Cegła - Literatura - Proza - Poezja
********FAJNA FORMA FIRMOWEJ REKLAMY, KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net - w ten sposób wspierasz literaturę**********
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #16

 
a) Fink
INFO
Odsłon: 922, Komentarzy: 0
 
b) fink
konkurs na najlepszą sestynę
Odsłon: 1818, Komentarzy: 0
 
c) fink
Konkurs na sestynę wyniki - grudzień 2009 (1)
Odsłon: 878, Komentarzy: 0
 
d) fink
Konkurs na sestynę wyniki - grudzień 2009 (2)
Odsłon: 664, Komentarzy: 0
 
e) fink
Konkurs na najlepszą sestynę Styczeń 2010
Odsłon: 782, Komentarzy: 0
 
f) fink
konkurs na sestynę - LUTY/MARZEC 2010
Odsłon: 1086, Komentarzy: 0
 
c) fink

Konkurs na sestynę wyniki - grudzień 2009 (1)
TEKSTY NADESŁANE NA GRUDNIOWY KONKURS NA NAJLEPSZĄ SESTYNĘ www.roulote.pl
KAPTUROWE JURY POSTANOWIŁO CO NASTĘPUJE:
 
NIE PRZYZNAWAĆ PIERWSZEJ NAGRODY, PULĘ NAGRÓD PRZENIEŚĆ NA EDYCJĘ STYCZNIOWĄ, 
DRUGA EDYCJA TURNIEJU ROZPOCZYNA SIĘ 10.01.2010 I TRWA DO 30.01.2010  
 
 
WYRÓŻNIENIA OTRZYMUJĄ:

 

Wyróżnienie: zestaw książek
Urszula Policha. 
Studentka resocjalizacji. Mól książkowy. Zwolenniczka
ostrych cięć w poezji. W wolnych chwilach puszcza bańki mydlane i lepi
słowa. Zwyciężczyni bitwy na 7.

 

W Klubokawiarni

 

Zwykła przepychanka kilku głosów. Słowny Bilard.

Staram się złożyć ją. Niezbędnik – Klej.

Każde słowo nawodnione jak Melon –

z soczystości dzikiego snu przebudzony smok.

A słowa i zdania to niewierna dama,

co uruchamia mechanizm znaczeń – Roussel.

 

Wyrazy stają się obsesją. Roussel –

owskich tajemnic pointa rozbiciem kul. Bilard

znaczeń i westchnień. Gestykuluję jak dama,

i zmrużone mam usta. Klej

czyni z nich tajemnicę. Są jak smok,

który chowa się w pieczarze. Przegryziony na stole on. Melon

 

zielonomieniący się. Melon

przybiera postać nabrzmiałego pojęcia „Roussel”,

co przebiega kwestią jak gramatyczny smok.

Spory nierozegrane. Bilard.

A smutni Panowie zdmuchują kosmyki z czół lepkich. Klej,

kiedy nie patrzy dama.

 

Rozkojarzona jest dama,

gdy spada gest mężczyzny jak Przejrzały Melon.

Iks. Igrek. Zet. Połączone. Na. Klej.

Słowa, zagadki i  Roussel.

Po trzeciej ćwiartce powtarzane zdania. Bilard,

gdy w snach już tylko ziejący smok.

 

Narysowany na romansowej szybie smok,

a przy drewnianym stole dama

rozpoczyna swój Uwodzicielski Bilard,

Ubierając usta w słowa nabrzmiałe jak Melon.

Szepcze słodkie tajemnice przy roznegliżowaniu zdań. Roussel

mlecznobiały. Klej.

 

Łączy wilgotne skóry. Klej

za powiekami zmęczony słowny smok

na przymglonych korytarzach Roussel –

a przy tym śmiejąc się dama

do luster pozorów i przypadkowych dotknięć miękkich. Melon

toczący się po stole. Bilard

 

wątków. Bilard palących obietnic. Klej -

one kuszą jak w Jego dłoniach. Melon wyssany ze słów to smok

wyszyty na piersi. To barowa dama. WÓDKA PLUS ROUSSEL.

Wyróżnienie: zestaw książek

Robert Rusik

ur. w 1973 roku w Olkuszu, W 1998 roku ukończył studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pisaniem zainteresował się stosunkowo niedawno, jednak ma na polu literackim kilka skromnych osiągnięć. Debiutowałem miniaturą "Show" zamieszczoną w 29 numerze magazynu literackiego "Szafy", moja twórczość gościła również na łamach czasopism „Cegła” i „Kozirynek”. Otrzymałem też wyróżnienie w konkursie satyrycznym „Złoty bucior”oraz konkursie „Strachy na Lachy”, główną nagrodę w  II Starciu Literackim „Mroczna Miłość” portalu erynie.pl a także w konkursie „Miniatoricum” organizowanym przez portal weryfikatorium.pl.

 

 

Phonotypia

 

Zostawiam za sobą kości, poker, bilard,         

Nie dla mnie od teraz już ruletki koło. 

Przy nabrzeżu czeka moja "Phonotypia",         

Czas płynąć... Choć czekać będzie wciąż pasterka,    

O nogach jak łania, o włosach jak sepia,         

Inną miłość spijam... Bezkresne podróże...      

 

Tak! Trójkątny żagiel, samotne podróże,        

Rzucany przez fale, niczym morski bilard,        

Zbuntowane morze, nieboskłonu sepia,           

delikatnie skręcam sterownicze koło.              

Zniknęła w niebycie powabna pasterka,          

Serce me zajmuje tylko "Phonotypia". 

 

Żona i kochanka, moja "Phonotypia",  

Szepty wiatru w żaglach, intymne podróże.     

Nigdy nie da tego mi moja pasterka... 

Fala pieści falę, oceanów bilard,         

Przesiąknięci sobą zataczamy koło,     

Na zewnątrz bałwany, a pośrodku sepia.        

           

Ciało me lekko drżące, dusza niczym sepia...  

Pędzi naprzeciw sztormom, dzielna "Phonotypia".       

Skarbie! Kurs na północ! Tam lodowe koło!  

Niechaj trwają przez wieki cudowne podróże,

W miejsca, gdzie lodowców trwa śmiertelny bilard,    

Mrok, którego nie zna przepiękna pasterka.   

 

Wie, że do niej nie wrócę, samotna pasterka,  

O skórze jak jedwab, o oczach jak sepia.       

Gdy rozgrywaliśmy nasz miłosny bilard,          

Przy brzegu czekała tęsknie "Phonotypia"        

Jak spragniona kochanka... Ruszamy w podróże.       

Pędząc ku szaleństwu pieszczę steru koło.      

 

Gdy historia zatoczy swe posępne koło,          

W innym porcie czekać będzie znów pasterka,           

A my wyruszymy w dalekie podróże,  

Na morski kobierzec, czarny niczym sepia,                 

Ja i ma kochanka, wierna "Phonotypia",          

Zagramy z kostuchą w jej śmiertelny bilard.    

 

Poker, kości, bilard, i ruletki koło, w porcie "Phonotypia"...

Zostanie pasterka o oczach jak sepia... Przede mną w nieznane

Kolejne podróże...

 

 

Wyróżnienie: zestaw książek

 

Szymon Stoczek

 

urodzony w Rybniku, studiuje we Wrocławiu Filozofię, pisze prozę i poezję. Chwilowo nie ma nic więcej do dodania.

 

 

Parter, pierwsze piętro

 

Pierwsze słowa przechodziły przez nas z trudem. Wspominam refreny

dyskotekowych kul( ten sam odcień błękitu, szare korale). Parkiet

 był wygrawerowany cudzymi krokami, nim słodka ogrodniczka

nie stała się tobą. W kostnicy

nie zakwitł bluszcz, a żongler

przestał wreszcie kraść papierosy Gilette

 

a zaczął kraść samą Gilette.

Pamiętasz? Wiecznie słyszę te same refreny

miłość, śmierć, stół odgłosy upadku piłeczek, które zbiera żongler.

Szuranie krzeseł o parkiet,

kiedy robi się miejsce i robi się cicho jak w kostnicy,

nim ty, piękna ogrodniczka,

 

nie wyrwiesz mnie z korzeniami. Wstaje, tańczę. - Kim jest ogrodniczka

- pytają,  a my wirując pozostawiamy ich z pyłem (tylko Gilette

zna prawdę o bogach konfetti). W kostnicy

zmarli powtarzają sonety, refreny

z okolic czaszki. -Parkiet

to gra dla obu półkul - twierdzi naćpany żongler,

 

kiedy ludzie powoli dzielą się znów na dwoje, a żongler

odsuwa się na pobocze rytmu. Ogrodniczka

stukając nóżką, prosi do tańca. Parkiet

to winylowa płyta - szepczą pary trzęsąc biodrami. Gillete

rysuje igłą przestrzeń, burzy refreny,

linie melodyczne katakumb (w kostnicy

 

kochankowie wydmuchują szklane serca, w kostnicy

dzieci szkicują innych dorosłych.) Żongler

zaciera znaki, samopowtarzalne refreny:

 miłość, śmierć, stół . Zdziwiona ogrodniczka

zasypia w tańcu. Gilette

wreszcie wychodzi na parkiet,

 

drażni obcasem parkiet.

W kostnicy

nie milkną dzwony. Gilette

zatacza elipsy, żongler

dotyka jej piłeczek, a ja już wiem, że następna będzie ogrodniczka

(przeplatane z dotykiem refreny

 

języczka, refreny rozpiętej garsonki). Ten parkiet

to już nie moje miejsce. Ogrodniczka zamyka się w kostnicy,

Żongler odpala ostatni papieros Gillete.

 

Wyróżnienie: zestaw książek 

Rafał Kwiatkowski,
ma 30 lat,  od wielu lat pisze, raczej nie wydaje tego co napisze, chociaż debiutowałem na łamach Undergruntu.
Swoje teksty wrzucam do Nieszuflady. Lubi: Raymonda Roussela, Andrzeja Sosnowskiego, 
Jane Bowles, Mirona Białoszewskiego, Johna Ashbery  Flanna O'Briena itd.
 

WYSOKA KULTURA FIZYCZNA

 

Gdy tylko zaczynamy widzieć wszystko we wszystkim, nasza mowa staje się zazwyczaj niejasna.

Zaczynamy przemawiać językiem aniołów.

- Georg Christoph Lichtenberg.

 

 

 

Skąd gra ? Nikt nie pamięta, pewne jest tylko to, że najlepszy był sąsiad Philippo (karzeł),
każdy przysiad wykonywał idealnie a kibicowała mu głównie pucołowata ogrodniczka,
tzn. gorzej było ze śmigłem, obrazek jakoś kwitł choć wielu lądowało w kostnicy.
Przejdźmy do konkretów. Widzisz, swobodnie montują się liście, za nimi albinoska,
ptaki na doczepkę, natrętne pierniki, obrazek jak się patrzy, w centrum uwagi siostra.

To dopiero heca na kółkach jak kolaże u bram świtu lub całkiem rzeczowy Koniec.

 

Albo przesadnie wydłużone dialogi, którą można swobodnie dziedziczyć po dziadkach. Zaraz tam  koniec.

 - Zarosły już ogrody! Och, te same wpadki a miało być oryginalnie (kwestia dla chóru) - syczy  Philippo (karzeł) -

oryginalniej byłoby milczeć.  - Obrazek ukazuje coś nie do powiedzenia - rzekła siostra -

wystarczy spojrzeć: biała sukienka, kapelusik z piórkiem i coś jeszcze, czego nie wytnie nasza ogrodniczka!

- Dziwne, najpóźniej dowiadujemy się o kimś kto obserwuje całą imprezę od kuchni - powiedziała albinoska. -

Dajmny na to, rzucony niebieściutki gałganek, którego tu nie widać. Zaprawdę dziś komplet w kostnicy.

 

- Kwadrat na obrazku rzekomo nasuwać ma problematykę upadku do kwadratu? - W kostnicy?

Itd. W kadrze byli kiedyś mężczyźni i kobiety poddane ciągłej ocenie lub opisowi, teraz koniec

Tymczasem ktoś puszcza pawia w przedpokoju, stąd krzyk, pewnie zarzucona albinoska,

końcówka dla Junony, aż nie minie czkawka a oddech zasygnalizuje nowy początek. A Philippo (karzeł)

przychodzi spóźniony, światło w przedpokoju gaśnie, rozpoznaję krzyk za oknem, ogrodniczka

zaczyna mówić do rzeczy, czego nie znosi nasza kulka, początek wielkiej symulacji jak siostra,

 

która była na początku jeszcze większej symulacji , gdy popęd zmieni się w obiekt typu siostra,

permanentnie zabujana i krytyczna. Uwodzenie jest myślą,  uwodzę więc jestem w kostnicy.

Tak załapuję się na trzy fazy. - Figaro poszukujący nieistniejącego ogrodniczka,

Papageno, którego popęd nie łapie nic z wielości i po prostu sztampa, zwis, koniec

i sam Don Juan, znaczy się Faust, czyli synteza w jednym tyci chłopcu jak Philippo (karzeł).

Teraz przechodzimy śluby w galowych mundurach, wybieram inną, niech będzie albinoska.

 

Po jakimś czasie zastanawiam się, ile jeszcze wytrzyma bez pudrowania nosa,  ta albinoska.

Wybiera najprostsze "tak jest", niestety, nie potrafi już zaciskać pięści jak jej siostra

bijąc nimi w fotki tej gwiazdy przysiadów jaką jest najprzysiadalniejszy Philippo (karzeł),

oczywiście, czytała dziennik Marylin, zachwycona po uszy, niczym podlotek, ale dopiero w kostnicy,

chwilę po wielkiej pompie, gdy znaleziono ją częściowo nadgryzioną i nastąpił koniec

jak zwykle niezauważalny, w samotności tak klaustrofobicznej, że nie zauważyła tego nawet ogrodniczka,

 

choć przyznaję bez bicia, szczerze jak nigdy dotąd, że była to wszystkowidząca ogrodniczka,

na dodatek wysmażona na wysoki połysk i jedyna w swoim rodzaju albinoska,

kap, kap, późny kapitalizm i nie przelewa się na żadną ze stron, nuciła pod koniec

a wszystko zaaranżowane zgodnie z zasadami ustalonymi już wcześnie jak chciała siostra.

Nie powiem,  gra jest ciekawa, zapewne nie ma początku i końca, obejdzie się bez finału w kostnicy.

To tylko szmer samotnych niedomówień snuje się, przysiada pomiędzy nami jak jakiś Philippo (karzeł).

 

Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, to jasne, nie jesteśmy mieszkańcami wioski rybackiej, początek to Philippo,

my wiemy, początek to iluzja, no ale trzeba przyjąć jakiś umowny Big Bang zanim nastąpi koniec

równie sztuczny i w gruncie rzeczy nieprawdziwy jak sekcja gimnastyczna z siedzibą w kostnicy.

 

Wyróżnienie: zestaw książek 

Jadwiga Skowron 

 

 

Come back! (Bladej kozy bek)

 

Nie mogąc cię zobaczyć piszę listy.

Wiem, że niemądra ze mnie koza,

Ale potrzebuję tego, bo inaczej odbije mi palma

I urwę się z choinki lub z drzewa

Niby listek na wietrze drżący.

We własnej skórze czuję się obco jak tanzańska albinoska.

 

Od gapienia się na drzwi traci pigment w oczach ta albinoska

Pisząca do ciebie listy,

Które dyktuje jej ze smutkiem mięsień serca drżący.

A ty pewnie myślisz: „Przyszła do woza koza,

Tak, one lubią skakać na pochyłe drzewa”,

I że jestem tandetna jak wielkanocna palma,

 

I nie mam oleju w głowie, co najwyżej margarynę „Palma”,

Jakaś nawiedzona i blada albinoska.

I pewnie mówisz: „Nie jest dobrze, żeby ginęły drzewa

Dla papieru, na którym ona pisze listy.

Gdyby to chociaż była sarna, a nie zwykła koza,

lub zamiast beczenia miała Ordonówny tembr drżący.

 

Zresztą, drżący,

Nie drżący, to bez znaczenia, bo sztuczna palma

Ma więcej sensu niż ta rozhisteryzowana koza

Albinoska,

Która wysyła mi listy.

Wywieźć by ją do lasu i przykuć do drzewa,

 

Albo rzucić na pieniek do rąbania drzewa

I niech ucichnie na zawsze jej bek drżący,

Znienawidzony. Niech już nie przychodzą listy

I na obciętej głowie zwiędnie palma.

Tylko złość we mnie wzbudza, bo zupełnie bezbarwna jest ta albinoska

I głupia jak koza,

 

Nie umniejszając temu sympatycznemu zwierzęciu, jakim jest prawdziwa koza,

Nawet jeśli obgryza korę z drzewa,

Bo bywa czasem zabawna, nie to, co ta albinoska”.

A ja w środku mam cymbał drżący

I zbędna się czuję, jak bez kokosów palma.

Nienawidzisz mnie. Nie odpowiadasz na listy.

 

Tak podejrzewam, bo listy wracają otwarte. Chyba z rozpaczy zjem je jak koza,

One podobno jedzą wszystko, bez różnicy, czy palma, czy jakiś rodzaj drzewa.

I tylko o stabilizator obrazu prosi się drżący świat, który przez łzy łowi albinoska.

Wyróżnienie: płyta DVD

Mariusz Cezary Kosmala

 

Urodzony 4 II 1973 w Warszawie. Ukończył studia magisterskie na wydziale filologii polskiej w WSH im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Jest laureatem kilkunastu konkursów poetyckich, w tym Rypińskiego Albumu Poetyckiego, im. Wł. Pietrzaka w Turku, im. W. Bąka "Struna Orficka" w Ostrowie Wlkp. czy im. St. Czernika w Ostrzeszowie. Dotychczas ogłosił drukiem dwa tomiki, jego druga książka Sequel została nagrodzona w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. W. Iwaniuka, wiersze publikował również w niektórych czasopismach (Cegła, FA-art, Kozirynek, Lampa, Migotania, przejaśnienia, Nowa Okolica Poetów, Pogranicza, Topos, Tygiel Kultury, Zeszyty Poetyckie, Znaj) i antologiach (Antologia XXXVII Warszawskiej Jesieni Poezji, Przeciw poetom II, Tatry i poeci). Mieszka w Legionowie.

Bibliografia:
- Pieśni z pierwszego piętra, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2003;
- Sequel, Wydawnictwo TAWA, Chełm – Siedliszcze 2008.

 

Trip

 

Nie ma to, jak stare, dobre refreny,

foliowa torebka i poczciwy klej.

A potem znów nakirany jak smok

słuchasz Latającej Maszyny Do Szycia,

i nawet cię nie dziwi ta przedziwna klaka,

jaką uprawia maleńka pasterka.

 

No dobrze, ale skąd tutaj pasterka

się wzięła? Czyżby przywiodły ją refreny?

W dodatku ta jej (ojej!) nieznośna klaka,

jednak z pomocą przychodzi ci torebka i klej,

więc dajesz jej i ona zamiast do szycia

i dziergania, zabiera się do kirania. Jak smok.

 

Ależ się nakirała – myślisz po cichu – smok,

nie pasterka!

Jeżeli tak jak kira, szyć jeszcze potrafi, do szycia

ją najmę, a nuż mi skroi jakieś refreny

w deskę, trzeba tylko odstawić ten klej

i nie wymawiać przy niej słówka: klaka.

 

Lecz już nazajutrz taka ci się śniła klaka,

że aż cię obudziło. W tym śnie po niebie smok

szybował kraulem, i nie spadała mu ze łba, bo klej

ją solidnie przytwierdzał, słomkowa pasterka

z płaską główką. W dodatku sen ten miał refreny

i wszystko, co potrzebne nam do szycia:

 

komplet nici, igły, nawet wehikuł do szycia

i podróży w czasie snów – na jego cześć klaka

odklaskiwała ogniste refreny,

że nie powstydziłby się takich żaden smok,

a tym bardziej maleńka, zadziorna pasterka

z zadartym noskiem, całą gębą kirająca klej.

 

Hej-hej! Czy pamiętasz ten zielony klej

do klejenia, do barwienia i do szycia?

– Nie pamiętam – odpowie maleńka pasterka,

która kira. To przez nią ta cholerna klaka,

jakby o przestworza bił skrzydłami smok,

a echo odhukiwało refreny.

 

Aż nagle wysechł klej, choć z gardeł wciąż płynęły refreny,

i ksiądz z ambony grzmiał jak smok i wymachując przyborami do szycia,

bok mi przeszył. Była klaka, Boże Narodzenie i pasterka.

 

                                               8 – 10 XII 2009 

 

 

 

Grzegorz Żak
 
notka pod www.grzegorz-zak.pl 

 

 

Sekstyna

 

klej, drzewa, bąk, napad, gęś, koniec

 

Był spacer, gdy spajał nas uczucia klej

Raz, wiosną, kwitły owocowe drzewa

Od niechcenia brzęczał zapylając bąk

Gdy nagle głos nas dobiegł: psze państwa, to napad!

Zachowałaś się wtedy niby głupia gęś

I myśl mnie smutna przeszła - to na pewno koniec

 

Wrzeszczałaś wniebogłosy: to koniec! To koniec!

Bandyta wyglądał, jakby wąchał klej

I mruczał (choć wulgarniej) - niech cię kopnie gęś

Wiosną, kiedy kwitły owocowe drzewa

Zdarzył się ten całkiem niefortunny napad

Ty zaczęłaś się kręcić dokoła - jak bąk

 

I to bąk niesprawny - ba, pijany bąk

Półkola, ćwierćowale, gdzie start, a gdzie koniec?

Bandyta już żałował, że zaczął ten napad

Zażądał zwrotu kosztów - i na dobry klej

(Do plastiku i drzewa)

I tak - warknął - nie starczy na pieczoną gęś

 

Zaś ty - niech szlag trafi, głupia, głupia gęś!

Wirująca bezmyślnie, niech się schowa bąk

Obijałaś się, durna, o kwitnące drzewa

Aż zmęczona przysiadłaś na trawie na koniec

Bandzior dał mi kopertę (wysechł na niej klej)

Pieniądze - mruknął - przypomnę: to napad

 

I wtedy przyszedł pomysł (po czesku to napad)

Mogę wykorzystać tę niebystrą gęś

(Puszczał spajający nasze stadło klej)

Z podniecenia zabrzmiał w głębi spodni bąk

Tak trzeba - przez myśl przeszło - to i tak już koniec

Choć wiosna - i kwitły owocowe drzewa

 

Spojrzałem na bandytę, na nią i na drzewa

Powiadasz - powi

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton