Chciałem wprowadzić w życie pewne pomysły znane mi z literatury, więc w towarzystwie kolegi z klasy, Wojciecha B., pojechałem na Stare Miasto. Dzwoniliśmy do drzwi mieszkań w domach na Podwalu. Pytałem o pana Anatola Surmę i udawałem zdziwienie i niedowierzanie słysząc, że pomyliłem adres, że Surmy nie znają. Nie wiem już, czego oczekiwałem. Mieliśmy około 12 lat. Sytuację literacką, którą chciałem urzeczywistnić, znałem z Przygód Marka Piegusa, jeśli mnie pamięć nie myli. Po dwóch głupich rozmowach z ludźmi najpierw zakłopotanymi, później coraz wyraźniej okazującymi irytację, zrezygnowałem z dalszych prób urzeczywistniania i szwendałem się smętnie z Wojtkiem B. po ciemnych, zaśnieżonych ulicach, tłumiąc poczucie winy wobec rodziców, którzy wysłali mnie do Supersamu po żarówkę. Kupując ją, miałem rozmienić ceglasto-czerwony banknot stuzłotowy z wizerunkiem hutnika. Może nie był to hutnik, tylko robotnik przemysłowy powszechnego użytku, lecz jego skupiona, kanciasta twarz, jakby ociosana w piaskowcu, zawsze stawała mi przed oczami kiedy w Polskiej Kronice Filmowej pokazywano fotogeniczny spust surówki z wielkiego pieca, więc w mojej wyobraźni pozostanie on już na dobre hutnikiem. A poczucie winy stąd się brało, że zamiast pójść po żarówkę do Supersamu, pojechałem na Stare Miasto urzeczywistniać durne sytuacje z literatury młodzieżowej.
Szybko znudziła nam się włóczęga, wracaliśmy już do domu, lecz tuż przed przystankiem ktoś złapał mnie za ramię. Odwracam się i widzę, że Wojtka też trzyma za ramię milicjant, a obok niego znacznie niższy mężczyzna nie patrząc na nas mówi – To ci. Zaprowadzili nas do komisariatu na Jezuickiej, grożąc poważnymi konsekwencjami. Bałem się, że moje próby zbeletryzowania rzeczywistości, czy vice versa, zostały złośliwie przedstawione milicji jako coś zgoła innego, objętego stosownym paragrafem kodeksu, i że spędzę w domu poprawczym najpiękniejsze lata życia. Lecz kiedy niższy powiedział oficerowi dyżurnemu -- ,,Rzucali kamieniami w barakowozy”, poczułem ulgę, ponieważ nie rzucaliśmy nawet w siebie samych śniegiem, co dopiero trudno dostępnymi w tamtym okresie kamieniami, a ponadto żadnych barakowozów podczas naszej wędrówki nie widzieliśmy, nie mogąc przeto wziąć ich na cel. Milicjantów nie interesowały nasze wyjaśnienia. Kazali nam opróżnić kieszenie. Kiedy na biurku leżała już chustka do nosa i bilon, oficer zapytał, czy to wszystko. Z wahaniem wyciągnąłem z tylnej kieszeni spodni stuzłotówkę z hutnikiem, spodziewając się pytań o pochodzenie tak znacznej kwoty i związaną z nimi konieczność wyjaśnienia, dlaczego nie poszedłem do Supersamu po żarówkę. ,,Co się tak kurwa boisz? Nikt ci tu tego nie ukradnie!” Kamień spadł mi z serca.
Milicjant i nasz oskarżyciel – nadgorliwy ormowiec? prawdziwy stróż widmowych barakowozów, który nie mógł znaleźć sprawców napadu, rzucił się więc na ofiary potulne i młodociane? – wyszli. Zostaliśmy w izbie przyjęć z dwoma innymi milicjantami. Jeden z nich wyglądał na chorego – przykładał do czoła chustkę, którą zanurzał co kilka chwil w misce z wodą. Był blady, w koszuli rozpiętej pod szyją, lecz mocnym, nieco ochrypłym głosem dyktował drugiemu, zdolnemu pisać na maszynie, wyjaśnienie.
Początek ,,Wyjaśnienia” to niemal dosłowny zapis tego, co wówczas podsłuchałem. (Kiedy dyktujący milicjant zorientował się, że ma niepożądaną publiczność, kazał zamknąć nas w celi, w której czekaliśmy na przybycie rodziców, najpierw zaniepokojonych, potem tak rozbawionych głupotą milicjantów, że całkiem zapomnieli o żarówce). Reszta opowiadanka to wynik zderzenia wspomnień o tej groteskowej przygodzie z epizodem biografii Michela Foucaulta, którą czytałem w Berkeley na początku lat 1990. Krótki pobyt Foucaulta w Warszawie zakończył się wydaleniem go z PRL za miłostki z milicyjnymi konfidentami.
W 2003, kiedy chodziliśmy po Warszawie z Markiem i Andrzejem, musiałem opuścić ich na godzinę, żeby wziąć udział w jakiejś imprezie na Placu Zamkowym. Zaproponowałem, żeby poszli na Jezuicką i obejrzeli komisariat. Wrócili z informacją, że komisariatu na Jezuickiej już nie ma. Trudno. Ruszyliśmy na południe.
Rok później zostałem konsultantem kulinarnym restauracji Il Segreto, zaś konsultantem enologicznym został mój kolega Wojciech B., młodszy o pokolenie od tego, z którym dzieliłem celę. Restauracja powstała na miejscu kuchni, stołówki i innych podziemnych pomieszczeń komisariatu na Jezuickiej. Czy w tych lochach zamordowano Grzegorza Przemyka? Zapewne tak. Czy gdybym wiedział o tym, pisząc ,,Wyjaśnienie”, przeniósłbym akcję do innego komisariatu, w obawie przed frywolną estetyzacją miejsca kaźni? Raczej nie. Doszukiwanie się rzeczywistości w fikcji to zabawa dla młodzieży.