Cegła - Literatura - Proza - Poezja
WSPIERAJ NIEZALEŻNĄ TWÓRCZOŚĆ - PRZEGLĄDAJ REKLAMY GOOGLA
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1216, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 470, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 645, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 491, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 475, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 513, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 452, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 467, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 530, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 566, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 486, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 571, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 424, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 683, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 425, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 587, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 516, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 470, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 449, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 452, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 445, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 500, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 495, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 568, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm

Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Joanna Jakubik 

 

 

 

                                          BIAŁA WSTĄŻKA

 

 

 

Stała przy drodze w niebieskiej sukience. Biała kokarda we włosach, wyglądała jak wielki motyl na tle zieleni lasu. Mała dziewczynka przytulała do siebie pluszowego misia i coś do niego szeptała.

 

- Co tu robisz dziecko? -Wyciągam rękę aby ją dotknąć. - Skąd tu się wzięłaś? Mieszkasz niedaleko? Jak się nazywasz?

 

- A ty? Skąd się wzięłaś? Jeszcze nie wiem czy chcę cię zaprosić do siebie. Nie wiesz jak się nazywam? Przecież jestem Lucy.

 

Oczy dziecka patrzą na mnie bez lęku. Jest w nich coś, co przez chwilę mnie przeraża. Przecież to tylko zagubione dziecko, czego się boję? Skąd ja tu się wzięłam?

 

- Podoba Ci się mój miś? Miałaś takiego samego pamiętasz?

 

Ja miałam misia? Co ona mówi? Kiedy to było? Stoję z wyciągniętą ręką, niezdolna zrobić kroku.

 

- Pafnucy kocha Lucy, Pafnucy kocha Lucy.

 

Dziewczynka podskakuje biegając wokoło mnie. Obracam się i patrzę jak kokarda w jej włosach trzepocze przy każdym podskoku. Świat zaczyna wirować coraz szybciej, coraz szybciej....

 

                                                    * * *

- Zatrzymaj się, tam coś jest! - Kobieta odwraca się do tyłu i wypatruje czegoś, co mignęło na tle zieleni lasu.

 

- Wiesz, że nie mamy czasu na żadne figle. I tak już jesteśmy spóźnieni.

 

- Ty zawsze o jednym. Zawróć, mówię. Widziałam coś - kobieta niemal krzyczy, szarpiąc za rękaw mężczyznę.

 

- Uspokój się bo zaraz w rowie wylądujemy. Ech, te twoje przywidzenia. Pewnie stara opona, albo worek ze śmieciami. Mam zawracać, czy nie? Żebyś potem nie żałowała. Jak zawrócę to ci nie daruję. Mężczyzna śmieje się, jedzie dalej, ale zwalnia trochę.

 

- To była..., to była.... Sama już nie wiem, to niemożliwe. Jedź, może mam urojenia.

 

- To właściwie co ty widziałaś, grzybiarza? Do najbliższej wsi 15 km. Zupełna głusza? Może zwierzę jakieś? I tak nic z tego by nie było. Cholera spóźnimy się, Marek się wścieknie. Miała być ta... jak jej tam... Od niej zależy podpisanie umowy na wyjazd. Jak się spodobamy oczywiście. A ty zawsze musisz się tak grzebać.

 

- Marek sobie poradzi - kobieta mówi już spokojnie. - Nawijkę ma niezłą, opowie jakiś kawał, trochę później zacznie. Zdążymy.

 

                                                   * * *

Leżę na trawie. Pachnie wilgotną ziemią i igliwiem. Las? Dlaczego jestem w lesie? Przyjechaliśmy na wycieczkę? Miałam coś ważnego do załatwienia. To pamiętam. Spieszyłam się....

 

- Nie śpisz już?

Siedzi obok mnie ze swoim pluszakiem na kolanach. Kokarda jej się rozwiązała. Pewnie wtedy gdy tańczyłyśmy. Zdejmuje białą szarfę i kładzie obok  na w trawie.

Dlaczego leżę? Zakręciło mi się w głowie od tego wirowania?

To dziecko ma oczy staruszki. Dzieci mają łagodne spojrzenie, a ona przygląda mi się jakby badała moje myśli.

 

- Silna jesteś. Przytulisz mojego misia?

 

Pachnie lasem, ale nie widzę drzew. Wszędzie mgła. Spałam? Jak długo? Taka mgła jest przed świtem. Zaraz powinny obudzić się ptaki. Spałam całą noc? Niemożliwe. Wyjechałam z domu o trzeciej, to pamiętam. Ale po co? Spieszyłam się. Jest mi zimno. Cała dygoczę.

 

- Przytul mojego misia -to już nie jest prośba. 

 

- Nie chcę żadnego misia!

 

Dziewczynka podaje mi zabawkę i nagle robi się jasno. To słońce? Jest mi ciepło i dobrze. Mgła jednak nie znikła i czuję jak mnie otula. To teraz przyjemne uczucie. Dziecko uśmiecha się do mnie.

 

- Nie myślałaś, że to takie proste, prawda. Ale nie martw się. Na wszystko przyjdzie czas. Może teraz, a może jeszcze nie, zobaczymy. Czekaj. Tylko to możesz zrobić.

 

O nic już nie pytam, nic mnie nie obchodzi co się stało. Tylko ten dźwięk trochę przeszkadza. Miarowy, głuchy. Gdzieś obok. We mnie?

I ta melodia. Teraz znów ją słyszę.

 

                                                    * * *

 

- Nie ma jej, cholera jasna. W hotelu mówią, że wyjechała. Jej komórka też nie odpowiada. Dzwoniłem z dziesięć razy. Już dawno powinna tu być. Cały ten koncert tylko po to, żeby jakaś kretynka nas olała. Wpływy z biletów nawet połowy wydatków nie pokryją. Żeśmy się wypindrzyli dla okolicznych kmiotków.

 

- Cicho bądź Marek. Skąd wiesz, że wśród tych kmiotków nie ma kogoś od niej.

 

- Znowu? Już raz tak było. Ty wiesz jaka to dla nas szansa? Że też się trzeba liczyć z jakimś starym czupiradłem.

 

-Ty, weź się uspokój! To cud, że ona chce nam te koncerty zorganizować? Ma przecież lepszych wykonawców. Być w jej stajni to jak złapać byka za rogi.

W głosach obu mężczyzn słychać irytację, jeden z nich chodzi w kółko nie mogąc ustać na miejscu. Drugi próbuje zapalić Papierosa, ale gasi go widząc wzrok dziewczyny.

 

- Może się coś stało. Wtedy gdy nie mogła przyjechać, przysłała tego kolesia i dzwoniła przecież.

 

- Ty Mariola to  zawsze naiwna jesteś. Olała nas i koniec. Może dobrze, że nie przyjechała. Nie widziała jak fałszujesz i tracisz rytm. O czym ty myślisz kretynko. Znowu masz jakieś zwidy?

 

- Bo trzeba było się zatrzymać! Mówiłam żebyś stanął. Nigdy mnie nie słuchasz!

 

Dziewczyna stoi niezdecydowana i nagle zaczyna płakać. Zanosi się wprost od płaczu. Nigdy nie widzieli jej w takim stanie. Stoją obaj zaskoczeni.

 

- Wracajmy tam! Ja widziałam..., widziałam... Musimy tam wrócić!

 

                                                    * * *

- Jeszcze nie teraz. Już mi go możesz oddać.

 

Lucy wyciąga rękę i nie czekając na odpowiedź, zabiera Pafnucego. Próbuję go zatrzymać, ale to nic nie daje. Po co mi go dała skoro teraz zabiera?

 

- Nie odchodź, nie chcę być sama.

 

Znowu wszystko mnie boli. W głowie mi pulsuje i ten rytm. Słyszę melodię. To przecież mój telefon, a ja nie wiem nawet gdzie jest. Gdybym go znalazła, zadzwoniłabym, że się spóźnię. Tylko nie pamiętam gdzie jechałam? Nie mogę się ruszyć.

 

Dziewczynka odchodzi. Jest coraz dalej. Miś, odwrócony do mnie, macha łapką. Pluszowy miś macha łapką?! Co jest? Zwariowałam?

 

- Gdzie idziesz Lucy! Musisz mi pomóc!

 

Odwraca się, stoi tak ze swoim pluszowym misiem i patrzy, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Uśmiechnięta i nieobecna.

 

- Jeszcze masz czas. Jeszcze za wcześnie.

Szukają cię już. Dasz radę.

 

Zgubiła kokardę. Wiatr rozwiewa jej włosy. Za chwilę zniknie, zasłonią ją wysokie trawy i krzewy. Robi się coraz ciemniej, a ja zapadam się w tę ciemność i ciszę.

 

                                                    * * *

- Miała szczęście. Z samochodu niewiele zostało. Spadł z urwiska, a ona pewnie wypadła. Gdyby nie my - chłopak obejmuje zapłakaną dziewczynę - kto by ją znalazł w tej głuszy.

 

Pielęgniarka zdejmuje opaskę, owiniętą wokół rany. Uciska miejsce, z którego nadal płynie krew.

 

- I gdyby nie to, też  źle by z nią było. To pewnie pani szarfa.  Chce pani ją zabrać. Przydała się.

Pielęgniarka podaje dziewczynie zawiniątko.

- Czy może lepiej wyrzucę? Jest bardzo poplamiona.

 

- Nie, nie! Wezmę.

 

- Dostała środki usypiające. Zaraz ją zabiorą na blok operacyjny. Ale będzie dobrze, niech się pani nie martwi o mamę.

 

- To nie jest moja mama. Moja mama zginęła gdy byłam dzieckiem.

 

Dziewczyna płacze cicho. Teraz już może płakać. Od tamtego wypadku nie płakała ani razu. To było tak dawno, a jakby przed chwilą. Ciągle wszystko pamięta, każdy szczegół.  Wracała tam w snach. Nawet nie mogła o tym z nikim rozmawiać. Co miałaby opowiedzieć? Jak się czeka na śmierć kogoś bliskiego i nie można mu pomóc, bo samemu nie można się ruszyć? O tym jak wszędzie jest zimno i tylko miś jest ciepły. W to co widziała i tak by jej nikt nie uwierzył. Miś i biała wstążka. Ta sama?

Tym razem ją zdjęła, aby owinąć ranę, zatamować krwotok. Dlaczego nie zrobiła tego wtedy?

                           

                       

 

 Gautama de Mazan

Pikuś

 

Zimny dreszcz go przeszedł, kiedy usłyszał skrzek wron i stłumione, odbijające się echem ujadanie psów. Gdyby nie brudne dzieci, kopiące między starcami piłkę, myślałby, że to wymarła dzielnica, przedsionek piekła. Ale nie mógł zawrócić, bo puściliby się za nim jak żarłoczne psy, które wyczuwają strach.

Więc do przodu. Na widok młodego, o słusznej budowie mężczyzny z pieskiem, z psem – z dobermanem, poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Młody mężczyzna wyglądał, jakby z joggingu wracał, w dresach, w koszulce na ramiączkach, a te złote łańcuchy i bransoletki to być może za obciążniki służyć miały. A pies jakby wciąż niewyżyty. Ale zanim pan spacerowicz się zorientował, że być może lepiej by było na drugą stronę chodnika przejść, pies już doskoczył do jego nogawek.

- Pikuś – krzyknął przerażony właściciel. – Pikuś zostaw pana. Uspokój się, kochanie. Przepraszam pana, zapłacę za spodnie. Niech pan się go nie boi, on nie gryzie ludzi, tylko tak strasznie wygląda.

Ależ gdzie się pan takiego psa miał bać, zwłaszcza, że nacisk jego szczęk wynosi zaledwie kilka ton. Ale spodnie tanie nie były, więc trzasnął psa w głowę, co by go przepędzić, by puścił nogawkę. Pies nogawkę puścił. Ale na rękę się rzucił.

- Pikuś, przestań! – wołał właściciel. – Pójdziemy do domu, tam dostaniesz kolację. Pikuś! Ja pana naprawdę przepraszam, ale niech się pan nie martwi, on jest szczepiony. Zdezynfekuje pan ranę i wszystko będzie dobrze.

Pies jednak nie przestał. Zapach świeżej krwi pobudził w nim drapieżne instynkty. Szarpał coraz mocniej i coraz głośniej pan wrzeszczał z bólu. Wreszcie pies wyrwał mu rękę, która upadła na ziemię. Właściciel lekko zmieszany podniósł ją i wytrzepał.

– Przepraszam – rzekł – umyje się, przyszyje i będzie jak nowa. Chyba, że pan jej nie chce… Wziąłbym ją do domu, dla Pikusia, pobawiłby się. Pikuś! No chodź.

Ale pies Pikuś słuchać nie chciał i rzucił się do gardła. Krew trysnęła i rozbryzgiwała się na wszystkie strony. Struga dosięgła właściciela, który wytarł się z niemym uśmiechem i zawołał wymachując ręką spacerowicza:

- Pikuś! chodź, tutaj mam zabawkę. Zostaw głowę pana.

Pan próbował zwolnić uścisk diabelskiego psa, ale co mógł zrobić jedną ręką przeciwko takiej szczęce? Pies szarpał coraz mocniej. Przegryzł tętnicę, krew tryskała niczym z armatki wodnej. Wreszcie odgryzł i głowę, a wtedy ją porwał i wyrwawszy się ze smyczy pobiegł przed siebie. Za nim dochodził głos właściciela:

– Pikuś! Oddaj główkę, masz tutaj rączkę! Dobry piesek, wróć. Przepraszam pana, on się tak na ogół nie zachowuje, nie gryzie. Dzisiaj tylko coś w niego wstąpiło. Przepraszam bardzo. Pikuuuś!

 

 

Izabela Kawczyńska

 

 

 

 

„Aligatory. Sześciany zwierząt”

 

Miała w sobie coś z ryby. Zapach poniżej i pomiędzy, ostry i drażniący. Galaretowata konsystencja małży, napięty róż tkanki, faliste, miękkie kształty. Mówili o niej Gudrun – ryba.

Sąsiedzi nie lubili jej tupania na schodach, nieuzasadnionej radości podskoków lub przeciwnie, gnuśnego tarzania w oparach rozpaczy, tłuczenia o ściany jak wynędzniały wróbel; skronią o szybę, jakby grała staccato, jak kosmata ćma o szkło mlecznej lampy.

Pękaty akwizytor, pomyliwszy piętra, w przekrwione południe wpadł na nią i zgwałcił. A może zrobiła to nakrochmalona koszula, lepka od potu cienka szyja strusia, szorstkie dziobanie: rytmicznie, do krwi.

Ryba zawyła jak żywcem patroszona, poprawiła plisowaną spódniczkę i stoczyła się na złamanie karku, głową w dół po schodach. Cała Gudrun — sąsiedzi wzruszali ramionami zupełnie niewzruszeni.

Jak skandal wybuchło lato, a z nim godziny chorobliwego upału podchodzące do gardła codzienną porcją mdłości.

Jeśli gdzieś istniało morze, spienione fale jak małe rybki muskały dziewczęce łydki, chciwie lizały palce i stopy w prześwitujących koronkach wody.

Popołudnia wydane na pastwę słońca wysychały jak muszle rzucone w paszczę plaży. Zwiędnięte meduzy konały z gorąca w sypkich babach z piasku – kurhanach ze złota.

Bo słońce, owszem, ono jedno bez grymasu odrazy czy niechęci gapiło się na Gudrun z porcelitu nieba spieczonym żółtkiem, głodnym i skwierczącym. Jak kołyskę bujało rozżarzony błękit: na boki i w przód, na boki i w tył, aż błazen – żołądek wywijał koziołki.

W ułamkach roziskrzonych sekund świat przepływał pod płytkim płótnem skóry ławicami przedziwnych morskich stworzeń: mięsistych ślimaków, srebrnych węgorzy, muren, co rzucone w wodę rozwijały się powoli jak japońskie kwiaty.

W nocy meduzy spłoszone nagłym ruchem świeciły parząc się wzajem, fluoroscencyjne rybki mruczały transgenicznie. Jadeitowe żółwie, olbrzymy o szyjach z bibuły, śpiewały głębinową pieśń, miłosną piosenkę, której nikt nie słyszał.

Morze kołysało w rozedrganym łonie misternie rzeźbione lampiony, by rozświetlały drogę pijanym żeglarzom w pijanych żaglowcach na dnie.

Za dnia tylko słońce umiało świecić i rudzieć nad głową, i rosnąć, w promienie włosów wpleść się i śnić. Może o morzu, którego tutaj nie ma.

Jest poręcz, gładka i wilgotna, miejscami do mięsa wyszczerbiona. Są schody, po których można się stoczyć głową w dół. Jest brzuch dziewczyny spod siódemki z każdym tygodniem bardziej wydęty jak policzki czerwonoarmisty i równie brudny. Są dwa morza w oczach Gudrun, ale to za mało.

Ryba, jeśli oglądać ją nago, przypominała oswojonego suma. Twarz miała całą w brodawkach; nad szeroką wargą suto czerniły się wąsy. Z łuskowatego torsu piersi i łopatki wystawały jak płetwy. Żebra ruchliwe niczym skrzela rysowały się płytko pod skórą. Oddech drgał w niej konwulsyjnie jak w ciele szaleńca.

Wychudłe nogi potykały się o własną ościstą długość. Dłonie o pięciu palcach i odcieniu nieśmiałej zieleni przywodziły na myśl gęsty kożuch glonów: drgalnice, desmidie, i kto wie, być może za dnia stawały się jak one samożywne.

Nikt nigdy nie zobaczył jej nago. Z nikim nie rozmawiała i nie wiedziano: nie miała języka czy też nie znała ludzkiej mowy.

Może milczała, ponieważ nie było już nic do zrobienia. Wszystko zostało powiedziane, przekręcone, wyzute z sensu i znaczeń, i stało się ni mniej ni więcej – martwe.

Na przykład czasownik kochać: ja kocham cię, czy ty kochasz mnie, imperatyw kochaj! i ktoś kogoś też. Dialogi plastikowych kukieł. Rzężenie katarynek. Słowa wypatroszone, jak z wnętrzności, z sensu.

Nawet milczenie nosiło w sobie znamiona aktu odtwórczego, z dwojga złego Gudrun wolała jednak milczeć.

Zęby zagryzała z łatwością szczupaka, śliniła się jak węgorz myśląc czy raczej zmyślając, wyobraźnia bowiem rozrastała się w jej wnętrzu jak rak, zapełniając ją szczelnie guzami konceptów i wybornych planów.

Do spraw przyziemnych powracała z rzadka, opornie i z trudem. Mając wybór wybierała przepastny worek bezmyślności, wyzuty z myśli przepływ. Ten, owszem, pożerał ją łapczywie, wiecznie głodny. Rozrywał ją odśrodkowo muślin nocnych ławic.

Nikogo nie ciekawiły jej sprawy i trzeba powiedzieć wyraźnie: nie wzbudzała żadnych uczuć, ludzkich czy zwierzęcych, poza tym jednym razem, kiedy jej przeciągłe wycie, powtórzone echem w podwórzu kamienicy, odbiło się niesmakiem w ustach sąsiadów.

Nic w tym dziwnego. Któż bowiem, prócz psychopatycznych zboczeńców i opasłych samców, gustuje w ofiarach? A w zapleśniałych suterenach, za mlecznym zębem wybitej szyby, na klatkach ochrzczonych żółcią uryny, sami porządni ludzie.

Gudrun, trzydziestoletnia dziewica, jeśli nie liczyć gwałtu, nie znała nazw oraz imion własnych, łącznie z własnym. Świat bynajmniej nie oszczędzał jej z tego względu, przeciwnie. Zapadłe piersi regularnie falowały w rytmie histerii, feeria rozpaczy wywracała oczy, każąc im łypać obnażonym bielmem, gorączkowo, na wszystkie strony.

Spanikowana Ryba wilgotniała jak paszcze rosiczek wabiących owady; pociła się nieheroicznie, strosząc przy tym włosy jak mysz albo lemur, a właściwie, trzeba przyznać, pociła się zupełnie jak człowiek.

W jednym zręcznym posunięciu, leksykalnej ekwilibrystyce, mamy za sobą wysiłek ewolucji skondensowany jak mleko w tubce. Przeskoczyliśmy ptaki, gady, płazy, i już, znienacka, w linii prostej od ryb, pozornie znikąd – człowiek.

Nie wiem jak z resztą gromad, ale gady nie dadzą się pominąć zbyt łatwo. Co to, to nie. Bo tak czy owak im nie umkniemy, one tu jeszcze wrócą.

— Dziewczyno, nie możesz spędzić tak całego życia — raz jeden przemówił do Gudrun sąsiad, życzliwy światu idiota, wiecznie pijany, czterdziestoletni starzec. — Nie możesz zmarnować danego ci czasu zamurowana jak mniszka pomiędzy schodami, przyklejona jak komar do wilgotnej ściany. Musisz wyrwać się z siebie, rozumiesz? Za wszelką cenę trzeba się wydostać!

Nad głową biegały mu białe myszki, czas ostrzył sobie na niego zęby. Jeszcze tej samej nocy powiesił się na grubym pęcie liny. W ten oto sposób wydostał się z siebie. Widocznie nie znalazł żadnej innej drogi.

Nazajutrz drobna, zielonkawa dłoń zamknęła za sobą drzwi numer siedem i taszcząc z tygodnia na tydzień coraz bardziej brudny brzuch, ostatni raz zeszła po znajomych schodach. W końcu nigdy nic nie wiadomo, może na zewnątrz istnieje jednak morze.

Na zewnątrz czyhał na nią świat. Czas ostrzył zęby, białe myszki piszczały przez sen.

Po ciepłym, gwałtownym deszczu uliczka wiła się lśniąc jak skóra żmii. Kamienne łby kotów wystawały z ziemi srebrząc się jak łuski; blakły, migotały, kłuły w oczy. Odbicie odległego nieba zwielokrotnione w dziesiątkach płaskich kałuż.

Kurz zmyty z półotwartych okien i warg spływał niemrawo krętą rzeczką, która jak wąż sunęła donikąd, unosząc ze sobą ptaki i kamienie, rzeźbiąc w rozmokłej ziemi spienione szlaczki śliny.

Rośliny ciężarne od nadmiaru wilgoci słaniały się na wietrze, przeźroczyste i lepkie jak powieki gada. Cienie czmychały spod stóp zwinne niczym jaszczurki, w zieloność trawy ruchliwe poruszenia.

Ślimaki jak tłuste przecinki snuły się smętnie w gęstych kopcach śluzu, stożkami mięśni wędrując na oślep; widocznie zapomniały drogi do domu i teraz błąkały się bezdomne, taszcząc jak Syzyf, bez nadziei, walcowate ciała i zapiaszczone muszle.

Napuchłe dżdżownice, ruchliwe nitki mięśni, boleśnie wczepiły się w asfalt. Zanim spadł deszcz siedziały w ukryciu jak mali, śmieszni szpiedzy, co śnili pod ziemią zmarznięty sen o zimie. Obrzęknięte i sine zdążą jeszcze stąd zniknąć zanim zmierzch zapadnie nad nimi jak wyrok.

Brzuch, pękaty jak zachodzące słońce, stawał się z każdym krokiem cięższy i Gudrun nie wiedziała już czy dźwiga słońce czy brzuch.

Zmięta spódniczka oplątywała nogi; pot perlił się na łusce skóry słono spływając po plecach. Świat z wolna ulegał przemieszczeniu. Rzeczy zdawały się z gorąca gubić kształt, tracić należne sobie miejsce: słońce świeciło w brzuchu, brzuch puchł na niebie.

Maszerując jeden za drugim dziewczęce buty mnożyły się w dziurawą nieskończoność odbite w bezbrzeżnej kałuży nieba.

Za zakrętem wyrósł przystanek. Przystanąć, odpocząć, jeszcze usłyszeć jak szumiąc w oddali wykrwawia się morze.

Aligator, przebrany za autobus, rozkołysanym krokiem doczłapał się do pętli, na której wiatr wiał jak sirocco nanosząc tumany pyłu zamiast wiaty; gad z miękkim mlaśnięciem olbrzymiego cielska zatrzymał się ciężko sapiąc.

To sapanie wydało się Gudrun bądź co bądź nieco podejrzane; zawahała się instynktownie, ostatecznie wzięła w niej górę nawykowa bezmyślność. Na cienkiej linii krawężnika uniosła się na palcach jak linoskoczek, zatrzepotała rzęsami leciutko jak motyl skrzydłami i drżąc nad przepaścią świata zrobiła krok naprzód.

Mniej uważni twierdzili potem, że połknął ją przystanek. Bardziej świadomi uparcie zeznawali, iż pożarł ją autobus. Jednych i drugich zamknięto w pewnej państwowej placówce o przyzwoitym standardzie bieli, przybytku niezmiernie wygodnym, pomimo braku klepek i klamek, gdzie poprzyklejani do ścian przypominają dzikie niegdyś zwierzęta: kalekie ptaki, zaślinione mureny, zębate rosomaki, bestie wątpliwej reputacji posiwiałe od długich lat tresury.

I dziś zapewne, tak jak niegdyś Gudrun w oparach rozpaczy, tłuką katatonicznie w omszałe tynki, osowiałe ryjki wtulają w siebie wzajem; rosną im włosy i zęby.

Jeśli jesteście ciekawi, nie zwlekajcie dłużej, biegnijcie zaraz podejrzeć, popatrzeć.
Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi