ochrony zdaje sobie sprawę, że jest doskonale widoczny w swoim mundurku, rozumie też, że skoro dopiero co jego podwójny uśmiech zdemaskował zwykły amator, nie powinien wystawiać swojego braku zaangażowania na widok licencjonowanych kolegów z zacięciem telewizyjnym. Dlatego stara się jak najmniej czasu spędzać w zasięgu działania dżojstików, co wcale nie jest łatwe. Powoli wycofuje się z sektora 7 w stronę zacisza toalet, podkrada zaprzyjaźnionym hostessom kilka czekoladowych złotych denarów, wychodzi zza rogu, pogodnie spogląda przed siebie, a tam – Murzyn. Ma sinoszare plamy na twarzy, przerzedzone, tu czarne, tam białe kępki włosów, długie, srebrne paznokcie i obtłuszczone spodnie. Niby żadna wielka rzecz, Murzyn w Polsce, niechby i w Centrum. Ale Murzyn-kloszard? Wystrzępiony, niewysportowany i przekrwiony? Murzyn-bezdomny, wciągnięty na listę społecznych kosztów transformacji jak na pokład amerykańskiego statku? (Dokładnie tak myśli, bo ma coraz większą skłonność do nieumiarkowanych zdań). Brudna, nieładnie pachnąca osoba w mgiełce dezodorantów z Sephory, starannie powielona przez wypolerowane ciągi witryn, chodzący kontrargument dla bezliku manekinów i ich obsługi. Pracownik wie, że obecność Murzyna nie przejdzie bez echa, wietrzy w niej nawet osobiste niebezpieczeństwo, niemal czuje, jak miarowo rozszerza się soczewka kamery, zaglądając mu w siatkę nadgryzionych parówek i pokruszonych bułeczek. Mamy go! Kto tam jest dziś na restauracji? Siódemka, zgłoś!, prawie już słyszy trzeszczenie radia. Dlatego taktycznie wycofuje się z głównej alei, zmierzając w cień rozłożystych, dających wytchnienie rododendronów.

 

 

Z głośników płynie przyjemny zakupowy soundtrack, trochę zagłuszając miarowy pogwar kilkudziesięciu kas i dokupujących ostatnie dropsy klientów. Po wypolerowanych kaflach ślizgają się roześmiane dzieciaki, gdzieniegdzie na posadzce kładzie się cień palm, miło. Między pierwszymi klombami dyskretnie przystanął Gruby, którego przy Grubym nazywa się Wielkim.

– Fajna, co?

– Mhm...– pracownik ochrony sunie wzrokiem za wzrokiem kolegi, ale zamiast grzecznej aprobaty wychodzi mu bezradne pytanie.

– Dobrze, że mam żonę – pauza. – Bo bym się zainteresował – dodaje nagląco. – Zresztą, miałem już kilka propozycji – i tu już patrzy z jawnym wyczekiwaniem.

– Taa...? A od kogo? – odpowiada zapraszająco nr 7.

– A, od dziewczyn tu. O, od tej, widzisz?

Kasa 48, przestraszona blondynka w opasce. Przed nią góra soczków, papierów, mąk, cukrów, proszków, pudełeczek, plasterków, bagietek, szmatek, i około osiem zniecierpliwionych osób. Pauza.

– Ale ona mi się nie podoba. Zresztą mam żonę – na jego twarzy pojawia się łagodny uśmiech, a w ślad za nim siatka kilkudziesięciu linii łączących oczy, nos, usta. Ma efektownie nieuformowaną twarz podstarzałego dziecka, notuje w myślach nieco apatyczny pracownik. – I za młoda, bo ja – wypina lekko pierś – mam czterdzieści lat.

Jednemu dzieciakowi spadł amerykański lód, drugi przejechał po nim butem. Pracownik ochrony zastanawia się, czy zgłosić to obsłudze. Ale Gruby nie daje za wygraną, i patrzy na niego z lekkim zniecierpliwieniem.

– ...No co ty? Nie wyglądasz – postanawia zapomnieć o lodach.

Tamten rozpromienia się.

– No nie? Wyglądam na jakieś dwadzieścia.

– No... raczej na trzydzieści – powątpiewa pracownik, ale szybko dodaje – Ale na czterdzieści na pewno nie.

– Widzisz? Bo biorę takie tabletki – pokazuje palcem jakie (raczej małe) – przeciw starzeniu i na chudnięcie. Ty pamiętasz, jak ja wyglądałem w tamtym miesiącu?

– Ja... pracuję tu dopiero dwa tygodnie.

– Ty! – Gruby woła małego kolegę, który mija ich z uchem przy radiu, i łapie go za rękaw; kolega ma na rękawie inne naszywki, bo mają tu w Centrum wewnętrzną konkurencję. – Ty widziałeś, jaki byłem gruby w tamtym miesiącu, nie?

– No... rzeczywiście, coś jakby – szuka właściwego słowa – schudłeś.

– No widzisz? – i patrzy zapraszająco.

– No... a te tabletki od dawna bierzesz?

– Od miesiąca. I zobacz, skoro w miesiąc są takie efekty, to nieźle będę wyglądał za pół roku, nie? Hehe – śmieje się szczerze i klepie po brzuchu.

 

 

Ale pracownikowi ochrony robi się smutno. Widzi Grubego na łożu śmierci, z zapadniętą piersią, wklęsłym brzuchem, z nieśmiałym i zapraszającym uśmiechem na wargach, z gumową twarzą bezzębnego niemowlaka, z wibrującymi pod powiekami obrazami wszystkich dziewcząt, dla których wciąż – mimo wszystko – pozostawał za stary. A trzeba wiedzieć, że nic tak nie wzrusza pracowników ochrony, jak wyobrażenie umierającego dziecka. Dlatego pracownik myśli, że coś musi dla Grubego zrobić, na przykład zaprosi go na piwo, później najwyżej się wykręci, zresztą nie wygląda na pijącego, więc nie ma strachu, a w ten sposób jakoś wyrazi swoją sympatię dla niego, no i wdzięczność, bo od dobrych piętnastu minut nikt – oprócz Wielkiego – go nie zaczepiał.

 

 

– Słuchaj... – zaczyna, ale przerywa mu nagły pisk radia. Cofa się dwa kroki i słyszy: Czerwony alarm. Zbiórka pod Max Marą. Gruby znika. Pracownik z lekkim ociąganiem porzuca drzewka. W sektorze 9 zbierają się chłopcy, kręcą się pod Marą i nie za bardzo wiedzą, co dalej. Wszyscy razem przyciskają krótkofalówki i robi się zupełnie niepoważny jazgot. Po pięciu minutach każdy chciałby już dorwać złodzieja albo się ulotnić, i te sprzeczne odczucia miotają nimi po całej alejce. Przyszedł czas wyprężyć się przed regulaminem. Jest to ten element zabawy, dla którego nie żałują czasu zatrudnieni tu chłopcy. Szczegółowym obowiązkiem – ale i przywilejem – pracownika jest na przykład w sposób możliwie najbardziej taktowny oskarżyć wskazanego klienta o kradzież, a po wyjaśnieniu nieporozumienia stanowczo, acz kulturalnie spławić go, tak, żeby odchodził z Centrum w przekonaniu, że mimo wszystko mu się upiekło. Ale centrala wciąż milczy, daje się odczuć rosnące rozczarowanie, aż znów piszczą wszystkie radia i zza elektronicznego sprzęgu wyłania się głos: Alarm odwołany.

 

 

Chyba czas sprawdzić, jak tam toalety, decyduje pracownik. Wtapia się w tłum gimnazjalistek, które przyszły tu odwalić swoją lekcję biologii. Dziwne, że nie widać Grubego, który tak ochoczo pobiegł za głosem radia. Pewnie na kanapkę. A spodobałoby mu się. Swoje kanapki pracownik chowa za hydrantem koło męskiego, bo nie lubi siedzieć bezczynnie, kiedy postanawia sobie zrobić przerwę. Oprócz kanapek, swój czas chętnie przeznacza na rozmyślania o regulaminie, Centrum i peryferiach, a kiedy mu się to znudzi, przypomina sobie wszystkie swoje miłości. Wprowadzony w liryczny nastrój, wymyśla sobie i zapamiętuje poetyckie sentencje i zdania. Raz na jakiś czas przelicza wypłatę. Zawsze wtedy dochodzi do wniosku, że wiele jeszcze godzin upłynie, zanim wychodzi swoje 1200 brutto. Skoro musi iść 200 godzin, żeby zarobić 1200 złotych, to każda godzina warta jest 6 zł. A ile to jest godzina chodzenia? Pracownik ochrony obliczył, że chodząc swoim zwykłym pracowniczym tempem, stawia 50 kroków na minutę, co daje 3000 na godzinę. W takim rozliczeniu wartość jednego kroku wynosi 0,2 grosza. Było to znacznie poniżej jego ambicji. Usilnie starał się zwiększyć wartość swoich kroków, a to wymagało istotnej zmiany w trybie obchodów. Dla uproszczenia rachunku, jako pierwszy wyznaczył sobie cel, aby każdy ruch jego nogi był wart nie mniej niż 1 grosz. Ale to oznaczałoby przesuwanie się wzdłuż witryn trudnym do obronienia tempem 10 kroków na minutę. Dlatego stara się jak najwięcej czasu spędzać w toalecie. Dzięki temu jego kroki – z każdym nie zrobionym krokiem – rosną w cenę.

 

 

Właśnie pracuje nad pomnożeniem zysków, przełykając kromkę z żółtym serem, i kolejny raz łapie się na małostkowości swojego podejścia, w którym wszystkie ewentualne przyjemności bycia sprowadzają się do jednej merkantylnej kwestii. Dlatego przechodzi do następnego zwyczajowego punktu, i próbuje zamknąć swoje doświadczenie w obrębie jednego celnego zdania. Przypomina sobie to, które ucieszyło go wcześniej: Pracownik ochrony przestaje się uśmiechać do swoich myśli, kiedy zauważy, że jego uśmiech został odwzajemniony. Przez kogo odwzajemniony? Przez myśl? Ale chyba nie myśl Grubego?, rechocze w duchu, ale zaraz karci się: nie tędy droga. To może o miłości... Do obowiązków pracowników ochrony należy pokochać regulamin, a regulamin wcale nie chce dać się łatwo pokochać. No tak, mruczy, ale co dalej? O! Z pewnością za ułatwienie należy uznać nakaz kochania regulaminu w wyznaczonych godzinach, miłość od-do. Czy nakaz taki nie jest w istocie wstydliwą i skrywaną prawdą dotyczącą samej natury miłości, która zawsze jest od-do, i w tak wyznaczonych ramach domaga się całkowitego od-dania, do-pełnienia wszystkich stanowiących ją warunków?

 

 

Siódemka, zgłoś, podskakuje nagle razem z radiem, gdzie jesteś? Przez chwilę się łudzi, że to nie do niego. Znów zapomniał ściszyć nadajnik. Siódemka, zgłaszam odpowiada na drugie wezwanie – Ponoć ktoś majstruje przy drzwiach ewakuacyjnych za toaletami. Idę sprawdzić – dodaje chytrze: w najgorszym razie zagra na zwłokę. Ale radio się nie poddaje. To wracaj pod Marę. Klient w marynarce bordo, szarych spodniach, Rumun jakiś czy coś. Pokaż mu drzwi, a jak się będzie stawiał, to przyprowadź go tu. Kurwa mać. Nawet nie skończył kanapki.

 

 

Ale idzie. Wentylatory wypychają ku niemu słodki zapach lodów, perfum i oleju. Zza drzewka wychylają się manekiny Mary: jedne siedzą na ratanach i wesoło prezentują bransoletki w zagięciach łokci, inne udają, że wychodzą z zakupami, niektóre opierają głowy o glans szyby, i w tej poświacie wyglądają jak zmumifikowani święci patroni luksusu. Przed ladą, z połową parówki w jednej ręce, stoi Murzyn, i drugą ręką drapie się po krostach. No tak, wiedziałem, myśli pracownik. Może to napad?, pociesza się mijając bramkę.

 

 

– Przepraszam pana, czy wszystko w porządku? Jestem z ochrony – recytuje, klepiąc się po naszywce – chciałbym pana prosić o opuszczenie Centrum.

Murzyn podnosi smutny wzrok i przypuszcza cichutką mantrę; jego słowa są miękkie i ciepłe, rozgotowane, pływają w nich smutne resztki: jakaś kradzież, córka na Krzykach, parówki w woreczku (rękami rysuje zaginioną reklamówkę), coś o gościach tam, pod wiatą, i że wszedł tylko poprosić o złotówkę na bułkę.

– A co by pan powiedział, żeby kupić sobie coś na wynos i wrócić zjeść tam, pod wiatę? – Pracownik ochrony szybko podchwytuje temat, jedną ręką macha za siebie, a drugą sięga do kieszeni i wyciąga trzy złote – Tu zaraz, w restauracji, koło wyjścia, mają niezły chiński makaron, wystarczy na to... – Nie, bułka odpada. W ogóle market – wstrzymuje oddech i próbuje zawrócić gościa, który cicho dziękując rusza w stronę Tesco. – Naprawdę polecam ten makaron – dodaje groźnie, i lekko popycha opornego mężczyznę do wyjścia. Radio trzeszczy i pyta: Siódemka, poradzisz sobie z nim, czy sam mam podejść? A chuj wam w dupę. Już wychodzi! Kszzz. To idź za nim, sprawdź czy nie wraca. Idę, idę. Kszzz. Murzyn patrzy osowiały, ale powoli rusza przed siebie, ściskając trójkę w garści.

 

 

Pracownik odwraca się na pięcie i zdecydowanie steruje w stronę kibla. Ok, poszedł sobie, mruczy do radyjka, po czym ścisza volume i odwija z papieru nadgryzioną kromkę. Jest trochę zły, bo takie nieoczekiwane wybryki niekorzystnie wpływają na podaż jego ruchów, a tym samym narażają jego skromną gospodarkę na inflację. Postanawia więc nie ruszać się przez bite pół godziny. Ale czas w Centrum kręci się jak powietrze w wentylatorze, więc po kwadransie daje za wygraną i rusza na mały obchód. Dla niepoznaki spuszcza wodę.

 

 

Pod swoim rododendronem stoi Wielki i z daleka uśmiecha się szeroko.

– Ty, a ty kiedy wracasz do zawodu? Ty co skończyłeś? – ściąga brwi, i na czoło występują mu zmarszczki grube jak blizny.

– Że co skończyłem? – pyta podejrzliwie pracownik. Dyskretnie przegląda mundur. Może uwalał się masłem?

– No, studia jakie.

– A, polonistykę.

Gruby nabiera powietrza.

– No to przecież takie zapotrzebowanie w szkołach na polonistyków! Rok się zaczyna. Wiem, bo moja też jest polonistykiem w tym, w gimnazjum.

– No nie wiem... – wykręca się pracownik.

– A ciwi pisałeś?

– Wysłałem jakieś trzydzieści – wykręca się dalej, a Wielkiemu rozjaśnia się twarz.

– No to pewnie słabe ciwi napisałeś! – huczy. – Moja, jak sobie napisze ciwi, to zaraz z dziesięciu do niej dzwoni, a i tak popracuje ze dwa miesiące i się zwalnia, bo myślą, że za darmo będzie robić.

– Ano, trudno-darmo. – Ogłuchnę od tego wrzasku, myśli pracownik i rozgląda się bezradnie. Wielki, tak jak całe Centrum, zalatuje amerykańskim kręconym lodem.

– Co?

– Nic, nic.

Mija dziesiąta godzina pracy.

– Ale akcja z tym czarnym, nie? – szturcha go Gruby znienacka.

– Akcja? A, to... – odpowiada skromnie – Spokojnie go wyprosiłem, i po sprawie.

– Ta, wyprosiłeś – wydyma wargi Wielki. – Trzy razy go wyrzucali, aż wreszcie Pudzian nie wytrzymał i wzięli go na biuro.

– Hę?

– No, stawiał się, i jeszcze bez kasy chciał wyłudzić hamburgera. Pokazali mu batona.

Baton to gruby tekturowy rulon po streczu. Chłopcy machają nim sobie przed oczami w wolnych chwilach.

– Jak to bez kasy?! – złości się ochroniarz, któremu przed chwilą odezwało się pragnienie. Trochę głupio pozbył się tej trójki.

– Kazali Magdzie wjebać mu klika razy pod kolana. Ty, najpierw łzy miała w oczach, Pudzian z Arkiem lali ze śmiechu, a potem za każdym strzałem jęczała jak jakaś tenisistka, hehe. E! – demonstruje jej niby-sopran i uderzenie z bekhendu.

– I co z nim?

– Nie no, dostał kilka razy batonem, żeby się tu więcej nie kręcił, i se poszedł – Gruby traci zainteresowanie rozmową i macha przyjaźnie do kasjerki numer 48.

 

 

Pracownik ochrony przypomina sobie, że nie zdążył wcześniej zaprosić Grubego na piwo. Teraz mógłby spróbować pożyczyć na colę, a tak... Jest trochę zły, nawet obwinia się, że takie nieoczekiwane wybryki niekorzystnie wpływają na podaż jego ruchów, a tym samym narażają jego skromną gospodarkę na inflację. Eech. Z pewnością za ułatwienie należy uznać nakaz kochania regulaminu w wyznaczonych godzinach, miłość od-do, powtarza sobie dla otuchy. Co za bzdura. Jak by nie kombinował, i tak ostatecznie wyjdzie mu 3000 na godzinę, i chuj z tego będzie miał.

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton