Cegła - Literatura - Proza - Poezja
WSPIERAJ NIEZALEŻNĄ TWÓRCZOŚĆ - PRZEGLĄDAJ REKLAMY GOOGLA
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #15

 
a) fink
info
Odsłon: 1586, Komentarzy: 0
 
b) Tadeusz Pióro
proza
Odsłon: 674, Komentarzy: 0
 
c) Tadeusz Pióro
proza
Odsłon: 620, Komentarzy: 0
 
d) Dariusz Foks
poezja
Odsłon: 780, Komentarzy: 0
 
e) Maciej Melecki
poezja
Odsłon: 838, Komentarzy: 0
 
f) Mariusz Grzebalski
poezja
Odsłon: 691, Komentarzy: 0
 
g) Łukasz Jarosz
poezja
Odsłon: 626, Komentarzy: 0
 
h) Ewa Brzoza
poezja
Odsłon: 765, Komentarzy: 0
 
i) Kamil Zając
poezja
Odsłon: 613, Komentarzy: 0
 
j) Ireneusz Korpyś
poezja
Odsłon: 761, Komentarzy: 0
 
k) Dominik Piotr Żyburtowicz
poezja
Odsłon: 618, Komentarzy: 0
 
l) Joanna Małgorzata Przybylska
poezja
Odsłon: 662, Komentarzy: 0
 
m) Grzegorz Kwiatkowski
poezja
Odsłon: 749, Komentarzy: 0
 
n) Filip Wyszyński
poezja
Odsłon: 633, Komentarzy: 0
 
o) Izabela Kawczyńska
poezja
Odsłon: 697, Komentarzy: 2
 
p) Magdalena Nowicka
poezja
Odsłon: 687, Komentarzy: 0
 
r) Paweł F. Majka
poezja
Odsłon: 603, Komentarzy: 0
 
s) Mariusz Cezary Kosmala
poezja
Odsłon: 688, Komentarzy: 0
 
t) Tomasz Smogór
poezja
Odsłon: 630, Komentarzy: 0
 
u) Paweł Kaczorowski
poezja
Odsłon: 573, Komentarzy: 0
 
w) Tytus Żalgirdas
poezja
Odsłon: 553, Komentarzy: 0
 
x) Marcin Sas
poezja
Odsłon: 555, Komentarzy: 0
 
x) Marcin Łukasz Makowski
poezja
Odsłon: 520, Komentarzy: 0
 
y) Maciej Gierszewski
proza
Odsłon: 657, Komentarzy: 0
 
z) Adam Kaczanowski
proza
Odsłon: 474, Komentarzy: 0
 
z) Szymon Stoczek
proza
Odsłon: 464, Komentarzy: 0
 
zz) Dariusz Sas
proza
Odsłon: 462, Komentarzy: 0
 
zz) Jerzy Roś
proza
Odsłon: 448, Komentarzy: 0
 
zz) Tomasz Krzykała
proza
Odsłon: 445, Komentarzy: 0
 
zzz) Rafał Klan
proza
Odsłon: 506, Komentarzy: 1
 
zzz) Robert Rusik
proza
Odsłon: 919, Komentarzy: 1
 
ł) Jacek Bierut
Spiski są złe - artykuł
Odsłon: 477, Komentarzy: 0
 
ł) Karol Maliszewski
Korespondencja seryjna - Przemysław Owczarek
Odsłon: 607, Komentarzy: 0
 
ł) Karol Maliszewski

Korespondencja seryjna - Przemysław Owczarek

Karol Maliszewski – Korespondencja seryjna

 

„Widziane z roweru, pisane z dystansu”

 

 

Zbiór próz poetyckich Przemysława Owczarka krąży od jakiegoś czasu po literackiej Polsce i wzbudza sprzeczne emocje. Teksty tworzące zbiór, kilkakrotnie nagradzane w różnych konkursach, także w tych, gdzie bywałem jurorem, powinny wreszcie ukazać się w książce. A powinny się ukazać dlatego, że są wyjątkowe, że odbiegają od młodoliterackiej sztampy, zaś autor wysilił się, wykoncypował i całą rzecz doprowadził do artystycznie szczęśliwego finału. To jedyna w ostatnich latach tak ambitna próba pogodzenia czystego liryzmu z konwencją obiektywnej i zwięzłej noty prozatorskiej, i to takiej, dla której podłożem stały się rowerowe peregrynacje po okolicy najbliższej autorowi. Coś podobnego przed laty czytałem u Brakonieckiego, lecz tu rzecz jest o wiele bardziej konsekwentnie poprowadzona. Ten „cykl cyklisty” ujmuje nie tylko wyobraźnią i językową odkrywczością, lecz również konsekwencją wykonania. Perfekcji zapisu odpowiada perfekcja układu.

Najbardziej fascynujące jest to, jak bohater pędzący na swojej srebrnej strzale czyta rzeczywistość, najciekawsze jest odkrywanie wraz z nim reguł pogłębionej lektury. Czytanie ujrzanego w przelocie świata okazuje się praktyką duchową, owocująca swoistymi medytacjami i monologami. Ważny jest obraz przedmieścia i lawirowanie bohatera między tym, co już nie bardzo miejskie, a jeszcze niezupełnie wiejskie. Ważne jest tworzenie błyskotliwych narracji na pograniczu światów i kultur, na pograniczu parku i lasu, jezdni  i ścieżki. Oddanie, z jakim bohater czyta naturę, odpowiada erudycji, z jaką czyta kulturę. Dodatkowym walorem tych tekstów jest to, że na tym właśnie kulturowym czy „etnograficznym” tle udało się w paru miejscach zasygnalizować zakłopotanie, rozdarcie, nieprzystosowanie świadomości dopytującej się o własną tożsamość.

Mamy więc pewną podstawę empiryczną i lokalną, powiedzmy autobiograficzną, dokładnie rozrysowaną podłódzką topografię, na którą z wolna nasuwają się cienie i półtony świadczące o samopoczuciu i światopoglądzie bohatera. Bohater raz opowiada o tym wprost, to znowu szyfruje, tworząc łańcuchy niebanalnych metafor. Podczas jazdy dopadają go najrozmaitsze myśli, wspomnienia, skojarzenia, a kolaż powstający z tych migawek jest wiarygodny, intrygujący. „Jadę na opończach, a rower to worek na nowe wizje. Co mnie boli, to się wykoli. Na papier. Aż napełni formę, nadmie obraz i rozświetli, jakby kręciło się obłąkane dynamo.” Na treści metafizyczne i ekstatycznie liryczne nakładają się fakty znane z pierwszych stron gazet. Owczarkowi nie jest obca żadna forma współczesnej mu duchowości, wszystko przetrawia w swym czujnym, czułym wnętrzu i robi z tego prawdziwą poezję.

Konsekwencja, o której kilkakrotnie wspominałem, wiąże się także z kompozycją opartą na strukturze pór roku. Zapiski układają się pod dyktando zmieniającego się świata przyrody. Inaczej jedzie (i pisze) się jesienią, inaczej wiosną czy zimą. Oddano tu specyfikę przeżywania pór roku i to, jak zmieniają się miejsca pod pędzlem matki natury. Można rzec, że zmieniający się charakter i styl zapisków odpowiada zmianom zachodzącym w przyrodzie. W najmłodszym pokoleniu nie ma drugiego takiego mistrza w opisywaniu przyrody, jej tajemnic i zakamarków. Podpatrywanie przyrody staje się tu podpatrywaniem samego siebie, zgłębianiem tajemnic obnażanej w ten sposób osobowości.

Należy jeszcze podkreślić perfekcję językową. Owczarek prowadzi ten swój rowerowy dziennik z zacięciem lingwisty, który nieufnie przygląda się słowom, który słowa podpatruje, prześwietla, łapie na gorącym, spontanicznym i terenowym, uczynku. Ciekawe są te dwa ciągi nieufności i podglądactwa. Pierwszy dotyczy zmieniającej się przyrody, drugi  zmieniającego się języka, także własnego języka poetyckiego. Ten nadświadomy, autoteliczny rys jest dodatkowym i wybitnym walorem cyklu, który – jak widać – da się czytać na wiele sposobów. Duch wieloznaczności unosi się nad tą poematową prozą. Zaczyna się już od tytułu: „Cyklist”. Bo to jest rzeczywiście „łańcuch opowieści/ co się toczą jednym śladem / i nie mogą się pomieścić/ w żadnym spisie i rozkładzie”, ale z drugiej strony dostrzec tu można próbę napisania cyklu listów z drogi, listów kierowanych do jakiegoś ciekawego świata, unieruchomionego czytelnika.

 

Karol Maliszewski

 

 

Przemysław Owczarek

Cyklist   (fragmenty)

 

IV

 

Wjeżdżam w przecinkę ukrytą w sosnowym zagajniku, niedaleko wiaduktu kolejowego nad Nerem. Granatowy ford tarasuje drogę. Hamuję. Na przedniej szybie widzę dwie stopy, podeszwy, które od środka przyssały się jak małże. Gdzieś we wnętrzu znikły uda, ale dostrzegam biel drgającego między nimi tyłka. Pieprzą się w tych lasach, gdzie popadnie. Szefowie z sekretarkami, policjanci z małolatami, żony z akwizytorami, jakieś podejrzane parki z pryszczami na twarzy. I kto jeszcze – Bóg wie, jeśli lubi patrzeć. Amerykański seks za kółkiem i Radio Zet w otoczeniu smutnej, wyruchanej przyrody. Z takich miejsc tryskają anegdoty. Jak choćby ta o moim kumplu, który pod starym dębem uprawiał francuską miłość z pewnym dziewczęciem i z wrażenia zapomniał, że ma w ustach gumę do żucia. Jeszcze nie wszedł do knajpy, a już się zaplątał w cudne manowce. A potem, po blady świt, dzielił włos na czworo, czyścił i przeklinał. Wiem o tym, bo się kumplowi rozwiązał język, w innej knajpie, gdzie tylko pijaki chodzą na czworakach. A dziewczyna? Gdy wzeszło słońce, z litości rozpięła mu rozporek i zamieniła jego porażkę w zwiędły rozejm. Zaprawdę najadła się wstydu.

 

 

VIII

 

Nad Rudą Pabianicką wznosi się zalesione wzgórze, które kryje w swoich zakamarkach stare wille. Przewyższa je tylko Rudzka Góra, rozdęta na dawnym wysypisku śmieci. Wybudowano na niej saneczkowy tor i góralską karczmę. Krucafiks, panocku, Podhale w mieście Łodzi, symulacrum co się zowie i klimat pokręcony jak parzenica. Rower mknie roztargniony niczym zwierzę w rui. Mijam stare pensjonaty, wybudowane przez żydowskich przedsiębiorców. Zachwycają galeryjki, balkoniki, wieżyczki i podcienia. Na zagraconych dziedzińcach suszy się bielizna. Teraz mieszkają tu Cyganie. Tabory wrosły w ziemię i już nie wędrują. Nawet w opowieściach. A kiedyś, ścieżkami w pobliskim lesie, spacerowały piękne Żydówki. Sara, Dora, a może Chaja? Ale nasz narodek, mistrzu Mickiewiczu, tylko udaje, że czci o nich pamięć. Czasami śnię pokój pełen izraelskich żołnierek. Służę dziewczynom w miłosnych igraszkach i odprawiam pokutę za polskie szeptactwo: „panie, wszędzie Żydy”. W śnie mundury spływają z jędrnych ciał i czuję, jak dreszcz podniecenia drażni mi język (mógłbym mówić tylko spółgłoskami). Moje starsze siostry prowadzą mnie do łaźni. Z sufitu sączy się zapach mirry. Gdy pierwsza bierze mnie w siebie, zaczynam płakać.

 

 

 

 

XVII

 

Co za burdel! Przysłać tu pluton złomiarzy. Zielony od porostów silnik. Druty i puszki po farbie. Żużel i łaty papy. Stos butelek jak stos gnatów. Słowiańska chuć działkowców, wypluta z bagażników, przyczepek i taczek. Dzikie wysypisko, nad którym kruk przelatuje z wyraźną niechęcią. Zgnoimy Ziemię, aż po kres człowieka. Jadę w nieokreślone „dalej”, w rytmie dobrym na klawiaturę, w krótkich zdaniach, bystrych jak kule snajpera. Niech oko uderza i przenika zostawiając w powietrzu bryzgi sensu. Tylko uważaj, żeby zdania nie były zbyt strzeliste. To wzbudza podejrzenia. Podobnie jak ta ścieżka, która prowadzi przez stosy odpadów i kończy się nad Nerem. A rzeka płynie do Poddębic, gdzie jeździłem do babci ze strony ojca. Mieszkała w bloku z lat 50. Za oknem ulica drżała w słońcu i długie cienie kładły się na bruku jak na obrazie Chirico. Zamiast kuchenki syczał piec. Karmiłem ogień przez usta fajerek, wrzucałem grudy węgla i szyszki, po które chodziliśmy z babcią do lasu. Dobra z niej była kobieta, z domu Rauch, o niemieckich korzeniach. Znam język, który jak dym zostawia po sobie popiół. Albo przeistacza się w roślinę. Bo prababcia ze strony matki była zielarką i tłumaczyła sny. Czy ich mężczyźni wsączyli niepokój w moje stopy? Czy pozostawili po sobie coś więcej niż tylko smak alkoholu? Wirowanie ciała wśród płomieni. Śnieg prószy z żył i budzi gardłowy śpiew. Dzikie konotacje? Tak. Wierzę w serce wygrzebane z ziemi, hartowane w ogniu i lodzie.

 

 

XXXI

 

Śnieg iskrzy, jakby emanował z bezgłośnego, ale radosnego krzyku. Słońce trwa w mglistej konspiracji. Drzewa kryją się w sobie, brodzą we śnie odległego czasu, kiedy były zalążkami, zaledwie nasionami. Rower broczy śladem i dusi się w zaspach. Trzeba go prowadzić jak pijanego. Opuszczamy las. Jego przebiegłe milczenie. I brniemy w śniegu do innego lasu, który zastygł na końcu pola. Siwa wrona zmierza na zachód. Sójka czmycha w nagie łoziny. Mijam stare graby. Zagłębiam się między sosny. Przede mną ślady butów ożywiają ścieżkę. Znajduję w śniegu plamę krwi. Stawiam rower pod drzewem i podejmuję trop. Następna plama jest szersza. Wyrosły na niej czerwone kryształki lodu. Miniaturowe San Francisco o zachodzie słońca. Metr dalej stratowany śnieg miesza się z ciemną sierścią. Znajduję przyczynę. Mocny stalowy drut uwiązany do młodego dąbczaka. Na drugim końcu pętla werżnęła się w szyję kozła. Został tylko łeb – pewnie reszta zniknęła w torbie kłusownika. Nie szkoda mu było poroża? Sarnie oko mówi mi o długich chwilach trwogi. Zwijam wnyki. Wyjmuję z plecaka foliową torbę. Kiedy będę preparował czaszkę, koźli duch opowie mi o swojej krzywdzie. A potem odprowadzę go do wodopoju.

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi