Cegła - Literatura - Proza - Poezja
KONTAKT: redakcja@magazyn-cegla.net *** gg: 1926915
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1206, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 466, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 631, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 483, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 469, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 508, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 443, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 462, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 524, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 557, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 478, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 567, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 420, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 679, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 418, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 583, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 510, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 464, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 444, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 447, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 441, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 484, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 491, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 562, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm

Błażej Przygodzki

Błażej Przygodzki

 

Marzenie

 

Pokój jest mały i połączony z kuchnią bez okna. Winylowa tapeta w zielone kwiaty odchodzi w kilku miejscach, odsłaniając żółte plamy popękanego kleju. Z konstelacji mlecznych dróg na szarym suficie zwisa kabel zakończony żarówką.  Słabe, białe światło skrywa szczegóły kątów i zakamarków. Mimo to widać tłuste plamy na beżowym dywanie, mozaiki z kurzu i wszechobecną sierść domowego zwierza.

W zapadniętym fotelu ustawionym pod ścianą siedzi ktoś. W jednym kapciu i dziurawej skarpetce. Wiek trudny do określenia, choć na pewno jest młodszy niż wygląda. Na wydatnym brzuchu, nieskrywanym przez chiński podkoszulek, leży pilot. Przy każdym oddechu podnosi się wraz z galaretowatym cielskiem. Mężczyzna nie ma pracy, ale ma telewizor. I choć wydaje się całkowicie pochłonięty tym, co w nim widzi, nerwowo kręci barkiem i wykrzywia usta. Podrapałby się po stopie, ale obie ręce są zajęte. W jednej spoczywa piwo, w drugiej nadgryziona kiełbasa śląska.

— Wieśka! Swędzi mnie noga! Chodź, podrapiesz, babo.

— Zaraz, zaraz – u progu kuchni staje kobieta — Obiad Ci robię, stary! – krzyczy, gderliwie wyciągając papierosa z ust.

Kłęby dymu wyglądają jak okna dialogowe w komiksie.

Popiół spada na podziurawiony i śliski fartuch. Prawdopodobnie nic pod nim nie ma, bo ze wszystkich szpar wystaje spocone, grube ciało.

Facet pociąga nosem. Zapach przypalonego tłuszczu i smażonej cebuli sprawia, że robi się nerwowy. Ma ochotę rzucić kapciem, ale został mu ostatni. Zamachuje się kiełbasą niczym kijem, albo maczetą.

— Powiedziałem Ci, podrap! I przynieś piwo, bźdźwiągwo. Jesteś taka, jak twoja matka!

— Czas minął — kobieta nagle się prostuje i zdejmuje ręcznik z włosów. Zmęczenie znika w oczach, a wory pod nimi parują jak przekłute baloniki.

— Jeszcze chwilę, proszę.

— Przykro mi, mam następnego klienta.

Zawiedziony posłusznie wstaje z fotela i idzie do łazienki. Rzuca ostatnie łakome spojrzenia, aby nakarmić się nimi w chwili kryzysu. Zdejmuje podkoszulek i silikon przyczepiony do brzucha. Starannie wacikiem zmywa z twarzy sadzę, strzepuje łupież. Uśmiecha się do lustra lubieżnie lecz ze wstydem.

Po prysznicu zakłada szary, dwurzędowy garnitur i pedantycznie poprawia pomarańczowy krawat. Dobrze mu w ciepłych kolorach. Tak przynajmniej twierdzą pracownicy.

— Cudownie było — mówi, kładąc pieniądze na fotelu. — Premia dla Ciebie.

Szybko opuszcza pomieszczenie. Wyrzuty sumienia potrafią dopaść jak alergia  na witaminę C.  Schodami idzie w dół. Piętro niżej jest recepcja. Stylowa, przystrojona dyskretnym, różowym oświetleniem. Na ścianie płótno przedstawiające jelonka na rykowisku. Słońce zachodzi, więc zmienia barwę. Piękny obraz. Szkoda, że nikt się pod nim nie podpisał. Starsza kobieta, która potrafi zachować dyskrecję, spuszcza skromnie wzrok.

— Czy wszystko w porządku? — pyta z troską.

— Oczywiście, Madame. Usługa na najwyższym poziomie. Gdybym tylko mógł, polecałbym wszystkim.

— Proszę pamiętać, że za tydzień zamówił Pan usługę ekstra.

— Pamiętam. Czy wszystko przygotowane?

— Proszę się o nic nie martwić – uspakaja starsza kobieta, która potrafi zachować dyskrecję. 

Mężczyzna opuszcza budynek na uboczu i wsiada do srebrnego Volvo 440. Ryzykiem jest parkować tak blisko, ale to dodatkowy element gry. Do domu ma zaledwie kilka przecznic. Jedzie powoli, rozkoszując się zapachem kwiatów z pobliskich ogrodów. Po chwili pilotem otwiera bramę i wjeżdża na kostkowy podjazd. Gdy jest pusty, można tam grać w tenisa. To był pomysł żony.

 Pies wyczuł już obecność gospodarza i szczeka radośnie. Stary labrador owija się niebezpiecznie wokół nóg. Łatwo stracić równowagę.

— Witaj, kochanie. Co tak późno? — żona obejmuje go przyjaźnie.

Całuje delikatnie, żeby nie rozmazać szminki. 

— Miałem zebranie — odwzajemnia pieszczotę i odkłada torbę, chcąc przywitać się z dziećmi.

Tomek i Agatka obwieszają ojca, jednocześnie krzycząc do ucha. To zabawne ile informacji są w stanie przekazać w minutę.

— Myj ręce, obiad już gotowy — śmieje się kobieta. — Pamiętaj, że dziś idziemy na kolację do Koniowalskich.

Mija wieczór. Nastaje noc. Żona w szarych pończochach i gorsecie długo i namiętnie mówi mu dobranoc. Wreszcie zasypia. On nie może. Patrzy na nią i ma wyrzuty sumienia. Nie potrafi jednak przestać tego robić, a następny piątek już niedaleko.

Tydzień później od rana podniecenie rośnie jak ciśnienie. Roztargniony w domu, zupełnie nieskupiony w biurze. Nie zwraca uwagi na podrywającą go sekretarkę, awans przechodzi obok nosa w porze obiadowej. Punkt czwarta jedzie poza miasto. Dostał dokładną mapę, więc nie będzie miał problemów z trafieniem. Wreszcie jest na miejscu. W szczerym polu atrapa jego domu. Tylko kawałek płotu i pierwsze piętro, ale wystarczy. Postarali się nawet o psa, którego szczek wydobywa się z wnętrza gospodarstwa. Drżącymi rękami naciska klamkę. W drzwiach stoi uśmiechnięta kobieta zadziwiająco podobna do żony.

— Co tak późno? — pyta ciepło.

— Gówno Cię to obchodzi! — odpowiada, trzaskając drzwiami.

Światełko

              Mijały minuty. Oczy Koksa nie mogły przyzwyczaić się do wszechogarniającej ciemności. Dziwne to uczucie, gdy istnieje świadomość własnego ciała, a nie można dostrzec nawet jego zarysów. Zamykał i otwierał powieki sprawdzając, czy na pewno nie ma żadnej różnicy. Dotykał rękami nóg, głowy, ramion, aby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu.

W pewnym momencie czerń przestała być absolutna i doskonała. Pojawiła się w niej dziura, wyłom, szpara. Nie mogło być mowy o pomyłce, czy też halucynacji. Na końcu było światełko. Światełko w tunelu. Maciupeńka jasność, oczko w pończosze nocy. Z wdzięcznością przyjął ten kierunkowskaz. Ruszył, z impetem osiągnąć cel. Niepewnie wyciągał nogi w obawie, że wpadnie do jakiejś dziury.

Szedł znacznie dłużej niż przypuszczał. Co rusz potykał się o przedmioty pozostawione przez tych, którzy przed nim pędzili do celu. Kaleczyły go boleśnie  parasolki, wózki inwalidzkie, szkła okularów. Zaciskał bohatersko zęby, bo jedno było pewne — miejsce przeznaczenia jest coraz bliżej. Wszystkimi zmysłami pojmował, że klimat zaczyna się zmieniać. Poświata rosła – była coraz większa, silniejsza, cieplejsza. Podniecony przyspieszył kroku, aby po chwili stanąć jak wryty.

Jasność nie była wyjściem, ale wielką, bladą dupą.

 

Czarny Kruk

 

            Wokół książki leżącej na biurku zebrał się spory tłumek. Zacne grono z wyrazem najwyższego obrzydzenia trzyma przytknięte do twarzy szmaciane chusteczki.

Nie ma wątpliwości, ta książka śmierdzi! – mówi profesor Korbaliński przez zatkany nos.

Zgadza się – potwierdza docent Kwiecień – ciężko przebrnąć przez początek.

Na pewno nie nasączono jej żadną substancją?

Nie. Chemicy są pewni. Zwykła celuloza, klej i farba offsetowa. Zero obcych składników.

No cóż, wysyłamy do Związku Literatów Polskich – profesor Korbaliński w wyraźną ulgą opuszcza gabinet.

              Mija miesiąc. Zespół złożony z najwyższego sortu historyków literatury, prozoznawców i kulturoznawców ogłasza werdykt. Powieść jest ok. Śmierdzi coś w zakończeniu.

 

 

 

Marchewka

Kryzys urodzaju spowodował, że stała się ona przedmiotem pożądania. Na rynkach całego świata ceny marchewki szybują jak balonik napełniony helem. Niewidzialna ręka rynku czyni cuda. Marchewka jest droższa od kawioru, ropy, złota, platyny i mikroprocesorów. Dopóki nie wróci urodzaj, nic nie zapowiada detronizacji. Powoli zmienia się finansowa mapa świata. Kraje rolnicze przeżywają rozkwit i renesans. Warzywo staje się symbolem dostatku, luksusu i siły.

Na prestiżowych zawodach sportowych zwycięzcy, oprócz złotego medalu, otrzymują reklamówkę marchewek. Triumfatorowi tegorocznego wyścigu kolarskiego Tour de France założono karotenowy wieniec na głowę. Twórcy Jamesa Bonda dostają Oskara za remake odcinka z Seanem Connerym, pod tytułem „Marchewki są wieczne”.

Spekulanci twierdzą, iż ładne słońce i wiosenny deszcz spowodują, że wysokie ceny załamią się. Nic bardziej mylnego! Rząd Polski, idąc za przykładem innych krajów, wprowadza zakaz prywatnej produkcji. Wojsko i policja przeczesują pola i ogródki. Sadzić marchewkę mogą jedynie licencjonowane państwowe zakłady. Handel objęty jest akcyzą i podatkiem od wzbogacenia. Horrendalna cena zamyka dostęp do marchewki dla klas średnich.

Oczywiście kwitnie nielegalny rynek. Są knajpy, gdzie można kupić spod lady specjalny gatunek rosnący jak pieczarki bez światła w piwnicach. Gangi zbijają fortuny. We Wrocławiu mówi się już o nowym Al Capone. Marchewka daje władzę, pieniądze i ładną cerę.

Ale to nie jest największy sukces marchewki. To już nie ona kojarzy się z fallusem, ale fallus z nią.

Takie czasy

 

Centralne Biuro Korupcyjne, ściśle współpracując z dzielnicowym Starego Miasta, Arkadiuszem Głową, odkryło gigantyczną aferę. Od 2003 roku na terenie Dolnego Śląska istniał gang nauczycieli, robiących malwersacje na kredzie.

            Mechanizm był prosty. Nieuczciwi pedagodzy zużywali tylko połowę, resztę zaś chowali do kieszeni. Kolejne porcje przynoszone przez dyżurnych starczały na zadziwiająco krótki czas. Szacuje się, że dzięki temu procederowi nauczyciele ukradli nawet kilkadziesiąt ton kredy o nieznanej dotąd wartości czarnorynkowej.

            Śledczych na trop naprowadził uczeń, który po szóstym kursie do dyżurki zasłabł z wycieńczenia na korytarzu. Jeszcze po przebudzeniu u szkolnej pielęgniarki kurczowo trzymał kredę w maleńkiej dłoni.

            - Pan od polskiego mnie zabiję, jeśli mu jej nie przyniosę – płakał w mundurek.

            Rodzice dzieci nie mogą wyjść z szoku:

            - Zrobimy wszystko, aby kreda zniknęła z naszych szkół – mówi proszący o anonimowość przedstawiciel kuratorium. - Wszędzie wprowadzimy mazaki, a nawet plansze elektroniczne - obiecuje.

              - Sprawa jest rozwojowa – twierdzą policjanci. – Ustalamy, co działo się z towarem. Za wcześnie jednak przypuszczać, że sproszkowana kreda była sprzedawana pod szkołami jako amfetamina.

Alibi pisane na piasku

To miała być prosta sprawa. Właśnie karmiłem złotą welonkę, gdy do mojego biura zadzwonił telefon.

— Przybywaj natychmiast, Andrzej Cichosz został znaleziony z drewnianym wiosłem w głowie. Wiesz jaka to gruba ryba, są naciski, żeby sprawę wyjaśnić priorytetowo.

— Już jadę — mruknąłem, zasiadając wygodnie w fotelu.

Nawet wiadomość o przedwczesnej śmierci najbogatszego człowieka we Wrocławiu nie mogła odwieść mnie od zjedzenia śniadania w postaci pięciu jajek na bekonie i szklanki kisielu.

Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Aleksander Przygoda i jestem prywatnym detektywem oraz konsultantem dolnośląskiej policji. Od czasu, kiedy rozpracowałem gang płetwonurków, stałem się patronem spraw trudnych i beznadziejnych. Nie ma zbrodni doskonałej i ja o tym wiedziałem najlepiej. Przestępca zawsze zrobi jakiś błąd. Zatarcie śladów to nie wszystko. Trzeba jeszcze zatrzeć ich zacieranie i zacieranie zacierania.

Po sytym posiłku humor wrócił błyskawicznie. Wchodząc do samochodu, śpiewałem A kto ciebie ty wierzbino Michała Bajora i żonglowałem nadgryzionym jabłkiem, które wyjąłem z tweedowej marynarki. Podczas śniadania przejrzałem w internecie dostępne informacje o Andrzeju Cichoszu. Dorobił się w latach siedemdziesiątych na przemycie kremu Nivea do Bułgarii. Grał na giełdzie warzywnej w trzy karty oraz sprowadzał ze Związku Radzieckiego gry Wilk i zając.

Po upadku komunizmu wypłynął na szerokie wody biznesu. Założył sieć luksusowych agencji towarzyskich Hermafrodyta i objazdową myjnię dla kanarków. Zarzucano mu kontakty z politykami, ale nic nigdy nie udowodniono. Z działań operacyjnych wiedziałem, że zdradza żonę z pokojówką o imieniu Natasza i nie opłacił składki na komitet rodzicielski w szkole córki. Miał 48 lat, małą łysinkę na głowie i słabość do łupanych fistaszków. Od dziś jeszcze dziurę w głowie i poważne problemy zdrowotne.

Nie zdążyłem nawet w całości wysłuchać programu o hodowli mieczyków w polskim radiu Bis, gdy mój granatowy Volkswagen Passat stanął przed imponującą posiadłością biznesmena. Była to rezydencja w typie, jaki stawiali sobie na przedmieściach lekarze kardiolodzy, ale trzy razy większa i bardziej okazała niż bazylika w Licheniu. Solidna brama i most zwodzony wykluczały możliwość udziału w morderstwie osób trzecich. Bohaterem dramatu musiała więc być postać przebywająca legalnie na terenie. To zawężało krąg podejrzanych z 700 tysięcy ludzi do jakichś pięciu, sześciu. Szczęście sprzyjało mi od samego początku.

Dokładnie wylegitymowany przez ochroniarza, różaną aleją doszedłem do domu. Z bliska był jeszcze większy i bardziej kolorowy. Komisarz Skalar czekał już w drzwiach. Był tak zdenerwowany, że zamiast spodni od munduru, założył lycrowe getry swojej żony.

— Około północy, gdy trenował żabkę na biurku w gabinecie, ktoś zaszedł go od tyłu i zatłukł drewnianym wiosłem od pontonu. — powiedział, ściskając moją dłoń.— Musisz rzucić okiem na kilka poszlak. W zasadzie mamy mordercę, ale skubana nie przyznaje się do zbrodni.

— Chodźmy zatem. — powiedziałem, obierając banana.

Gabinet prezentował się wspaniale. Tysiące książek poukładanych równo na drewnianych półkach, gustowne antyki, perskie dywany. Całość pokpiło ciało gospodarza, które w slipkach leżało na mahoniowym blacie. Włosy zlepione miał od zakrzepniętej krwi. Prawa ręką leżała przy kartce z oświadczeniem Mordercą jest żona.

— Sprawa w zasadzie byłaby jasna — mówił Skalar — gdyby nie fakt, że Pani Cichosz ma alibi. Spała w swoim łóżku trzy pokoje dalej i śniła, że pożarł ją wieloryb grenlandzki na morzu Beauforta.

— Kto był jeszcze w tym czasie w domu?

— Oprócz małżeństwa Cichoszów osobisty sekretarz Jurek Michałek, pokojówka Natasza i kulawy sprzedawca lemoniada Herakiusz. On jednak jest poza wszelkim podejrzeniem, gdyż pod przysięgą zeznał, że w życiu nie pływał pontonem. Wszystkich, tak jak lubisz, zgromadziłem w jednym miejscu.

— Czym napisano te słowa? — pytam, spoglądając na list.

Skalar podaje mi pióro w przeźroczystym woreczku.

— Denat przed śmiercią zdołał jeszcze uczynić to wyznanie. Zapewne ostatni przebłysk świadomości — mówi komisarz.

— To nie pióro Andrzeja! — wystarczy jedno spojrzenie.

— Leżało w jego dłoni. Charakter pisma też się zgadza.

— To Waterman City Line, można taki dostać na allegro za 120 złotych. Czy ty uważasz, że facet, który ma kąpielówki z krokodylej skóry i kasy w bród kupowałby coś takiego? Musiało należeć do kogoś, kto lubi luksusowe życie, choć go na nie nie stać. Kogoś młodego, o silnym charakterze. Proszę – stalówka jest skrzywiona, gdyż właściciel mocno ją przyciskał do papieru. Skuwka lekko luźna – zapewne od przypinania do kieszeni marynarki. Widzę również ślad zęba. Porównując karty stomatologiczne obecnych tutaj będziemy wiedzieć wszystko.

Gdy kończę ostatnie zdanie, widzę jak blednie sekretarz. Załamującym głosem wyznaje:

— Tak, to ja napisałem. Ale to nie ja zabiłem. — płacze, ukrywając twarz w dłoniach. — Znalazłem go tutaj i wpadłem w panikę. Nie chciałem, aby podejrzewana była niewinna istota...

— Rozumiem. — nie daję mu skończyć —Myśli Pan, że zrobiła to służąca. Miała romans zarówno z Panem, jak i waszym pracodawcą. We trójkę używacie tej samej wody kolońskiej Próbowaliście go szantażować, ale on był nieugięty.

— Jestem niewinna! — krzyczy Natasza. — Kocham Jurka i to moja największa zbrodnia. Pieniądze od Andrzeja należały mi się za te wszystkie lata wykorzystywania.

— Nie mnie to oceniać — mówię — ale wierzę Pani, ponieważ mordercą jest żona! Z pełną odpowiedzialnością możecie ją aresztować. Myślę, że w sypialni pod łóżkiem znajdziecie drugie wiosło, a w jej dłoni kilka drzazg. W ogrodzie zaś trupy kotów, na których próbowała cios.

— Ale alibi – krzyczy jednocześnie Pani Cichosz i Skalar.

— Obalone. — wyrokuję — Wczesną wiosną nie uświadczysz wieloryba na morzu Beauforta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi