Cegła - Literatura - Proza - Poezja
CEGŁA NR 16 ROULOTTE - ZAPRASZAMY NA www.roulotte.pl
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #12

 
a) fink
CEGŁA 12 - SURREALIZM - INFO
Odsłon: 1206, Komentarzy: 0
 
b) Dokumenty mające służyć za kanwę - Dokument 6
Raymond Roussel - tłumaczenie Andrzej Sosnowski
Odsłon: 469, Komentarzy: 0
 
c) „SEN POETY” - sny znanych poeów współczesnych
Karol Pęcherz (fink)
Odsłon: 636, Komentarzy: 0
 
d) Przygoda Telemacha
Darek Foks
Odsłon: 486, Komentarzy: 0
 
e) wiersze - surrealizm
ROBERT RYBICKI
Odsłon: 470, Komentarzy: 0
 
f) wiersze - surrealizm
Przemysław Owczarek
Odsłon: 510, Komentarzy: 0
 
g) wiersze - surrealizm
Kacper Tekieli
Odsłon: 447, Komentarzy: 0
 
h) DEEP FREEZE - surrealizm
Karol Pęcherz
Odsłon: 464, Komentarzy: 0
 
i) wiersze - surrealizm
MARIUSZ APPEL
Odsłon: 527, Komentarzy: 0
 
j) wiersze - surrealizm
Tytus Żalgirdas
Odsłon: 560, Komentarzy: 0
 
k) wiersze - surrealizm
jakobe.mansztajn
Odsłon: 481, Komentarzy: 1
 
l) wiersze - surrealizm
Grzegorz Kwiatkowski
Odsłon: 567, Komentarzy: 0
 
m) wiersze - surrealizm
Jakub Grzywaczewski
Odsłon: 420, Komentarzy: 0
 
n) wiersze - surrealizm
Marcin Ł. Makowski, Joanna Dziwak, Jola Grosz, Bartosz Sadulski, Piotr Lamprecht ,
Odsłon: 679, Komentarzy: 0
 
o) wiersze - surrealizm
Tomasz Hrynacz, Rafał Baron, Piotr Falkus, Beata Kozakiewicz, Bożena Brzozowska
Odsłon: 423, Komentarzy: 0
 
p) proza - surrealizm
Grzegorz Giedrys
Odsłon: 584, Komentarzy: 0
 
r) proza - surrealizm
Przemek Łośko
Odsłon: 513, Komentarzy: 0
 
s) proza - surrealizm
Zbigniew Masternak
Odsłon: 466, Komentarzy: 0
 
t) proza - surrealizm
Marcin Bałczewski
Odsłon: 446, Komentarzy: 0
 
u) proza - surrealizm
Błażej Przygodzki
Odsłon: 447, Komentarzy: 0
 
w) proza surrealizm
Valdens Maskarada, Tomek Ososinski
Odsłon: 441, Komentarzy: 0
 
x) proza - surrealizm
jacq, Mateusz Kulesza, Hubert Czarnocki, Szymon Stoczek
Odsłon: 485, Komentarzy: 0
 
y) proza - surrealizm
Joanna Jakubik, Gautama de Mazan, Izabela Kawczyńska,
Odsłon: 492, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm
Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński
Odsłon: 563, Komentarzy: 0
 
z) proza - surrealizm

Adam Kantorysiński, Adam Kantorysiński, Eligiusz Buczyński

Gry oceaniczne

Adam Kantorysiński

 

I w ten sposób siedzą na bezgranicznym tarasie z białego drewna, prawie na plaży, malutkimi łyczkami racząc się Martini z lodem, upał niemiłosierny, i wyobrażają sobie wakacjowiczów. Dwóch mężczyzn i kobieta wyglądają jakby linie czasu zamykały się gdzieś za nimi, a oni pozostawali poza tajemnicą zegarków, oni, razem z ich tarasem, plażą i nudnym Martini. Zabierają na tę drugą stronę swe rozluźnione od słońca twarze, uśmiechające się nieznacznie i wpatrujące się w dal oceanu, który pozostaje jednak po tej pierwszej. Opuszczona plaża nagrzewa się od słońca, jej rytm zakłócają jedynie wyimaginowani letnicy.

Trójka na balkonie. Dwóch smukłych mężczyzn i dziewczyna o rubensowskich kształtach. Mięśnie mężczyzn posmarowane olejkiem świecą w promieniach słonecznych, ona wystawia do słońca swe śliskie blade ciało, ubrana tylko w dół bikini. Ich głębokie fotele dzieli stół oplatany szarą tkaniną, na którym nagrzewa się butelka Martini i roztapia się lód w wysokich szklankach. Słońce oblepia ich jasne włosy, paznokcie ze starannym manicure, swatche i atlantisy mokre od potu, zdobioną ornamentem niską barierkę tarasu, słońce spływa stamtąd na piasek po niedużych palach i dalej na plażę, pali w oczy, gdy zdejmują na moment okulary przeciwsłoneczne, by je przetrzeć, albo być przyjemnie zdziwionym rzeczywistymi barwami wody, piasku, ostrych nieruchomych wydm, które wgryzają się w piasek aż za horyzont.

Wobec potu wydobywającego się z każdego fragmentu jej ciała w miarowym rytmie bicia serca, w obliczu swych przyjaciół i przepastnej plaży czuje się doskonale, czerwień ucieka w tym dniu, w tym domu, w którym są tak bardzo sami, nad tym bezludnym oceanem. Rozkłada się rozluźniona, czuje jak fotel robi się mokry od niej samej, pot i olejek wsiąkają w materiał. Wilgoć pod plecami wsiąkająca w majtki i z powrotem w obfite, zgrabne uda bawi ją, czuje się podniecona. Zamknięte oczy zwraca w stronę słońca. Ta czerwień w niczym nie przypomina tamtej, ta jest słoneczna, gorąca, sztuczna jak ten nowoczesny taras wykonany wedle starego stylu. Jej bose stopy dotykają podłogi, piach z pewnością jest znacznie bardziej gorący, nie można po nim chodzić boso, tak bardzo parzy, ta dziwna podłoga wcale się nie nagrzewa, pozostaje neutralna, mimo słońca, które króluje tu ponad szesnaście godzin na dobę. Przypomina drewno, ale to jednak nie to. Jest czymś innym, podobnie jak czerwień teraz w jej oczach nie jest jej koszmarem.

-

Wyobraża sobie jak stawia szybkie kroki na piasku, który boleśnie ją kąsa. Przyspiesza, by dotrzeć do słonej wody. Zaczyna biec, ból staje się nie do zniesienia. Macha rękami, zaczyna się dusić, uda sztywnieją. Gdyby się jej udało, zanurzyłaby poparzone stopy w długich oceanicznych falach. Dzisiaj nie ma fal. Woda porusza się niespokojnie, obija się o brzeg, ale nie formuje się w fale. Postanowiła pozostać dziś w miejscu, nie ruszać się stąd i obejrzeć to, co może się wydarzyć, przekonać się, czy dobiegnie. Piersi dziewczyny podskakują, gdy ona pędem wraca na taras, kiedy już nie wierzy, że możliwe jest dotarcie na boso do mokrego piasku.

-

Siedzi bez ruchu na fotelu. Jej wyobraźnia szaleje, ale ciało nie daje się ponieść. Dziewczyna czuje na sobie rozgrzane uśmiechy chłopców, błyski okularów obrysowują jej kształty. Nie powinniście jej odczuwać, nie powinniście jej łagodzić, ani nawet tu być. Macie swoje męskie niepotrzebne kobietom sprawy, dlaczego przytargaliście je tutaj? Chłopcy spoglądają na siebie, na niby, dlatego, że ich zmienność i wolność pokrywają przyciemniane szkła. Nie mogą nic wiedzieć, ale akurat w tej chwili czas ponownie zapełnić szklanki. Nalać Martini wysoko, palcami wyjąć kostki lodu z przenośnej lodóweczki nie bacząc na konwenanse i powrzucać je do szklanek po kolei, najpierw ich damie, potem jeden przyjaciel, potem drugi przyjaciel, aż krople alkoholu znajdą się na stole, palcach schłodzonych od lodu, potem na torsie jednego z chłopców, kiedy jej kochanek, przejeżdża tymi zimnymi palcami po jego brązowym torsie. On podrywa się z miejsca, nie spodziewając się lodowatego aromatycznego dotyku. Nic w tym dziwnego, patrzą na siebie, ofiara uderza kata pięścią w ramię, tak po męsku. Potem podnoszą szklanki i piją toast, z tym że ci dwaj raczej z jej sutkami, niż z nią. Tarcza jednego z trzech zegarków odbija promienie słońca prosto w jej oczy. Słońce jest o tej porze najwyżej, o dwunastej jest najsilniejsze i najbardziej niebezpieczne. Pociera smukłe dziewczęce ręce o swój brzuch i zbyt szeroką miednicę, tak, by stały się tłuste od olejku i odgarnia nimi włosy do tyłu, by jej nie przeszkadzały, by się skleiły i nie wędrowały na twarz, którą teraz chce wystawić do słońca. Chce się naprawdę opalić i by jej zęby tą uwodzicielską bielą zwracały uwagę wszystkich. Potem weźmie ręcznik i pospaceruje wzdłuż plaży jakiś czas, tak by chłopcy jej nie widzieli, aż będzie zupełnie sama i bezpieczna. Położy się na brzuchu na nagrzanym od piasku i słońca czerwonym ręczniku. Wyobraża sobie kontrast ciemnej skóry przy sportowych jasnych majtkach, gdy wiatr podwieje jej kusą letnią spódniczkę, gdy usiądzie zakładając nogę na nogę, a chłopiec będzie patrzył. Letnie szaleństwa, gdy pojadą samochodem trzynaście kilometrów do pobliskiej miejscowości, gdzie tłumy turystów będą spędzać najpiękniejsze chwile swojego życia.

Nagle niepostrzeżenie niczym kot wraca czerwień. Po prostu czerwień, spływająca przez przełyk do żołądka, potem wprost do głowy, żeby przypomnieć. Jeden z chłopców, ten przystojniejszy, też drga teraz niespokojnie. Przełyka ślinę, potężny haust alkoholu znika w jego ustach. Ale po chwili spokój wraca, ona chciałaby żeby wracał, żeby przypływał zawsze z powrotem, jak oceaniczne fale znacznie dłuższe niż morskie. Ale dziś woda się zbuntowała. Chłopcy uprawiający ten szalony windsurfing, letnie miasteczko z młodymi turystami razem z ich najlepszym czasem, i jeszcze ta głusza tutaj, nieskończone wydmy jak pokój i szczęście w sercu. Strach przeskakuje po drzewach, sunie wzdłuż linii brzegowej, staje się maleńki, by w końcu rozpłynąć się jak mgła gdzieś daleko. Zajmuje to trochę czasu, ale się udaje. I ten chłopiec serwujący drinki robiący na bezmieczowym fanaticu zgrabny zwrot przez rufę, jak tancerz, robiący skomplikowany nieprawdopodobny piruet ze swoją profesjonalną tancerką. Wypina się z trapezu, odpada od wiatru, w jednej sekundzie żagiel obraca się i chłopiec łapie bom z drugiej strony, deska rozpryskuje wodę. Kiedy przepływa blisko, dostrzega jego napięte mięsnie ramion i przedramion, i tułów tak blisko wody.

-

Czas wracać do rzeczywistości.

-

Czas na papierosa w tym nieznośnym upale. On podaje jej, zapala. Sobie wkłada do ust bezpośrednio z paczki. Tyle razy mówiła mu, że to absolutnie nieeleganckie. Od dawna już ją ignoruje. Siedzą w tej dziczy, wraz z przyjacielem, ale dom komfortowy. Puka palcem w tarczę zegarka, by widział, że już pierwsza. On kiwa leniwie głową, sięga po butelkę, i nalewa, topiąc kropkowany pierścień osadu na szklankach, wkłada lód. Ona odwraca głowę w stronę oceanu i pustej plaży. Piasek chrzęści jej w ustach, kiedy on wreszcie naleje? Łzawią od niego oczy. Łapie szklankę i wypija połowę. On i przyjaciel smakują po łyczku, potakując do siebie, zgadzając się, co do tego, z szacunkiem. Poskubała trochę plecionkę stolika, teraz ogląda sobie paznokcie. Wyciera ręce w ręcznik i spina z namaszczeniem włosy. Dostrzega kątem oka, jak panowie patrzą na nią z wilczym głodem. Zwłaszcza ten jego przyjaciel, taki dojrzały i kpiący. Jeśli w ogóle tego typu subtelności są możliwe do dostrzeżenia w takim nieludzkim piecu. I o ile można w ogóle przybrać taki wyraz twarzy. Czy doprawdy nie mógł jej zabrać w jakieś umiarkowane miejsce? Może zrobił to przez złośliwość? Chciałby, żeby zwijała się ze zniecierpliwienia i irytacji, podczas gdy on będzie rozwijał swoje talenty towarzyskie przed przyjacielem, o którego obecności nawet nie raczył jej poinformować. To już coś w rodzaju sadyzmu, nie kryje się przed nią, nawet nie usiłuje.

-

 On spogląda w niebo, głowę ma jednak przechyloną lekko w lewą stronę, kątem oka mógłby patrzeć na przyjaciela. Zza okularów potajemnie mógłby mierzyć jego ciało, skąpe owłosienie na mahoniowym torsie, szerokie mięsnie piersiowe, z których zapewne tamten jest dumny, biec wzrokiem po liniach jego żył na ramionach i przedramionach. Ona wpatruje się intensywnie w ciemne szkła na jego oczach, nie może jednak nic przez nie dojrzeć. Widzi na ich twarzach grymasy lekkich uśmiechów, smak delektowania się. Do foteli przyklejają się swobodnie wyciągnięte i rozluźnione ręce. Prąd swobody przeskakuje na ramiona i włosy, dostając się na twarze. Obserwuje ich wprost, pukając palcem w szklankę. Nawet jej piersi to wyłącznie zabawka. Ogromna butelka Martini, patron ze stołu, prawe już znikła, zostało mniej niż naklejka, i to mniej znika najpierw w szklankach z osadem, potem w jej gardle dusząc krzyk.

Słońce kołuje na swoją ulubioną pozycję, lekko na lewo, pochylone ku światu. Nie w centrum, trochę z boku schodząc z pochyloną głową ze sceny do amfiteatru, tak by nikt nie zauważył. Stąd może słońce dawać popis swojej siły z pozycji niedocenianej. Przenika jej ciało na wskroś w poszukiwaniu głębokich komórek, które zawsze pozostają lodowate. Odbija się od butelki, zagląda do ich szklanek i bierze we władanie cały taras. Chłopcy są z nim zaprzyjaźnieni. Spoglądają na siebie po męsku, z cieniem rywalizacji i współczucia. Wstają i z ufnością oddają się słońcu pogrzebani w piasku plaży. Ona kroczy za nimi, zupełnie wyłączona z gry, nieumiejąca. Jednak pierwsza brodzi w chłodnej wodzie szukając orzeźwienia. Chłopcy chlapią się wodą, piszczą jak dziewczęta. Chlapią również ją, zapatrzoną w dno. Wracają całą trójką ze śmiechem, mokrzy, wichrząc sobie nawzajem włosy. Rozkoszując się ciepłym piaskiem chcieliby iść dłuższą drogą, tak dobrze im razem. Idą jednak szybciej tęskniąc za wilgotnymi fotelami i świetnym Martini z cytrynką, która na pewno gdzieś jeszcze jest. Przystają, by obejrzeć jeszcze niskie wydmy i trochę się podotykać we trójkę. Są mokrzy i nie czują się nawzajem, łaskoczą się. Oni biorą ją między siebie i szczypią po brzuchu i pod pachami. Zwija się ze śmiechu, krzyczy, żeby przestali i poszli zrobić coś pożytecznego z tą cytrynką. Obejmują się konfidencjonalnie za ramiona i odchodzą na bok, by przedyskutować propozycję. O dosłownie sekundę zbyt długo, inaczej nie wypiłaby całej szklanki na raz, prosząc o dokładkę. Z buraczkami? Tak, poproszę. I z głośnym oddechem odchylić się na oparcie fotela, przypominając sobie przez chwilę jak ją łaskotali. Teraz powtórzy sobie w myślach ten ich wyścig do wody, przypomni sobie wrażenia. Chłopcy opalają się i głęboko oddychają. Ma czas, więc przypomina sobie, jak biegliby do wody i ona byłaby pierwsza. Chlapaliby się jak dzieci, nie mając odwagi by się zanurzyć i zniweczyć to rozgrzanie. Wyruszyliby z powrotem w kierunku tarasu, który się nie nagrzewa. Nie czuliby chłodu, mimo, że właśnie wyszli z wody, byłoby zbyt upalnie. W kompletnej ciszy rozlegałyby się jej jęki, dlatego, że to łaskotanie wcale nie byłoby przyjemne, podobnie jak to, co mogłoby się zdarzyć potem...

-

Plaża wydaje się niezmieniona. Szybko zatarła po nich ślady. Pochłonęła ich kroki i ich śmiech, który był taki spontaniczny. Pustynia spogląda na panów z tęsknotą i nienawiścią, ponieważ zburzyli jej spokój. On i jego przyjaciel chcą uczcić to toastem. Ona tylko stuka szklanką o ich szklanki i wypija. Zakłada okulary, by zobaczyć i poczuć to, co oni, i żeby znaleźć się wśród nich, najbardziej chciałaby podsłuchać rozmowy. Słyszy ich głosy, mimo że usta mają zamknięte. Łączy go z przyjacielem nieprzerwany dialog toczący się poza słowami i daleko poza okularami. Ona nie może dosłyszeć, o czym jest ta rozmowa. Próbuje, ale wie doskonale, że nigdy nie usłyszy, a nawet jeśli dotrą do niej strzępy, nic z nich nie zrozumie. Próbuje, aż nagle żółć zamienia się w szarość. Zrywa szybko okulary z twarzy, rozgląda się niepewnie. Słońce przykrywa niewielka chmura zrzucając cień na ich plażę, taras, na nich samych i stół między nimi. Oni niczego nawet nie zauważyli. Tak, potem tam pojedziemy. Może popołudniu. Czemu nie, ale ja prowadzę. Teraz słyszy ich rozmowę wyraźnie, nadal jednak nie rozumiejąc. Na stole wśród wzorów plecionki piętrzy się pełna butelka. Nagle odbija się od niej światło oddzielając ją na sekundę od misternej plaży, od niego, od całego świata.

-

Światło wsiąka w jej umysł, oślepia ją na krótką chwilę, ale zdążyła tam poczuć, że chciałaby pozostać ślepa na zawsze. I wszystko dlatego, że nie mogła w to uwierzyć, wydawało się jej takie tanie i nawet nie dziwne, ale po prostu tanie. Spojrzała nieprzytomnie na zegarek, wskazywał drugą. Tak bardzo długo już siedzieli na tym tarasie. I co w zasadzie robili? Opalali się? Pili? W takim słońcu to nie ma najmniejszego sensu, kręci im się w głowach, już powoli robi się jej niedobrze. Chciałaby się napić wody, ale w zasięgu jest tylko lód, alkohol, plaża i te szklanki z coraz bardziej nieeleganckim osadem. Już niedługo zacznie się suchość w ustach, ten znajomy chemiczny smak kaca w ustach, stan rozdrażnionej senności. Zastanawiają się, czy są jeszcze oliwki, ale te bez pestek, ona podnosi się na krześle i wyciąga rękę po szklankę. Wymknęła się jej i płyn już wsiąka w to coś na stole. Owiewa ją niczym chłodna bryza słodki zapach pieczonego w słońcu alkoholu. Nie przestając debatować na temat zielonych mocnych oliwek nalewają jej nową porcję. On schyla się po lód, przyjaciel zakręca wielką butelkę. Na pewno wygrzebiemy jeszcze kilka z tego jajowatego słoja w garażu. Tamten celuje do niego składając dłoń na kształt pistoletu. Ten gest znaczy: „świetny pomysł”. Teraz naprawdę chce się jej rzygać. Patrzą na nią w sardonicznym uśmiechu, jak niedorozwinięte bliźnięta, ale zza tych okularów trochę przystojnie. Posłusznie okazują zainteresowanie, wierząc, że o to właśnie chodzi. Ona teraz czuje się nieskrępowana, wyzwolona i przepełniona gorzką odwagą. W końcu każe iść im po oliwki, bo przeszkadza jej ich natręctwo. Mogliby zacząć udawać jak dzieci, zacząć się ślinić, gwizdać z podziwem, wydychać powietrze ustami złożonymi w ryjek, na znak, że gorąco się robi.

-

Porywa szklankę i wlewa sobie sok do gardła. Lód brzęczy. Kręci szklanką, żeby się roztopił choć trochę i łyka jeszcze jeden potężny haust. Słodycz spływa jej po gardle, już jest dobrze, ciężko, ale dobrze. Nieco rozczarowana tym całym alkoholem wstaje i schodzi z tarasu, ale wraca, poparzywszy sobie stopy. Zakłada sandałki i siada jeszcze na momencik, żeby pooglądać, jak jeden przesuwa kilka kostek lodu po stole, pokazując jakąś sytuację. Pochyla się nad stołem, dwoma palcami trzyma delikatnie lód, który wyślizguje mu się i robi się coraz mniejszy, jednocześnie dwoma palcami drugiej ręki popycha delikatnie, tak subtelnie, że aż się rzygać chce, dwa inne lodowe kwadraty. Obiekty zakręcają, robią wiraże, przenikają się wzajemnie, potem wdrapuje się jeden na drugiego, w końcu jeden znika sam z siebie, drugi zamordowany w ustach, które przez cały czas opatrywały komentarzem tę niesłychaną sytuację, która zdarzyła się w życiu, i to wcale nie jest o banalnych samochodach, czy wyścigówkach. Trzeci lodowy obiekt popłynął po krawędzi stołu z powrotem do czerwonego pojemnika, z którego został wyjęty. Teraz na stole przesuwało się i turlało sześć kostek lodu imitując [coś tam], zachowując się identycznie jak [coś tam], oparte na faktach. Cztery ręce mijają się, wyprzedzają, choć to podobno nie samochody, przedramiona trą o siebie, lód stawia opór. Już niemal wydrapała dziurę w łydce w miejscu, w którym coś ją ugryzło. Krew z wolna spływa z lewego sandałka, na tę pseudodrewnianą podłogę tarasu. Wyrywa mu kostkę lodu i krew miesza się z wodą. Trąbią i trąbią, podczas gdy ona wędruje w stronę wydm, myśląc o ich zlodowaciałych muskających się nawzajem palcach. Popijała właśnie, kiedy sok rozlewa się jej po piersi, a ona ląduje wśród ostrych roślin na wydmach. Zaczyna się szamotać i czuje jak liście, gałęzie, czy co to jest, przecinają jej skórę na udach i plecach. Wyczołguje się na piasek i widzi plażę pożerającą krew z zadrapań na jej ciele. Powietrze pachnie oceanem i jego czarnymi włosami.

 

 

Jacek Jerczyński

 

 

 

NAUKA ZNIKANIA

CZYLI GDZIE KOŃCZĄ SIĘ TWOJE OCZY, A ZACZYNA MÓJ WZROK

 

 

1.

Wszystkie ślady wyznaczają ślad tej samej osoby, która kiedyś tu była, być może nadal jest, ale zmieniła alfabet obecności. Kontakt nie urwał się, a jedynie nasycił. Istnienie ciągle jest tylko rozciągłą miarą pulsowania komunikacji, która zakreśliła pełny obieg. Należy więc już wyłącznie podtrzymywać te wszystkie dyskusje na coraz wyższych szczeblach chemikaliów, co rusz w nich swoją krew przytaczać. Wpisywać się w linie mody i okręgi wyborcze. Rozwiązywać coraz trudniejsze hasła w panoramie miasta. Czekać na rozbój wydarzeń.

Im szersza szyja, tym mniejsza możliwość, swoboda ruchu. Tym większa pewność. Oczy ustawione na niezmiennym pułapie, wzrok ustalony na odpowiedniej trajektorii. Palce wskazujące skupione na jednym umierającym punkcie. Wszystkie usta wymawiają te same słowa, słowa odpuszczenia, mówiące, że można stanąć na wysokości zdania i trochę sobie odpuścić: gdy znany jest tor ruchu, nie trzeba zużywać niepotrzebnych kalorii. Generalnie, kalorie nie są potrzebne.

Tylko władza umożliwia gromadę, tylko gromada umożliwia istnienie. Po to jedni produkują i zdobywają władzę, by drudzy mogli jej ulec i z niej korzystać. Do usranej śmierci. Każdy ma to coś, co jest zupełnie czym innym. To idzie przed nami i oznacza teren. Idziesz i patrzysz: o tutaj będę. Ktoś to musiał zaznaczyć. Mówimy o sobie do siebie, a potem wyjeżdżamy z tekstem i całą resztą. Tylko co zrobić, gdy spod dobrych manier przeziera rytualna próżnia? Czy jesteśmy w stanie się znaleźć?

Bo jest nas za dużo, dlatego potrzebujemy wiecznie się przemieszczać między pomieszczeniami. Rozmieszczamy się z jednej bramy do drugiej. Z jednej zamkniętej klatki do innej. Po schodach, ku górze, ku dołowi. Cały czas gadamy. Spotwarzamy nasze twarze i wydarzamy się na moment. Nagle rozbłyskujemy w ciemności, histerycznie drgamy i zaraz cichniemy. Osuwamy się na skały. Reszta kart pozostaje w zakrytym talonie. Celem gry jest ułożenie sekwensów rosnących na czterech bazowych kolorach. Od 2 do Asa. Jedność nie istnieje. Śnieg dla każdego schodzącego, słońce dla wstępującego do gry. Nic nie ma właściwej sobie wysokości. Wszystko trzeba dźwigać na własnych oczodołach, nawet to, co jest na samym dnie.

 

Ale wszystkie oczy oglądają te same widoczki, nie trzeba nigdzie zaglądać. Ale wszystkie dłonie dotykają tych samych powierzchni, nie trzeba po nic sięgać.

 

W naszych jamach ustnych zagnieździły się subkultury bakterii i wydają z siebie artykułowane odgłosy, które, gdy otwieramy usta, nazywają mową ludzką. Nas wydają. W naszych uszach żyją mikroskopijne insekty, które bez przerwy tłumaczą nam te dźwięki na nasz nieznany język i dyktują nam to wszystko, wlewają do czaszki literami litr po litrze potoki słów, strumienie świadomości, rwące nurty literackie. A my przecież cały czas o tym myślimy. Nieustannie mieszamy się. Krwawimy do środka.

To całe dnie i noce spędzone na czuwaniu we śnie na sny, na życie, z którego tkane są gobeliny zdarzeń na zatargi poznania. Ogłaszane są konkursy na przemyślenie kolejnych kwestii wypływających znikąd i donikąd zmierzających. Przedpołudnia niezauważalnego krzątactwa, czynności przeciekające przez palce, postacie przeciekające przez place, bezgłośnie ulatniający się ruch z kolan i pęcin. Potem przymglone noce płonących kartonowych ciał, gwiazdy odpadające od nieba, nieskończone, bo nie zaczęte burzliwe rozmowy, strach i euforia – niespokojne próby zmęczenia materiału w oczekiwaniu na sen. 

To wieczne potykanie się o własne postawy, również stojące i siedzące pozycje, które, wapniejąc, dają o sobie znać dopiero w momencie nagłego poruszenia. Poruszenie kiełkujące gdzieś z tyłu za głową, w miejscu nigdy nie widzianym, gdzieś na elektrostatycznym styku potylicy i wezgłowia. To, co świdruje myślą, co zmusza do nieustannych knowań z własnym odwłokiem, do dekad szemrania – gdzieś za cielesną kurtyną, w kraju dobrych rad i wspomnień, gdzie wzbiera dyskretny, cichy szloch materii obdzieranej z bezforemności, podobnie jak ryk tkaniny tekstu zapładnianej sensem historii; to rwie się szybko na strzępy, które to strzępy fruwają potem w postaci nerwowych chrząknięć, zbiorów zająknięć oraz przejęzyczeń, tłoczących się bezdomnie w międzyludzkich przestrzeniach oddziaływań i  przyuważeń. W mig to łapiemy i  obłapujemy. To oznaki chybotliwości naszych spraw, które załatwiamy przez życie, tylko po to, by sobie to życie ułatwić. Skok na drugą stronę blokady. Czasem mały włos i zderzamy się ze ścianą lęku zcementowanej niedomówieniami. Patrzymy, lecz nie wierzymy własnym oczom, co się na nich dzieje,  wiemy bowiem, że to się dzieje tylko na naszych oczach, a raczej tylko w naszych głowach; to one – małe nieożywione, śmiertelnie niedożywione móżdżki i wściekłe plwają na nas stekiem bzdur i wyrzuconymi z ponaddźwiękową prędkością zarzutami o nie zapłacone rachunki sumienia i krzywd. Atakują nas karteczki przylepiane do lodówki (żółte papiery lakmusowe odczyniające mroki istnienia). A my przecieramy pięściami ekran i regulujemy gałki oczne. Czekamy aż się wyjaśni. Wypogodzi.

 

 

2.

Jest tylko kilka rzeczy na świecie, które warto do siebie dopuścić. Czasami nie trzeba się męczyć z grzeszną uciechą ucieczki w grzeczną wycieczkę w ucieszki. Właściwie nic nam nie trzeba, oprócz właściwego oglądu rzeczy. Reszta jest mało interesująca. Nie wygląda ona ciekawie, ale taka nie jest.

Słowa są wkalkulowane w ten świat, nic nie są w stanie w nim zmienić. Ten świat nie jest tym widokiem. Cokolwiek można mówić, nie można tego nie zrobić, nie czyniąc tego. To samo z myśleniem i zmyśleniami. Każda czynność jest z góry zaplanowana jej przyjętą społecznie definicją. Modyfikacje są zbytkiem. Życie w niewielkim stopniu różni się od poprawnego odczytania roli czytelnika. Najlepiej bezustannie zapominać na bieżąco, co się robi. Tym większa niespodzianka, gdy stwierdzić, że wszystko jest po staremu nawet teraźniejszość – rodem z tych najbardziej aktualnych, bo przejmujących całych nas w leasing. Niewiele się spodziewać, albo spodziewać się czegokolwiek. Nie myśleć się, tylko się patrzyć. Podejmować jedynie te decyzje, które są nieuniknione, które niczego nie wiążą, a jedynie rozwiązują języki (przestrzenie zamknięte dla naszych myśli chętnie ukazują się naszym głosom). Sens jest echem naszych kroków, śladem naszych stóp, właśnie dlatego nie ma się za czym oglądać za siebie.

 

Patrz jak – to się rozwija, rozplenia, przerasta łodygi tramwajów. Z zewsząd zwalają się lekko fałszujące wszystko organy w siatkach zmarszczek na zakupy. Patrz jak – się wżera w połacie horyzontu granica widzenia – zaraza bliskoznaczna. Na żyznych polach wykwita nowy strumień świadomości, nowy układ. Wydaje się, że za chwilę stanie się jasność, dzień…

 

Ale przecież cały czas jest noc – to całe zasypianie, jest podstawowym warunkiem oprzytomnień i – nawet tych najszlachetniejszych – pobudek. Czucie oraz czuwanie – i jak zęby wypadające wizyty wraz z rekwizytami i kolejnymi drobnymi wyskakującymi zza zakrętu kroczkami, niewiele mają do powiedzenia, albo do po-wodzenia. Lepiej już dalej tankować znienawidzone wino z samochodem na zmianę i zeskrobywać paznokciami te nawarstwiające się warstwy tynku z muru między myślą a działaniem; te hałdy organów i gruczołów pokrewnych rosnące byle gdzie i byle jak. Dokładnie tam, gdzie przeszkadza. Gdzie powinno być spokojnie i uniwersalnie.

 

Czyż nie czujemy tego ognia, który trawi nas wewnątrz żołądka, tak jakbyśmy zeżarli sami siebie i sami siebie trawili w niesprzyjających warunkach pogodowych?

 

Za naszymi plecami nasze oczy między sobą przekazują tajemne spojrzenia, nieprzytomnie zezując, i wymieniają widok na coraz to nowe teksty do rozczytania, pisane tak bardzo pochyłym pismem, że bez przerwy się z niego staczamy na lewy bok trójkąta bermudzkiego. Nauka znikania rozpoczyna się od nauki objawień i nawiedzeń. To są nasze teczki, a to nasze znikające w nich życiorysy, to nasze uczynki, a to odwieczne (tak jak my) przyczyny wszelkich naszych niepowodzeń i udogodnień. Tylko skąd znikać, a gdzie być? a dokąd uciekać? Powiedzmy, że gdzieś można. Problemem jest zbyt wolny transfer w te sfery na które czyhamy.

 

Bo jest mnóstwo światów w orbicie naszych zainteresowań. Bo jest taki świat w orbicie naszych interesów. Bo nie ma niczego ze świata w orbicie naszych zastosowań.

 

Świat ten jak sfera przejściowa oddziela dwie polarne półkule. Świat czysty jak lód, jak pohamowanie. Sypie w nim śnieg, jak sypie się choinka na trzech króli. Sypie i rozsypuje wszystko w oku. I żadne przyznane nam ciepło nie dorówna nigdy ciepłu topnienia tych ścian między naszymi niepokojami, nie rozkruszymy ich i nie uwolnimy ludzi tam stłoczonych –  między sufitem a podłogą kolejnej kondygnacji. Posilimy się tylko na posiłek, by zaraz zaniknąć w poobiedniej drzemce. A potem ściągniemy czapki z głów jak pliki z nielegalnego serwera ftp i sami zdradzimy siebie z naszym zaniepokojeniem i niecierpliwością.

 

Więc jednak to jeszcze nie dziś. Jak nie dziś, to kiedy? Jak ledwo niekiedy, to może lepiej wcale? Jak wcale, to po cholerę?

 

3.

Może i jest i zimna i ciemna noc, a może to tylko szum informacyjny i papierowa ułuda. Może niepotrzebna wynalazczość kategorii spektralnych tych wszystkich, którzy w przesycie szukają trzeźwości w brudnych katakumbach pośród zjawisk i zjaw, aby choć na chwilę odwyknąć od tego potwornego szczęścia; ci, co rozkawałkowali byt i porozdzielali wszystkich nas na wszystkie strony równania: bierne i czynne, świata i książek, a teraz sprzedają odtwarzacze DVD i żądają zaświadczeń o niekaralności i uregulowanego stosunku z wojskiem naszym polskim. Cicho, bo teraz usiedli sobie w swych lożach, by zaznać odrobinkę spokoju, poczekać na innych. Tymczasem wiele wskazuje na to, że inni nie istnieją, a jeśli tak, to w formie uproszczonej, szczątkowej, niemal symbolicznej – jak pieniądze. Powiedzmy sobie, że 100 procentowe istnienie nie jest takie koniecznie.

Specjalizacja jest znakiem tych czasów, więc każdy z nas specjalizuje się tylko w pewnych relacjach, w pewnych reakcjach na pewne akcje. Czytamy tylko określone książki, rozmawiamy z określonymi ludźmi, oglądamy określone programy, robimy określone rzeczy. Szukamy powiązań i rozwiązań w pewnym niepewnym przedziale. Nie można powiedzieć, że nie jesteśmy tolerancyjni, ale wszystko ma swoje granice.

Tylko władza umożliwia poznanie, bo tylko władza daje znać o sobie. Nic więcej tego nie robi, nie zwykło, nie powinno itd. Dlatego każde oparzenie jest starannie zapamiętywane i dalej nie trzeba się już tym zajmować. Ponieważ nie trzeba przesadzać, nie trzeba się też specjalnie unosić. Jeśli coś się wznosi, to będzie czyniło to nadal, bo wszystko jest słuszne, to co jest, jeśli wciąż tak jest i jeśli jest w ogóle. Bo jest i ma być… zrozumiałe. Niewiele wiadomo o rzeczach niepotrzebnych, są one szybko tratowane i pomijane. Opór prowadzi do prowadzenia, ciało odpuszczone raz, rozpuszcza się cały czas.

 

W końcu i tak po kilku minutach od ustania opadów śnieg zostaje zadeptany, wszystkie ślady stają się jednym śladem, śladem pobytu określonych kręgów. Wszelkie szczegóły zostają rozmyte w jeden odcisk, znak bez żadnych znaków szczególnych. Wszystko jest odpłacone pięknym za nadobne i tym podobne. Nadal jest jakiś dzień, jakaś noc. Światła na skrzyżowaniach pokazują jakieś światła w jakimś tam właściwym sobie porządku. Przechodzą tędy ludzie i rzucają okiem i nie rzuca im się to w oczy, więc nic nie mówią, nic nie myślą, nie tykają, nawet palcem nie kiwną. Odchodzą, potem wracają, potem znowu idą, i tak w kółko. Jeszcze raz, jeszcze raz. Nie, to  j u ż  nie byli oni, to  n a   p e w n o  ktoś inny.

mówił

 

 

 Eligiusz Buczyński, Białystok

 

 

Eligiusz Buczyński:

Fragment SUR!1

 

 

 

 

 

 

(…)Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko,

 czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko.

                                                                                                                                        
1 Kor 13; 11

 

 

 

 

Abrakadabra, na zalanej słońcem pustyni, snuje swoją opowieść skorpion. Pająk ma najsilniejsze szczęki i najdłuższą nić czasu zawija wokół czyjejś śpiącej szyi. Tuli się do niej,  jednocześnie siedmioma parami oczu dokładnie obserwuje, czy biała jak śnieg szyja nie zrobi jakiegoś niespodziewanego ruchu. Rozważa również atak innych zwierząt i w obronie swojej zdobyczy jest gotów stanąć do walki, poświęcając własne życie.

Pająk przewiduje o kilkaset lat do przodu. Powoli wydobywa z siebie matczyne instynkty, owija szyję nicią czułości, czujnie zakręcając w powietrzu jadowym kolcem, umieszczonym na końcu odwłoku. Wyczuwalny spokój, kropla jadu zwisa przez sekundę w powietrzu po czym znika jak bańka mydlana rozpuszcza się, ginie.

Mama może pracować dalej, dzielnie mumifikując wydaną jej przez naturę czyjąś szyję. Piasek jest popołudniowy, gładki, falami przemieszcza się pod wpływem drgających promieni słońca. A szerokie strugi promieni napływają na uśpioną szyję, tworząc jej grób coraz głębiej i głębiej. Szyja zaszywa się pod ziemią, wraz z wiecznie żyjącym skorpionem, nosząc w sobie lekki zapach trucizny, abrakadabra.

 

 

I

 

Wiele wieków temu, zanim przyszedł na świat prorok Chrystus, nauczono się mówić „Pochwalony”  i zaczęto na nowo odmierzać czas, tym razem nie zaczynając, a dążąc ku nieskończoności, moja nienasycona w ambicjach matka spadła mi z nieba i skryła się pod powieką mojego snu.

W istnieniu, którego jeszcze nie było, nie zdążyło wydać pierwszej iskry – objaśniła jak rozpłomieniona świeca, to kiedy się narodzę i gdzie spocznie moje ciało. Nie słyszałem tego, bo nie mogłem, ale jestem pewien, że gdzieś te informacje gnieżdżą we mnie do dzisiaj.   Dalej, w tym samym śnie, moja matka wyciągnęła do mnie otwartą rękę i śpiewała o tym, żebym pytał o co tylko zechcę, a ona na wszystko znajdzie odpowiedź - nie bój się, pustynia  uczyniła cię szlachetnym, a w samotności odkryjesz wiele zapomnianych pytań, one dodadzą ci sił, bo jesteś kimś wyjątkowym. Starała się mnie przytulić, jednak nic nie czułem, ponieważ istniałem tylko w jej pierwotnej świadomości, w której nie mogła wyzwolić się z rozumowania wyłącznie czułego, ale jednocześnie najgroźniejszego na ziemi pająka.

Byłem zupełnie pozbawiony ciepła, spokoju  pewności, że jestem gdy jeszcze mnie nie ma. Moja pochowana żywcem szyja jeszcze nie nauczyła się instynktownie zadawać pytań, nie – istniejąc w oderwaniu od reszty własnej skóry. 

Ale mama nadal snuła swoje wizje, w tym opowieści z gorącego kraju, w którym to z gleby wyrastają nagie płomienie – żywy ogień. To w nim miało nastąpić poczęcie i miała narodzić się moja śmierć. W sumie to dobrze, bo nie stracimy ani kropelki czasu, powtarzała ciągle, najmniejszego łyczka.

Jak odległe okazały się jednak jej odpowiedzi, od przeżytej prawdy.

 

Czy polubię wydalone miasto ze Statuą Wolności (już będzie czekała), czy poszukam czegoś bliżej tej ziemi? Ponoszę w sobie odpowiedzialność za wrażenie, że wyśniono nie mnie tylko kogoś innego.

Moja mama nie powiedziała mi, do którego momentu mam się wpatrywać w okruch kamienia, aby w końcu – dojrzeć - co lub kogo? - tego nie wiem, ale nieustanne wpatrywanie się w drobinkę kamienia wyzwala tajemniczy płomień, który co prawda spowalnia dostrzeganie szczegółów ale ma największy wpływ na bieg spraw kardynalnych. Jeden ze znaków trygonu ognistego był więc moim fatum, a oplątany płomieniami, znacznie trudniej zrzucałem jarzmo, aby wyrwać się z sideł przeznaczenia. Jeszcze w czasie tej wizyty, mama zdążyła wczesać w moje niewidzialne, przezroczyste strugi włosów - cień, który wlał się we mnie z otchłani wieczności i został wierny, doświadczając dwóch żyć i jednej śmierci.

 

Wiele wieków temu, śpiąc i przewracając się na drugi bok, zrobiłem więc swój pierwszy wdech. Wszystko, co wraz z nim zaczerpnąłem i zmagazynowałem było wczoraj. Widziałem jak energia emanuje ze złotego jednorożca, dziedzica lasu. Drzewa nie wyrosły, stały przecież wrośnięte od samego Początku. Nieposłuszeństwo zostaje dokonane za ich pośrednictwem. Pierwsi zostają wyrzuceni z Raju, a wielki Eden wyszumiają stare korony. Rozpaczliwe echo jeszcze odbija się od pojedynczych pni i z wołaniem  - zaczekajcie, idziemy z wami – wpada do morza.   

 

Wydech pojawi się dopiero w Wielkim Jutrze, no jeśli w ogóle tam trafię. 

 

 

II

 

Pozostał czas przejściowy, stan zawieszenia w oczekiwaniu na narodziny. Słońce wjechało już na samą górę, tuż pod nim dziesiątki drobniejszych pustyń zostały otoczone półkolem rozpiętych ramion, wchłaniając jak najwięcej piasku. Za nimi przypadkowe kamienie porastał mech, aż do pasa zieleni, który wiódł na północ do wypełnionej bujnymi trawami nadrzecznej doliny. Wody i możliwości również ustaliły swoje granice. Rozdzielono dobre pory od złych, wypośrodkowane wieczory i srebrne świty zrównoważyły - dni -  i  - noce - . Ale najważniejsze odkrycie – zalążek indywidualności powstał dzięki zaimkom, które pomału wymuszały coraz silniejszą potrzebę oderwania od pierwotnej gromady.

Ktoś też, być może Wielki Astrolog zawczasu ukartował spisek Zodiaku.   

 

 

 

 

Mama jest więc Skorpionem, bytem wiele widzącym, potrafi np. dostrzec organiczny ból swoim czułym światłem oka. A gdyby tak perska noc pulsowała jednostajnym rytmem, potrafi widzieć również w nocy. Widzi kadź, w której pienią się smaki i wytrąca się zapach trucizny, z pływającym w środku okiem. Mama to wyraz sacrum, której spryt przezwycięża gady, takie jak kameleon, atawistyczny odwłok wciąż  może sparzyć.

 

Czy uniosę ciężar tego słowa na swoich najdelikatniejszych barkach świata? - lekkich jak świadomość słów nie było?

Na barkach prześwitujących jak zapach,

Gdzie ledwie słyszalny świst powietrza, rezonuje w nich historią opowiedzianą

pod skrzydłami majestatycznego lotu drapieżnego ptaka ?

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
  Wrocław  Rura KalamburGrawitonProjektowanie stron
Noclegi