Cegła - Literatura - Proza - Poezja
KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net *** gg: 1926915
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1205, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 466, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 630, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 483, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 469, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 508, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 443, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 462, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 524, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 557, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 478, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 566, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 420, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 678, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 418, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 583, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 510, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 464, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 443, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 445, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 441, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 484, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 491, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 562, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6

Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski

 „Dokument szósty”    RAYMOND ROUSSEL

           

 

 

           W 1877 w Belotinie wybuchła rewolucja. Pierzchającego króla zastąpiła nader czerwona oligarchia zwana Plejadą – jako że liczyła siedmiu wzajemnie przed sobą odpowiedzialnych członków – Trybunów Solidarnych. Swoisty patriotyzm egalitarny był czymś na porządku dziennym i z myślą o rywalizacji ustanowiono Gwiazdę Cnót Obywatelskich, którą w postaci blizny pozostawionej przez rozpalone żelazo otrzymywał na prawej skroni każdy, kto się odznaczył w odpowiednim stylu. Rozpoczęła się wojna, która niepomyślnie doprowadziła do oblężenia stolicy. Niedola przyniosła ostudzenie idei – skutkując totalną reakcją. Czerwoni zamilkli, kościoły pękały w szwach – a plejada została wysiudana na rzecz dyktatora Ferlo, odznaczonego Gwiazdą Cnót Obywatelskich bohaterskiego obrońcy, który u szczytu swej popularności zginął podczas wypadu, w momencie, kiedy dała się odczuć konieczność wprowadzenia pieniądza prowizorycznego. Mimo perfidnej aluzji do wyrazu „szopka”, jakiej użył w czerwonym okresie, w związku z religijnymi przygotowaniami do adwentu, profil Ferlo znalazł się na monecie, podpisany czcigodną datą jego śmierci i obramowany przez dwie płaczki – tej z prawej nadano rysy Digette Ralet, jego metresy.

            Nowy dyktator, pochodzący z ludu Mathias Noc, wszystkie gazety uraczył swym orędziem – zwłaszcza „Lagę”, która, specjalizując się w gatunku urągliwym, nie omieszkała zmyć mu dodatkowo głowy dołączając tryptyk paszkwilancki w formie przemyślnie arcyregularnych trioletów, samą swoją marmurową nieskazitelnością drwiących z niezmiennie gminnego języka eks-plebejusza. Najpierw szła opowieść o kłótni, wywołanej w spelunie przez sporny rzut kośćmi, która sprawiła, że Noc bluznął obelgami w argot; następnie dowód zabobonności – niebagatelna sprawa w aurze religijnej reakcji, wówczas powszechnej – jaki stanowiło ciągłe noszenie na szyi pod ubraniem łańcuszka ze skrywającym czterolistną koniczynę medalionem; w końcu zaś postawa uniżonego pochlebcy, przyjęta przezeń kiedy był chłopcem na strzelnicy, w obliczu dawnego króla, którego obsypał skrajnymi komplementami w związku z wykonaną przez jeszcze początkującego monarchę przepiękną, ruchomą tarczą, przedstawiającą sanie z rozhukanym zaprzęgiem, symbol szybkości – serce iemskika[1] służyło za cel, jakby chodziło o jakiś napad planowany przez zbójców.

            Jako że triolety miały go jedynie drasnąć, nie atakując jego prawości, Noc wszystkie przestudiował roztropnie pragnąc swej poprawy. Usunął koniczynkę, nauczył się nie ufać wrodzonej uniżoności – i, aby nabrać poloru, zdał się na porady pana de Buca, patrycjusza wielce biegłego w sztuce dobrych manier, jakie zawdzięczał swemu znamienitemu pochodzeniu, zaszczytnie zaznaczonemu w tytule Piękna dezerterka, w odniesieniu do Marii Magdaleny, jego antenatki – w jednej ze specjalnych modlitw na dzień Matki Boskiej Gromnicznej. W swojej pierwszej młodości Magdalena była promykiem słońca, jak to ujął, dla bogatego starego amanta, przez niedołęstwo unieruchomionego Ségenala, którego zdradziła z pięknym Bucem, protoplastą rodu. Pewnego wieczora, zamiast rzucić na powitanie znajomą czułą metaforę, Ségenal poprosił ją o alibi, wierzył bowiem, iż ze swych poduszek obłożnie starego krótkowidza dostrzegł jej sielskie wybryki z Bucem – i uzyskał jedynie cyniczne wyznanie na odprawę.

            I Noc prędko nabrał ogłady dzięki kontaktom z panem Bucem – którego godło nawiązywało do incydentu z Ségenalem – i afiszował swoje rosnące kwalifikacje, z rozmyślną niedbałością zostawiając na widoku mapę prehistorycznej Azji, którą sam pięknie wykreślił w dziwacznym kształcie, z naukową dokładnością.

            Wiedząc, że aby się utrzymać, musi nade wszystko zadbać o morale oblężonych, Noc opłacał komicznego śpiewaka Furdeta, aby każdego wieczoru zabawiał lud gratis.

            Specjalizujący się w gatunku endiablé, celnie dobrany Furdet przechwalał się, że zna na pamięć całą furę parland na różne tematy:

 

            Godable, przez biedę zmuszony do emigracji, żegna się uroczyście ze swoją kochanką Krune. Widząc, że Krune boi się czyhających nań niebezpieczeństw morza, uspokaja ją legendą, jaka krąży na temat jego statku, „zaopatrzonego w maszty tak doskonale przysposobione pod kątem burz, że za ich wytwórcę uważa się jednego z krewnych Lucyfera”. Następuje obopólnie pikantna przysięga: w umówione dni o stałej porze oboje popełniać będą, myśląc o sobie nawzajem i wpatrując się w Warkocz Bereniki, samotny grzech lubieżności. Po przybyciu do miejsca swego przeznaczenia w głębi tropików, Godable, zająwszy odpowiednie stanowisko, zostaje kochankiem kapłanki Ros, bóstwa wielce czczonego ze względu na przypisywaną jej moc schładzania aury – i piętrzy wiarołomstwo na wiarołomstwie.

 

            Gdy tylko zostaje panem Syrakuz, Marcellus, aby skutecznie ustanowić siebie absolutnym władcą rozporządzajacym wszystkimi żywotami, urządza swoje bezstronne jatki. Jego lekarz Parnolo, neapolitański szarlatan, wyrabia dlań pewien specyfik, który, zabójczy w śmiesznie małej dawce, załatwia każdego dnia dziesięcioro przechodniów obojga płci, zatrzymywanych w sposób przypadkowy. W celu uwydatnienia bezstronności Marcellus zawsze oszczędza kogoś, kto rozwikła także ostatnią (najtrudniejszą) z szeregu stopniowanych zagadek, i przyznaje – jako tarczę dożywotnio chroniącą przed powtórką przygody – kokardę, na której namalowana jest niezrównana Zatoka Neapolitańska, zgodnie z szowinistycznym życzeniem Parnola. Dla ładnej kobiety – żadnych zagadek: Marcellus wyda kokardę tylko za jej względy. Pewnego dnia wybucha scena heroikomiczna. Dwie bliźniaczki, Guria i Forine, siwiejące dziewice bardzo ze sobą związane, znalazły się w dziesiątce. Po Gurii, która właśnie wyszła zwycięsko, Forine wchodzi do sali przesłuchań... i milknie w pół drogi; przekroczywszy jeszcze raz próg, zapominając o swoim wieku, ofiarowuje się, przerażona, zbawczym uściskom Marcellusa – który, śmiejąc się do rozpuku, kieruje ją do truciciela. Wtedy Guria, wzniośle, odrzuca swoją kokardę – i pije wraz z siostrą.

 

            W trakcie chaconne, wykonywanej przed Ludwikiem XV, który siedzi w honorowym krześle na estradzie, markiza de Pranier daje upust dąsom oznaczającym rozstanie z kochankiem, kawalerem de Sance, wziętym poetą. Sance godzi się z losem – lecz przysięga, że wywoła skandal, który go pomści. Wie, że zastąpił go baron d'Étulle – który go nigdy nie widział – i ustawiwszy się na jego drodze w przebraniu żebraka, z ukrytą bronią, wykorzystuje chwilowe zakłopotanie litościwego eksploratora kieszeni, aby uciąć sztyletem kawałek jowialnego kazania o lenistwie niektórych krzepkich i zdolnych do pracy młodzianów. Zbrodniarz z namiętności, rychło uwolniony, Sance dalej pisze znakomicie. Później, zamierający słowik, w którym wstręt budzi słowo wyprzęgać, otrzymuje książkę, której akcję, jako fachowiec, potrafi docenić, autorstwa kogoś, komu wyraźnie nie zbywa na logice, jeszcze zbyt młodego, by się przebić. Poruszony tłumiącą skrupuły perspektywą prolongaty powodzenia, popełnia zręczny plagiat – który maskuje, obierając za miejsce akcji dno jeziora oraz ondyny za bohaterki. Sława utworu przynosi sukces, którego cyniczną nieprawość odkrywa markiza, ogłaszając ją ze wszystkich sił – stara, pamiętliwa jędza.

 

            Uiściwszy grubą, obowiązkową ofiarę, król Dinoh, którego finanse ledwie zipią, idzie zasięgnąć rady w świątyni bogini Biuse, gdzie przemawia jej posąg – jak twierdzą złośliwcy, dzięki niewidocznej babie z krwi i kości i sprzyjającemu zjawisku akustycznemu. Klęcząc przed posągiem na miękkiej poduszce, monarcha wzywa boginię srebrną nutką, uderzając młotkiem w dzwonek – i natychmiast słyszy słowo o wyspie, ze współrzędnymi jej położenia, gdzie odkrycie skarbu, zakopanego u stóp wielkiej skały, udającej z daleka lilię burbońską, pozwoli mu ustokrotnić własne zasoby. Dinoh wsiada na okręt, daremnie poszukuje wyspy, wraca wściekły – i idzie ponowić, szorstkim tonem, rozmowę z boginią, która, ostrzeżona, wini niezgulstwo jego załogi – co nie przeszkadza jej kolekcji wotów wzbogacić się wkrótce potem o dużą marmurową płytę z gwałtowną diatrybą.

 

            Podzielona na dwa stronnictwa Clossida zatwierdziła rząd demokratyczny, zamiast dotychczas panującego księcia Iknara II, akurat w chwili triumfu dwóch książek: Stu ćwiczeń z analizy Kabały Koloura i Lubieżności u roślin Plassasa –  czytanych pewnego dnia na ławce w parku przez dwóch wałkoni, których temperamenty – wsteczny u jednego, u drugiego naukowy – skłaniają do kłótni. Przechodzi gromadka trzymających się za ręce ślepców, których prowadzi pojedyncza para dobrych oczu, zaraz po wyjściu z przytułku ufundowanego przez upadłego suwerena – co każe im wziąć stronę czytelnika Koloura i sprawić jego antagoniście, którego nazywają „Draniem egalitarystą”, lanie za pomocą pięści. Ich bohater – jak przystało – skutecznie interweniuje i ten, który mantem przypłacił swoje wyjście, powraca home.

 

            Wyznawca niezależnych doktryn, filozof Marfo żyje w ascezie w lesie Nède, opłakując los – jego zdaniem obmierzły, gdyż siłą rzeczy naznaczony wołającym o zniesienie niewolnictwem – każdego członka ludzkiej społeczności. Wraz z nim mieszka przygarnięta za młodu wilczyca, którą nazywa swoją Egerią, pełen podziwu, że zawsze go rozpoznając, zachowała dzikie instynkty własnej rasy. Pewnego jesiennego wieczoru, gdy ze wzruszeniem napawa się poetyckim spektaklem, jaki przedstawia żółty las opadłych liści, jego spojrzenie nagle rani skaza w pięknej scenerii: barć, szkaradny symbol dyscypliny.

 

            Na dworze kniazia Tisofa zdaje się panować zgoda, podczas gdy w istocie jego „prawa ręka”, Uvrou, wartościowy człowiek z nizin, jest – pod płaszczykiem obłudy – przedmiotem zawiści Diara, dawnego towarzysza niedoli, który zresztą wszystko mu zawdzięcza. Najęty przez Diara pamflecista Pressy produkuje książkę, oskarżającą Uvrou w krótkich, zakończonych asteryskiem akapitach, o łowienie – pod pozorem niedbalstwa – ryb w mętnej wodzie. Diar posyła książkę Tisofowi z krótkim pismem, zaznaczającym cudzą ręką, że liczba asterysków przekracza tysiąc, i zawierającym opis, z nienawistnie wymownym porównaniem, pewnego dziurawego waciaka, jaki Uvrou, teraz strasznie bogaty, nosił za młodu. Ale kniaź z odrazą wrzuca do ognia książkę i pisemko.

 

            Pewnego listopadowego ranka w 1683, hrabia de Lédu, pięknoduch, budzi się o świcie pełen smutnych myśli; będąc porywczego charakteru, poprzedniego wieczora potraktował jednego z głównych ówczesnych możnowładców obelżywie, co pociągnęło za sobą nakaz natychmiastowego wyjazdu w rodzinne pielesze. Potem znów chwyta się projektu, który od dawna drzemał w jego myślach: wstąpić do Akademii Nicolasa Flamela – jakże znakomite imię, wyborne na sztandar –członkowie Akademii cieszą się szczególnym przywilejem, zdolnym hrabiego podźwignąć. Jeszcze tego samego dnia otrzymuje odroczenie i wiedząc, że każdej kandydaturze flamelieńskiej musi towarzyszyć niepublikowana praca, bierze się ostro do roboty. Z premedytacją wybierając temat mający otoczyć go aureolą zwłaszcza z punktu widzenia starożytnej heraldyki, opiewa czyny Iberyjczyka Arco, który jest jego przodkiem po kądzieli. Przed każdą wyprawą Arco zawsze słuchał rad czarownicy imieniem Daca, która pewnego dnia stała się jego Kasandrą, przytaczając fatalny sen – z nim w roli głównej. I Arco został zabity przy pierwszym starciu... I oto wszyscy czytelnicy komisji są od samego exordium oczarowani. Lédu wstępuje więc do Akademii Flamela, otrzymując jej insygnia – małego króla kier z diamentów i rubinów, przypomnienie ulubionej rozrywki alchemika, którego wynalazek gry w karty tak zachwycił – i wraca do łask.

 

            Podczas surowej zimy za Ludwika XV, markiz de Grante, członek parlamentu, mający w trzecim stanie bezczelnego adwersarza, zawsze gotowego do szykan Pierre'a Ligota, idzie odszukać szarlatana Ruettiego, sławnego wytwórcę talizmanów, o którego smykałce słyszał peany. Ruetti postanawia wypróbować metodę likwidacji, jego zdaniem – niezawodną. Idzie poszukać w pobliskim lesie dwóch pułapek: dwóch niezamkniętych obręczy z lodu, posmarowanych łojem i ukrywających zakończone podwójnym ostrzem sprężynki ze stali, które mają się rozprężyć, ze śmiertelnym skutkiem perforacyjnym, w ciepłym żołądku zwierzęcia. Wyrzyna nazwisko „Pierre Ligot” na drewnianej figurce, którą ustawia u siebie w ogrodzie, w środku jednej z pułapek, drugą zawieszając tuż nad pierwszą. Jego zdaniem Pierre Ligot nie może przeżyć symbolicznego umieszczenia swego wizerunku pomiędzy dwoma narzędziami śmierci. Ale przychodzi niszczycielska odwilż, a Pierre Ligot nie doznaje uszczerbku.

 

            Królowa o władzy absolutnej, młoda i piękna Rogelle tkwi w szponach wyuzdanego sadyzmu, który sieje wokół niej strach. Posiada dossier, gdzie w postaci list figurują nazwiska najbieglejszych ekspertów pośród – eufemistycznie tak przez nią nazywanych – „lizusów”. Pisarz-podróżnik Bertol, który, poza talentem twórczym, posiada ładny głos i śpiewa, przygrywając sobie na czymś w rodzaju gitary, kocha się w niej po cichu z oddali. Aby przyciągnąć jej uwagę i dać sobie sposobność, by ją posiąść, tworzy na temat jednej z wypraw, nie wzbraniając się przed najgorszymi potwarzami, ultra-sprośną książkę, która wywołuje skandal. Przeczytawszy, królowa każe go wezwać, udając, że chce go posłuchać. Podczas przesłuchania bez przerwy puszcza doń perskie oczka parami. Właśnie ta parzystość stanowi czyste wyzwanie, na które Bertol, zakończywszy swój występ starodawnym akordem, odpowiada w upojeniu.

 

            Pobożna Mélanie Rustier, niezmiennie surowo ubrana na stalowoszaro, ma syna Périnota, obieżyświata, który zaciągnął się na statek kapitana Mourka. Ambitny, spragniony nauk z myślą o awansie, Périnot prosi okrętowego Eskulapa, aby pożyczył mu książki – figurują pośród nich prace z astronomii, nauki wielce cenionej w marynarce. Pewnego dnia czyta u Tychego Brahe passus o bogu Plutosie, który zasłyszawszy historię o istnieniu zasobnej kopalni złota na Księżycu, udaje się tam, aby ją eksploatować – lecz bardzo źle przyjęty okrzykiem „precz” przez zazdrośnie strzegących swego dobra Selenitów, wraca, zdrowo przez nich poturbowany. Od tej chwili jaźń Périnota doznaje rozpadu; to normalny, to znów rozchichotany i szalony, wierzy, że czerpie pełnymi garściami z kopalni złota na Księżycu. Zrozpaczona Mélanie Rustier wierzy, że syn jest opętany, i robi wszystko, aby go wyegzorcyzmować.

 

            W położonym nad Morzem Czarnym kraju panuje Kéran o przydomku „Król Za Chwilkę”, za sprawą licznych wspaniałych obietnic, których spełnienie zawsze odkłada na później. Na jego dworze bryluje piękna Discrine, która, choć cnotliwa, żyje na wysokiej stopie bez widocznych środków. Kéran, wielce rozochocony, chciałby ją mieć za faworytę, ale spryciara odmawia w nadziei na związek małżeński. Nieopodal stolicy znajduje się eden, gdzie w pewnej grocie króluje emblematyczna statua Pomony w pełnej dojrzałości, ze złotą różą we włosach, w prawdziwej czerwonej tunice. Grotę zamyka kamienny dysk, który naturalnie się tocząc, ulega nawet najsłabszym. Głęboko czczona statua, o ustalonych porach także wyrocznia, odpowiada na pytania niby echo. Kéran, który duma o ślubie z Discrine, idzie jednego ze stosownych dni w przebraniu mędrca usłyszeć radę Pomony, a ona mu odpowiada tylko tymi słowy: Szpiegowskie szwy. Odtąd Kéran każe nadzorować Discrine i odkrywa w niej szpiega – oceniając swoją ewentualną królewskość za chwilkę jako zbyt problematyczną, aby powstrzymać się od prowadzenia podwójnej gry, Discrine wymienia się z niejaką Pritane, szpiegiem na służbie sąsiedniego króla, papierami, dla których czerwona tunika, bez przerwy pruta i zszywana, służy za przechowalnię. Któregoś dnia Kéran demaskuje Discrine, pokazujac jej wydobyty z „dobrego miejsca” kompletny plan błyskawicznej wojny, jak również traktat z góry zakładający zwycięstwo, z klauzulą przewidującą jej osobiste korzyści – i zadowala się wyrokiem banicji.

 

            Pozbawiony środków Maciton, pełen przyrodzonej werwy komicznej, której używa, aby zarobić na życie jako błazen króla Baoge, jest w rzeczywistości myślicielem i nowatorem, twórcą mającego gorących zwolenników systemu filozoficznego, wyłożonego w folio pod tytułem Bóg = zero. Baoge ma niejawną kochankę: to Kercia de Nize, która, pozując na kobietę pobożną i wstrzemięźliwą, nie cierpi niewierzącego Macitona i szuka sposobów, aby wypadł z łask. Pewnego dnia, z powodu pierwszych oznak ciąży, dla zachowania pozorów Baoge w pośpiechu żeni z Kercią barona de Fô. Rok później na balu kostiumowym Maciton, w masce Arlekina, głośno winszuje Kercii, że umiała pozostać biała jak śnieg, zachowując z grubsza trzy przepisowe kwartały między ślubem a połogiem. Jednak Kercia poznaje go po głosie i o wszystkim mówi Baogemu, który, poirytowany, mając też na celu ogólne dokręcenie śruby, wykorzystuje jako pretekst wojowniczą bezbożność Macitona, aby go wygnać ze swego terytorium. Przesiedlony, Maciton ubiega się o posadę błazna u króla Nopala – i ją otrzymuje, ogłaszając niebywały teoremat, którego nie da się przeczytać, nie wybuchając śmiechem nad każdą linijką.

 

            Młody pisarz skandynawski Frug bezskutecznie poszukuje własnej drogi i, czując w sobie spory kaliber, cierpi będąc jako ta sucha plewa. I oto w skróconej wersji Metody uniwersalnej Sédouala czyta formułę zdolną jednocześnie wywołać, gwoli konsultacji, Duchy gwiazdy wieczornej, i przegnać nawet ostatnią chmurkę – absolutnie czyste niebo jest bowiem warunkiem koniecznym ich boskiego zstąpienia. Pewnego nieomal pięknego dnia, co stanowi rzadkość w jego mglistej krainie, głośno wypowiada formułę. Po upływie kilku godzin przypadkiem rozwiewają się ostatnie chmury. W swej halucynacji wierzy, że widzi dokoła siebie Duchy gwiazdy wieczornej, które mu radzą, aby Piękno ożenił z Trywialnym. Po dłuższych medytacjach nad tą sugestią znajduje wreszcie tak upragnioną drogę i, jako śpiewak ludu, pisze swoje arcydzieło, w którym grubiaństwa bynajmnie nie przesłaniają świetności stylu.

 

            Młody Anglik Robert Cross ma siostrę bliźniaczkę Mabel. Często podejmują nieznanego poetę Oakburna, który, choć słaby i cokolwiek zużyty, kocha się w Mabel. Za każdym razem oczekuje nań na stole butelka z wymowną etykietą jego specjału, sławnego Vin du Horse Guard. Oakburn składa rymowany dialog miłosny między starym dębem a kwiatuszkiem, spragnionym pełnej oddania opieki. Posyła go umyślnie Mabel, pod tytułem umieszczając: PROLOG – słowo-zwiastun rzeczy, które dopiero nadejdą. Przejrzystość aluzji wywołuje śmiech Roberta i Mabel, którzy zgodnie postanawiają publicznie zakpić z groteskowego konkurenta. Robert rozśmiesza pokój pełen ludzi, bez cienia myśli o niebezpieczeństwie przysięgając wszem i wobec, że odda swoją bliźniaczkę Oakburnowi w dniu, w którym – obłędna supozycja – ktoś da mu hektara za wers. Oakburn zna strasznie bogatego i próżnego Drahama, posiadającego, obok innych dóbr, ogromne tereny uprawne, które inwazja pewnego mikroba na zawsze zmieniła w nieużytki. Adresuje doń wiersz naszpikowany pochwałami, prosząc w nim o wymarzoną stawkę, którą otrzymuje dzięki złemu mikrobowi i odurzającej perspektywie druku w poważnym piśmie. Nagle zgnębiony, Robert kryje się na widok siostry we łzach. Zbrojny w przysięgę przy świadkach, Oakburn pozywa Roberta, który, uciekając się do gry słów, twierdzi, że miał na myśli swoją lornetkę.[2] Z uwagi na jego wygląd i wiek, sędzia potępia Oakburna, a ten – wściekły – pod nosem wyzywa go od sprzedawczyków.

 

            Biegły w sztukach wojennych, pyszny król Ukrainy Badir III, który nigdzie się nie rusza bez okazałego orszaku dwunastu giermków, buduje potężną armię, aby podbić okoliczne narody i założyć imperium. Dotknięty śmiertelną chorobą, cudem wychodzi żywy, co umacnia jego wiarę w swoje przeznaczenie zwycięzcy. Rozjątrzeni płonnością swych nadziei sąsiedni królowie, być może przyszli wasale, deliberują – i pragnąc wykorzystać fakt, że w trakcie rekonwalescencji Badir potrzebuje rozrywki, posyłają mu lektorkę: szlachetną i piękną, antyukraińsko nastawioną Nellague, wyniesioną ponad wszystkie inne, która niezawodnie ma go oczarować. Odbierają akt przysięgi połechtanej wyborem Nellague – że przy pierwszej sposobności zabije groźnego pyszałka. Znakomity rekonwalescent bezzwłocznie ją przyjmuje, olśniony – wszakże samemu będąc pięknym i pełnym uroku, przyprawia ją o bicie serca. Pewnego wieczora jej czytanie go usypia i ta okoliczność rozpala w niej walkę – Nellague nigdy się nie rozstaje z ukrytym sztyletem – pomiędzy miłością a przysięgą, którą krzepi sławetna prawość jej przodków. Ostatecznie – wierna – zabija Badira – i natychmiast poddaje się losowi.

 

            Tenor Gléoc, trapiony doskwierającą mu szpetotą, święci triumfy dzięki legendarnie wysokiemu, wspaniałemu si, które traci podczas przeziębienia, jakie łapią on i jego żona – ona umiera, nie bez chytrze puszczonej przezeń pogłoski, że oto schodzi z desek ze smutku, a jego si pozostaje w mocy. Męka, jaką sprawia mu jego brzydota, spotęgowana pragnieniem obalenia przeszkód na drodze do ewentualnych przygód, skłania go do odwiedzin u czarnoksiężnika Brouce, którego cudownie wszechstronne procedury uczyniły sławnym. Brouce drogo sprzedaje mu łańcuszek z platynowym rombem, co niechybnie da parze jego oczu moc zgłuszenia każdej bez wyjątku kobiety. Odtąd nieodparty uwodziciel Gléoc musi już tylko eliminować – mając w nosie, że któraś z nich cierpi – te ze swoich wielbicielek, co go nudzą.

 

            Parlanda Furdeta poskutkowały jako pożądane wsparcie. Oblężeni wytrwali – a wróg, pewnego pięknego dnia, wycofał się z kwitkiem.

 

 

 

Tłumaczenie: Andrzej Sosnowski



[1] Tu będzie przypis.

[2]    Słowo jumelle (bliźniaczka) oznacza też lornetkę (często w l.mn.: jumelles) (przyp. tłum.).

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi