Cegła - Literatura - Proza - Poezja
CEGŁA NR 16 ROULOTTE - ZAPRASZAMY NA www.roulotte.pl
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1203, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 465, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 630, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 480, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 466, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 507, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 442, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 461, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 523, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 556, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 477, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 564, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 419, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 678, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 417, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 583, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 510, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 463, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 439, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 445, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 438, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 482, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 489, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 561, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm

Grzegorz Giedrys

 

 

Grzegorz Giedrys

ur. 1979 roku w Olsztynie. Absolwent polonistyki UMK w Toruniu. W latach 1998-2004 pracował przy powstawaniu kwartalnika literackiego "Undergrunt". Wiersze, prozę i artykuły krytyczne publikował m.in. w "Kartkach", "Lewą nogą", *Nowej Okolicy Poetów", "Odrze", "PAL-u", "Portrecie", "Tytule". Mieszka w Toruniu, gdzie pracuje jako dziennikarz działu kultury w lokalnej redakcji "Gazety Wyborczej". W marcu 2006 r. toruński Teatr Wiczy wystawił sztukę na podstawie jego dramatu "Instant".

 

 

 

 

Wnętrza mojej byłej dziewczyny

Wnętrza, do których się już nie powróci. Pamięta się ich kompozycję, jeszcze chwilę unoszą się w tobie, ale wiesz, że zaraz wygasną. Musisz więc o nich napisać. Tyle ile pamiętasz.

Podwójne drzwi. Pierwsze z nich białe, podobne do wszystkich drzwi na klatce. Obok dzwonek z karteczką z nazwiskiem ukrytym pod kawałkiem plastiku. Napis zrobiono pewnie jakimś zmywalnym pisakiem, litery z niego schodzą, część już wyblakła. Na samym dzwonku jest wypukły symbol dzwonka. W ciemnościach wskazuje drogę do mieszkania, chociaż niepodobna go pomylić z włącznikiem światła. Na półpiętrze na bielonym wapnem parapecie stoją w donicach suche badyle. Sypie się ziemia sucha na popiół.

Wygląda na to, że wychodzisz. Ale dobrze, nich będzie - schodzisz po schodach. Ilekroć dotkniesz poręczy obitej plastikową, niebieską sklejką, drżenie rozchodzi się po całym budynku. Kilka razy je trącisz, a dźwięk zacznie narastać i przypomni dźwięk czegoś, co wspina się ciężko po schodach, ma zamiar wedrzeć się do mieszkania i zaskoczyć śpiących domowników. Betonowe schody mają zaokrąglone krawędzie, przysypane jakimś proszkiem. Jesteś na parterze. W drzwiach gruba szyba zbrojona drutem. Niewiele przepuszcza światła, w tym miejscu zawsze panuje suchy półmrok, ogrzany przez kaloryfer. Wychodzisz z klatki. Na domofonie dwa przyciski stopione, nadpalony kawałek zapałki między resztką przycisku a obudową. „Dla Elizy”, tak tu jest dla Elizy, w bloku obok jest „Love Me Tender”. Jej ojciec wydzwaniał zawsze pełne cztery takty.

Nie wychodź jeszcze, wróć. Jesteś pod tymi drzwiami, podobnymi do innych drzwi. Mógłbyś uwierzyć, że tak wygląda alegoria drzwi, platońska ich idea. Białe, nierówno pomalowane, w niektórych miejscach przebija kolor drewna, czy raczej tej płyty, z której te drzwi zostały zbite. Naciskasz na klamkę, na ideę klamki. Klamka powinna być z aluminium, aluminium jest lżejsze od powietrza i otwiera niebiosa. Widzisz cięższe drzwi, charakterystyczne prostokątne wypukłości. Są czerwone, to żywa czerwień. Zamiast klamki - gałka, ciężka i nieporęczna. Drzwi zewnętrzne mogą otworzyć się tylko na zewnątrz, wewnętrzne dają się jedynie wepchnąć. Gałka jest tylko z jednej strony, gdy jesteś na klatce, za niezamkniętymi drzwiami zewnętrznymi ciągniesz za nią. Zamek zatrzaskuje się, gdy zamknie się drzwi, nie trzeba nawet przekluczać. Wtedy zaczyna pracować wyobraźnia i widzisz, że klucz został na stole w kuchni. Znikąd ratunku. Ojciec wróci za kilka godzin z pracy, czeka ciebie kilka godzin poznawania schodów i wycieraczki. Liczenia szczebli w poręczach. Nasłuchiwanie który sąsiad włączył odkurzacz lub telewizor, który spuścił wodę. Słuchanie, jak woda płynie w ścianach, jak w murach płynie brud, kurz, złuszczony naskórek, litry gówna. Podnoszenie się na każdy dźwięk otwierających się drzwi na klatkę.

No dobrze, nie wychodź. Chcesz wyjść, to widzę. Wróć. No dobrze. Wejdź. Jest cicho, słychać tylko lodówkę, jak chłodna woda obraca się między mięsem a mlekiem. Pchnij te drzwi. Okna są zamknięte, nikt tego zamknięcia nie usłyszy. Jest cicho. Okno w kuchni wychodzi na północ, wychodzi na plac zabaw. Wychodzi na siatkę ograniczającą boisko do piłki nożnej. Kilka razy siedziałeś na wilgotnej ławce i słuchałeś bawiących się dzieci. Czekałeś.

Jesteś w środku, nie musisz na nikogo czekać. Drzwi same ustąpiły. Światło w kuchni jest nieco żółtawe - siatka broni przed owadami. Jest właśnie żółta, przepuszcza tylko żółć. Ściany są czerwone, czerwone jak drzwi. Nie widać ani kawałka bielonej ściany. Wszystko wybite w drewnie, wybite w czerwonej boazerii. Jest żywa jak drzwi. Chcesz wyjść. Z uporem powraca ta chęć. Ale nie możesz się wycofać, skoro tak daleko zaszedłeś. Równe i szerokie drewno boazerii. Spod czerwieni wystają sęki, wystają słoje. Gdybyś miał trochę więcej czasu, mógłbyś policzyć, ile lat ma ten szkielet, który obrósł kuchnią. Między deskami gruby, pleciony, lniany sznur. Czerniony. Na takim sznurze sprowadza się na dół grobu trumny, taki sznur zostaje w grobie. Białe rękawiczki, złożone jedna w drugą też. Tak, to musi być ten sznur. Sznur żałobny, jak kondukt, ciągnie się mocny. Podtrzymuje kuchnię, podtrzymującego mięśnie matowej boazerii.

Jest żółto i słońce wędruje po ścianach. Wydajesz się też żółty. Ale gdy staniesz na linii światła, staniesz na jego miejscu, twoja skóra czerwienieje. Czerwienieje jak ten mięsień. Przesuwasz dłoń bliżej, aby stała się czarna jak sznur. Jak ta melancholia, jak to miejsce, które istnieje z daleka od ciebie i w którym byłeś na pewno po raz ostatni. Tu jesteś w istocie. Za tymi drzwiami podobnymi do innych drzwi. Za klamkami lżejszymi od powietrza. Jesteś tu. Obracasz się i oglądasz swoje dłonie. Są lżejsze od powietrza, są klamkami, otwierają i zamykają.

Jest cicho. Płyny w lodówce krążą, w tym żyłotoku, i chłodzą. Mieszają ze sobą schab i twaróg, dżem i makrelę. Posadzka jest zimna, stoisz w butach, ale czujesz jak to zimno unosi się od twoich stóp. Jest coraz wyżej, za chwilę obejmie kolana. Starasz się te kolana rozchodzić, aby stawy nie zlodowaciały, nie pokryły się szronem. Posadzka jest zimna. Żaden krok nie odcisnął się dźwiękiem. Zimno w lodówce dotyka jajek i warzyw.

Jest już lepiej. Patrzysz na sufit. Przeżywasz to i uczestniczysz. Sufit wygląda tak samo jak ściany. Czujesz te plamy tłuszczu. Trzymają się tej grawitacji, grawitacji drzwi, mięśnia i konduktu. Żałobnika w przyciemnionych okularach, grabarza pijanego o włosach pijanych od czarnej pomady. O ćwiczonej powadze. O powadze doskonałej, o idei powagi. Wolisz mówić o śmierci, o jej ceremonii. Zapominasz o wnętrzu, które rozkopujesz sam w sobie. Szafki są czerwone i mają takie same kasetony jak drzwi. Na drzwiach wewnętrznych i czerwonych był napis. Zapomniałeś o tym powiedzieć, o tym sobie przypomnieć. Więc niech ja to powiem. Był tam napis. Był tam inicjał. B.E. - jakiś prosty teutoński gotyk.

Ale zapomnij o ludziach, którzy tu mieszkają. Dziś interesują ciebie tylko wnętrza, bo czy byś mógł bezkarnie tu wrócić, gdyby to miejsce ktoś jeszcze zamieszkiwał? Nie można łatwo zaludnić miejsca, które ty teraz wyludniłeś i poruszasz się w nim bezkarnie. Nie ma nic szczególnego doprawdy w tym pomieszczeniu? Nie ma lodówki, w której namacalnie i głośnie krąży chłód? Dobrze. Nad stołem wisi stelaż z lampą. Choćbyś nie wiem, jak długo miał myśleć, jak długo zaklinałbyś, nie przypomnisz sobie, jak ta lampa wygląda. Czy ma abażur, byle skromny? Czy nad stołem unosi się nieosłonięta żarówka? Nie wiesz. Czujesz się tutaj coraz mniej pewnie. Tracisz powoli to pomieszczenie. Patrzysz więc w inną stronę.

Palniki, przy ścianie, zaraz obok drzwi wyjściowych. Nie ma przedpokoju, tutaj go nigdy nie było. Poprzez podwójne drzwi, od razu z korytarza wchodzi się do kuchni. Z bielonego korytarza do pożółkłej kuchni. Może od tłuszczu z sufitu, może od siatki przeciw owadom między szybami. Naderwanej, z kilkoma wysuszonymi muchami. Muchy tutaj zwykle nie dolatują, trzymają się pewnej wysokości. Czasami ćma zaplącze się w oczy tej siatki, zaplącze się w tłuszcz, wyglądający jak plastry miodu. Okap nad palnikami, tłusty. Kilka przycisków. Trzy do wentylatorów, dwa do świateł - do tego zapomnianego źródła umocowanego na drewnianym stelażu, jedno na panel wyrastający zaraz obok zlewozmywaka.

Jest czysto. Pod zlewem z dwoma komorami śmietnik. Brązowy i żebrowany, wyściełany czarnym workiem na śmieci. Czarnym jak sznur żałobny, trumienny. Jedna komora zlewu na brudne naczynia, w drugiej płucze się czyste naczynia. Prosta organizacja, prosty odruch. Lewa ręka myje, prawa ręka płucze. Lewe oko myje, prawe oko płucze. Niezachwiana symetria, niezachwiany podział. Zlew nagrzewa się czasami od kuchenki, teraz jest zimny i niezachwiany. Woda w brudnych naczyniach się nagrzewa, odżywają resztki. Łączą się smaki. Mleko kipi. W prawej komorze, w prawej ręce i w prawym oku wszystko się suszy. Panel jest czysty, nie ma żadnych sztućców. Poniżej blatu krajalnica do chleba. Nie pamiętasz marki. Zacinającej się marki, ostrej marki, która powoli swoim ostrzem napoczyna plastikową obudowę. Gdy podniesiesz firankę, a krajalnica jest zaraz obok okna, zobaczysz okruchy. Żywe kultury chleba. Powoli zasychające się w sobie. Wszystkie z razowej mąki, wszystkie z tej samej piekarni, z tej samej formy. Niezachwiana organizacja.

Za oknem siedzisz na ławce i oglądasz, jak dziewczynka bawi się na huśtawce. Nogami odpycha się w powietrzu. Wychyla się. kiedy jest daleko od ciebie, myślisz sobie, że ona się huśta tylko dla ciebie, patrzycie sobie w oczy. Macie po pięć lat. Bawicie się w dom i rodzinę, co noc macie noc poślubną. Sypialnia jest zaraz za krzakami dzikiej róży. Koleżanki i koledzy z podwórka niby odwracają wzrok, idziecie do pracy, w pracy nie jest tak źle, opowiadasz kolegom, na czym polega ciało żony. Żona opowiada koleżankom, że ciała mężów są zabawniejsze niż ciała żon. W pracy jest się krótko, mało się zarabia, żona robi kotlety z błota i piasku. Surówkę z trawy. Bijecie dzieci, aż gubią guzikowe oczy, aż wyłysieją, aż odpadną im plastikowe głowy. W domu mówisz, że w pracy było ciężko. Nie macie o czym ze sobą rozmawiać, więc czekacie na noc, kiedy wszystko będzie jasne. Oczywiste. Będzie znów noc poślubna i nazajutrz obudzicie się i nawet nie będziecie pamiętali, czy wszystko to się zdarzyło.

A teraz ona się huśta, widocznie jest weekend. W weekend można się huśtać, dzieci leżą pod huśtawką. Obwąchuje je pies, próbuje wgryźć się w ich plastikowe włosy i zbyt duże głowy. Ona dalej odpycha się od powietrza. Lubisz na nią patrzeć, siedząc na tej ławeczce, wilgotnej i butwiejącej. Gdy będzie cieplej, ławeczka się rozpadnie. Patrzysz głębiej w oczy żony. Patrzysz na jej uda, są mleczne. Wiesz, że należą do ciebie i tej pewności nikt w tobie nie zachwieje. Odpycha się dla ciebie.

Jesteś w środku, jesteś wewnątrz. Patrzysz przez wysuszone owady na żółtą sukienkę dziewczynki, na żółtą jej skórę, na żółtawą trawę, w tej żółci nawet ławka nie wydaje się tak zielona i wilgotna. Lodówka się wyłączyła, chłód spływa. Zamrażają się dżemy. Odmrażają się nogi zwierząt. Odmrażają się azotany i pleśń. W kuchni jest centrum, jest serce. Są drzwi. Jest ściana czerwona od mięśni, żyłowana żałobą. Jest szyba, żółta od wysuszonych owadów. Żółta od plastrów tłuszczu. Wszystko powraca powoli na swoje miejsce. Sufit nie jest pełen czerwonych kasetonów, wypukłych, żyłowanych żałobą. Jest pokryty ciężkimi belkami, widać kawałki muru, ale zakryte jakąś seledynową farbą. Widać to, wszystko powraca na swoje miejsce.

Możesz się uspokoić, bo żarówka jest osłonięta przez pierścienie z masy perłowej, nałożone na siebie cylindrycznie. Z imitacji masy perłowej. Z taniej, lekkiej imitacji. Jak białe kłamstwo, jak niewinna zdrada. Łazienka? Pokój? Można tam dotrzeć przez mięśnie i żałobę. Wchodzisz do pokoju, który leży najbliżej drzwi wejściowych. Jest ciemno, nawet nie czuć zapachu tej ciemności, zapachu śpiących ciał, zapachu przesuwających z nich z wolna snów. Czarne czarne zasłony przykrywają czarne czarne okna. Na czarnych czarnych meblach stoją książki w czarnych czarnych okładkach, czarne czarnych sprzęty w czarnych obudowach. Tapczany przykryte czarną czarną narzutą. Baśniowe.

Przy jednej ze ścian z cegieł związanych lekką, pomalowaną na seledyn zaprawą, ułożono kominek. Wewnątrz kilka nadpalonych drewienek. Ktoś węglem drzewnym dla niepoznaki zaznaczył palenisko. Kiczowate figurki z kości słoniowej. Słonie podnoszące trąby. Kość słoniowa i zrobione z niej postaci słoni to wielkie synekdochy, to fraktale, gdzie najmniejsza część odpowiada całej strukturze. Na ścianach przecięte ze sobą miecz i szabla. Pośrodku pordzewiały hełm z czasów ostatniej wojny, dokładnie na potylicy ma otwór, w którym niegdyś zabłąkała się kula.

Wracasz na chwilę do kuchni. Przecież zaraz nad tą krajalnicą wisiał kiedyś telewizor, wydawało się, że wisiał. Na półeczce umocowanej zaraz pod sufitem. Telewizora nie było jedynie w łazience. Wszyscy domownicy mieli ten problem – z początku gdy telewizor pojawił się pod sufitem, karki bolały od patrzenia. Później z każdym dniem mięśnie się rozciągały. Oglądali telewizję, jedząc w ciszy. Zadzierali głowy, patrząc w talerz telewizora. Mięśnie rozciągnięte, mogliby obracać głowami dokoła szyi. I ten wzrok jak mięsień. Przypomina ci się, że te deski są pociągnięte farbą, która zabarwia się nasienie bydła. Tak jest, nasienie bydła. Dobrze sobie przypominasz. Chyba o to chodziło.

Wróćmy do pokoju. Ciemno. Dopiero teraz chyba zrozumiałeś, że każde pomieszczenie jest utrzymane w innej kolorystyce. Czerwona i żółta kuchnia, nasienie i tłuszcze; pokój - czarny jak sznur, na którym opuszcza się trumnę. Czarny jak żałoba, jak kondukt żałobny. Jak płaczki pogrzebne. Jak dobry Jezu a nasz Panie. Wszystko czarne, pociągnięte czernią, czernią nie do ogarnięcia, której przesnąć nie można. Światło jej nie zamknie w konturze. Półki z klasyką literatury, półki z sienkiewiczami i konopnickimi. Półki z mein kampf wydanym na biblijnej bibule. Półki z podręcznikami budownictwa, półki z konstrukcją maszyn parowych i mostów.

To nie jest ten pokój, wychodzisz z pogrzebu. Patrzysz teraz na sznury, trumna już pod powierzchnią wzroku. Teraz wzrok jak mięsień. Jesteś w łazience. Sufit jest wyłożony płytą, na którą naciągnięto drugą zwierciadlaną płytę. Optycznie powyższa łazienkę. Przybory do golenia, pasty do zębów. Żyletki na wysokości wzroku dziecka. W szafce nad zlewem płyn do mycia protez. Wstydzi się i chowa się za włącznikiem wentylatora. Cicho rzęzi. Klapa od ustępu zawsze spadała, pamiętasz? Trzeba było podtrzymywać ją kolanem. Małe oczko. Krople moczu na podłodze. Na granatowej podłodze. Wszystko tu w granatach. Inna kolorystyka.

Pierwszy raz znalazłeś się tu już po pięciu minutach, odkąd przyszedłeś do mieszkania. Taki wstyd. Później zmieniła temat - na perspektywę, to lustrzane sklepienie, pod którym oddanie moczu przypomina eucharystię. Wygląda jak te deum laudamus. Jakże piękne jest serce Chrystusa, jakże piękne są jego myśli. Czy Chrystusowi, gdy już pokazał się swoim uczniom, zasklepiły się otwory po gwoździach? Czy to napięcie powierzchniowe uniosło jego święte kroki ponad bezmiarem wód?

Wejdźmy może do pomieszczenia, w którym nie byliśmy. Jest niebiesko. Niebieska kołdra, niebieski dywan, niebieski dywan przybity gwoździami do ściany. Na nim wzory deklinacji łacińskiej, wzory łacińskiej składni. Na nim słodki, kiczowaty obrazek Matki Boskiej z Dziecięciem. Jest podpis, ale nie możesz go przeczytać. Może być to Jezu ufam Tobie, może być to pod Twoją obronę uciekamy się, lecz zarósł on w twojej pamięci. Nie ma na ten napis już miejsca. Zastąpiło go jakieś imię lub tytuł książki. Ale pamiętasz kolorystykę tego rysunku. Pastele, lekko rozwodnione, tylko twarze pociągnięte mocniejszym przyłożeniem pędzelka. Bo do rysowania szczegółów twarzy są małe pędzelki, pędzelki grubości włosa do pociągania włosów. No i łóżko, na nim niebieska narzuta. Miła w dotyku. Znasz ją i jej zapach, który pachniał później wnętrzem tej, która ten pokój zamieszkuje. Pachniał jej potem, odciskał się na tym kocu cały obrys jej ciała. Święty całun, tak go czciłeś. Teraz zauważasz, że jest niebieski.

Śniło znów ci się, że tam wróciłeś. Nie wiedziałeś, co powiedzieć jej rodzicom, jak samemu sobie wytłumaczyć swoją obecność w tym mieszkaniu. Ale oni potraktowali ciebie, tak jakbyś w ogóle nie odszedł na zawsze. Potraktowali ciebie jak starego domownika, któremu należy się miska strawy i dobre słowo. To był dziwny sen. Wszyscy byli ubrani w nim jak w starym kinie. Mieli inne twarze, jakby ktoś się pomylił w obsadzie. Ale to byli oni. Zauważyłeś, że nic się właściwie nie zmieniło w wystroju, poza jednym szczegółem. Panu domu zdjął ze ściany jedną ze skrzyżowanych ze sobą szabli i przypasał ją do swojego boku. Tak chodzili wokół ciebie, klaskali dłonie, a gdy zaklaskali, wbiegali czarni słudzy i wnosili półmiski z potrawami. Dobrze, to był tylko sen. Meble były białe, niewinne. Nie nosiły ze sobą śmierci i inseminacji. Nosiły ze sobą strach przed płodnością i testy ciążowe ukryte głęboko w białych szufladach.

Kiedyś pijany powiedziałeś jej, że boisz się tylko dwóch rzeczy: życia i śmierci. Nie wyjaśniłeś jej, co to oznacza. Nie powiedziałeś, że liczysz dni do jej miesiączek, że to odmierza ci czas. Czy wiesz, że miesiączki kobiet mieszkających w jednym pokoju po pewnym czasie się zrównują? Czy wiesz, że ta, która dominuje, panuje również nad nocą, czasem i miesiącem? Miesiączka tej słabszej się przesuwa, kobieta niepokoi się. Brzuch zaczyna twardnąć, wyobraźnia nakazuje przeżywać jej młodości nad ranem, pochylać się nad muszlą, czytać ulotki testów ciążowych, uczyć się ich na pamięć, szanować swój poranny mocz. Miesiączka tej silniejszej jest jak zegar, ona właśnie niezmiennie oddziela to, co kategoryczne, od tego, co małe, słabe i kruche. A pamiętasz ten lęk, ten pierwszy lęk, który towarzyszył wam od początku? To, że za poruszaniem się w mięsie stoją wielkie instytucje ojcostwa i małżeństwa?

Pamiętasz nawet tamtą pościel, pamiętasz nawet tamten koc. Pamiętasz figurki z masy solnej. Jedna z nich przedstawiała łosia z rewolwerem. Zawsze kupowałeś badziewie na jej urodziny, na kolejne rocznice. Nieważne było, że drogie czy tanie; ważne stawało się to, że było to łatwe. Łatwy prezent na urodziny i kolejną rocznicę. Wchodziło się do sklepu z badziewiem i brało się szkaradną figurkę, te najbardziej szkaradne nadawały się do tego najlepiej. Dawało się, a ona mówiła, że słodko, i cieszyła się, i stawiała obok innych szkaradzieństw z masy solnej. Cała kolekcja urodzin i rocznic. Cała kolekcja walentynek z podstawówki. Ona i ja na zdjęciu - jakby cali z pluszu. Podłoga z sośniny. Odkształcająca się po każdym kroku, wszystkie sprzęty na gumowych nóżkach, byleby tylko nie zarysować i nie wgnieść. Te sprzęty rządziły zwyczajami. Gdy nie mieli co zrobić ze swoim życiem, przemeblowywali mieszkanie. Niebieskie żaluzje, rzadko kiedy odsłaniane.

Coraz mniej pamiętasz, coraz więcej mija. Radio ustawione cały czas na jedną stację. Radio Zet, bo rmfka daje za dużo basu. Sąsiadom na dole drży obraz w telewizorze. Powinni im płacić za tę wierność i dyscyplinę. Ich dłonie na razie tylko swędzą. Później wyrosną na nich stygmaty.

Grzegorz Giedrys

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi