
TW JERZY ROŚ
Kryptonim: Kulawy Mordechaj
Rocznik: tajne
Teren: tajne
Uwagi: emerytowany starszy kapral kontrwywiadu Królestwa Nibylandii, poszukiwacz skarbów, pielgrzym jurajski i pisarz-mitoman; raporty z ważniejszych akcji w antologiach: O Gmerk Olkuski (VII- 2003, VIII-2004, IX-2005), Deszcze niespokojne (2005), Tam gdzie słychać śpiew syren (2006), Gwiazdy w Wiśle (2008); wspomnieniowo-rozliczeniowy tom prozy Miasto zaklęte(2006);sukcesy aktualne: pierwsze miejsce w konkursie internetowym "Być kobietą..."
Przyślij jakąś prozę
U wejścia do jaskini zazgrzytał żwir pod stopami wchodzących. Brodacz odruchowo wsunął dłoń w fałdy obszernej szaty i zacisnął ją na rękojeści AKMS-a.
– Posłaniec, dostojny... - rozległ się głos strażnika.
Wejście do groty przysłoniły trzy sylwetki, środkowy padł na kolana i uderzył czołem o ziemię.
– Ktoś ty?
Chair ad-Din, syn Murata Digny.
Wróciłeś?
Wróciłem, panie!
Sam?
Sam! Tamci już nie wrócą.
Pół roku temu w cztery strony świata wyruszyli emisariusze. Mieli zanieść do najdalszych nawet komórek organizacji wezwanie do wzmożenia walki z niewiernymi. A z powrotem mieli przynieść to, czego Osamie brakowało od dłuższego czasu – nowe pomysły. Dotarli do kaukaskich fanatyków, którzy nie wymyślili nic więcej ponad branie setek zakładników w atakowanych teatrach, szpitalach, szkołach i przedszkolach. Dotarli też do filipińskich i malezyjskich bojowników wysadzających dyskoteki, do pakistańskich talibów atakujących hotele pełne zachodnich turystów, do egipskich, algierskich i tunezyjskich mahometan strzelających z broni maszynowej do autokarów, irackich partyzantów odpalających bomby na bazarach wypełnionych kobietami i dziećmi oraz niszczących rurociągi z ropą, somalijskich piratów przechwytujących tankowce, palestyńskich i libańskich hamasowców i hezbollachowców ostrzeliwujących Izrael rakietami robionymi w garażu z rur kanalizacyjnych, młodych Arabów z podparyskich blokowisk palących tysiącami samochody w noc sylwestrową, tureckich emigrantów w Niemczech, afgańskich w Australii, bangladeskich w Wielkiej Brytanii. I nawet jeśli któryś wrócił, to żadnego nowego pomysłu nie przyniósł. Żadnego godnego uwagi. Ten cały ad-Din jest chyba rzeczywiście ostatni.
– Co masz dla mnie?
Chair ad-Din sięgnął w zanadrze niemiłosiernie brudnej galabiji i wyciągnął plik pomiętych kartek, przypadł jeszcze raz do ziemi, złożył kolejny pokłon i wysunął rękę z papierami w kierunku Osamy bin Ladena. Ten zaczął je pobieżnie przeglądać, przy niektórych zatrzymywał się na dłużej, mrucząc pod nosem, wreszcie zaczął wszystkie dokładnie czytać. Jego oblicze rozjaśniło się, chociaż w półmroku panującym w jaskini nie było tego dokładnie widać. Po dłuższej chwili podniósł się i podszedł do klęczącego Chaira.
– To skarb, prawdziwie Allah dał nam w ręce poprzez ciebie wielki miecz do walki z niewiernymi...
Co chcesz uczynić, szejku?
Osama bin Laden uśmiechnął się, dotknął dłonią czoła, ust i serca i rzekł:
– Nie chcę, ale muszę...
Usiadł na stercie poduszek pod ścianą jaskini, nakazał pierwszemu strażnikowi zwołać nadzwyczajne posiedzenie sztabu al-Kaidy, a drugiemu zarżnąć i upiec kozę na poczęstunek.
– A powiedz mi ty, Chair, jak to zrobiłeś, przecież to są dziesiątki rewelacyjnych pomysłów, gotowe scenariusze działań, niekonwencjonalne rozwiązania problemów – ile to kosztowało?
Nic, wielki szejku, nic a nic.
No to skąd to masz? Gdzie ty w ogóle byłeś?
Dotarłem panie, aż do Polski...
Gdzie?
Do Polski, to daleko, na północy.
– I tam nasi mieszkają...
Nie, naszych nie ma prawie w ogóle, to niewierne psy, chrześcijanie, do tego katolicy.
No więc skąd te plany?
Założyłem portal internetowy i rozpisałem konkurs literacki na temat „spisek”...