Cegła - Literatura - Proza - Poezja
WSPIERAJ NIEZALEŻNĄ TWÓRCZOŚĆ - PRZEGLĄDAJ REKLAMY GOOGLA
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 

Wybrałeś(aś): Cegła #11

 
0) CEGŁA NR 11 FREE - info
fink
Odsłon: 1905, Komentarzy: 4
 
1) Do Julki
Jan Krata
Odsłon: 1538, Komentarzy: 0
 
2) Dokument 5
Raymond Roussel
Odsłon: 1380, Komentarzy: 0
 
3) wiersze
Łukasz Jarosz
Odsłon: 1610, Komentarzy: 0
 
4) wiersze
Konrad Góra
Odsłon: 2086, Komentarzy: 1
 
5) teksty free
Anna Czyrska Bartosz Wójcik Dawid Półrolniczak Grzegorz Kwiatkowski Izabela Fietkiewicz Paszek
Odsłon: 1556, Komentarzy: 0
 
6) teksty free 2
Jarosław Sujczyński Joanna Borzęcka Kamil Brewiński
Odsłon: 1683, Komentarzy: 0
 
7) teksty free 3
Maras Pijanowski Marcin Łukasz Makowski
Odsłon: 1511, Komentarzy: 0
 
8) teksty free 4
Nestow Skaczbia Piotr Gajda Przemysław Owczarek Michalina Janyszek
Odsłon: 2021, Komentarzy: 0
 
9) teksty free 5
Rafał Gawin Tomek Krzykała
Odsłon: 1597, Komentarzy: 0
 
91) Korespondencja Seryjna - Joanna Lech
Karol Maliszewski
Odsłon: 1813, Komentarzy: 0
 
92) GÓRA I DÓŁ - o poezji Konrada Góry
Jacek Bierut
Odsłon: 2618, Komentarzy: 0
 
różni autorzy
Wiersze z witryny
Odsłon: 1599, Komentarzy: 0
 
91) Korespondencja Seryjna - Joanna Lech

Karol Maliszewski

 

 

 

Wśród poetów, którzy zajmują ostatnio moje myśli, ponieważ stali się symbolem zmian, stali się protagonistami ewolucji estetycznej zachodzącej w łonie nowej poezji, ważne miejsce zajmuje Joanna Lech. Gdyby nie Internet, nic bym o niej nie wiedział, a raczej dowiedziałbym się zbyt późno, czytając gotowy już tomik, rzecz wydrukowaną. Internet umożliwił mi przyglądanie się rozwojowi jej twórczości. Ważne w poznawaniu tej poezji były spotkania na zajęciach w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie, gdzie Joanna Lech doskonali znajomość poetyckiego warsztatu, stopniowo odnosząc coraz większe sukcesy. Nie chciałbym czego pominąć, ale faktem jest, że ostanie miesiące przyniosły młodej poetce uznanie ogólnopolskie, czego dowodem może być druk na łamach liczących się czasopism oraz laury w kilkunastu konkursach poetyckich. Jako juror zwróciłem uwagę na jej wiersze w konkursie im. Sułkowskiego w Skierniewicach. Ich jakość docenili pozostali jurorzy: Henryk Bereza, Bohdan Zadura, Darek Foks. Bezsprzecznie największym sukcesem były zwycięstwa w konkursach: im. Rilkego w Sopocie i im. Bierezina w Łodzi. To są konkursy niezwykle ważne, kreujące nowe hierarchie na młodoliterackim Parnasie.

Kiedy przed dwoma laty zaczynałem netową korespondencję z początkującą poetką, co doprowadziło do prezentacji na internetowej stronie „Odry”, to poruszyła mnie jej przedwczesna dojrzałość, osobność, naturalny dar. Myślałem sobie o niej jako „naburmuszonej dziewczynce”. Jakże się myliłem. To była raczej zakłopotanie, finezyjnie rozgrywany niesmak dotyczący warunków spowiadania się, opowiadania o świecie, komunikowania się. Joanna Lech od początku szukała własnej „składni”, która byłaby odpowiedzią na pytanie, jak to wszystko złożyć w całość, jak połączyć odrazę do rozkładu z wolą ekspresji, chęcią mimo wszystko mówienia o swym ledwie rysującym się cieniu na tle ostrych kantów tak zwanej rzeczywistości. I z tym mówieniem też nie należy przesadzać, bo i ono, jak wszystko wokół, ulega erozji, rozkładowi, gniciu, jeżeli jest go w nadmiarze. Dlatego w tych tekstach informacje dawkuje się, uczucia schładza i cedzi, orzekanie powstrzymuje się na każdym kroku, a tak zwany wiersz chciałby się kończyć, zanim jeszcze się zaczął. Nie ma widoków na powstrzymanie rozkładu. Słowo tym bardziej go podkreśla. Szczególnie poetyckie. Dlatego w tych wierszach wieje chłodem. Po co się obnażać w pustkę? Po co te pozory empatii? Kontestację Olech nazwałbym najbardziej organiczną, głęboko metafizyczną. Zatrważający – muszę przyznać – początek. Nie widzę przyszłości. I nie powinienem, bo te wiersze mówią wyraźnie, że należy unikać hipostaz. Wśród nich jest również „przyszłość”.

 

Karol Maliszewski

 

Joanna Lech

 

 

Głód

był w miejscach, w których ocieraliśmy się o brzeg. Na styku palców,
na przykład, w podbrzuszach. To było w czasach, kiedy mieszkaliśmy
w obcych domach, w cudzym świetle, kradzionym spod okien.

Byliśmy młodzi i jednakowo bladzi, z sinymi stopami.
Odpływ znaczył tyle, co ciepło, tak więc chłonęliśmy wilgoć
rozchylonymi ustami, uniesionymi do góry. Tam wszystko było proste.

I nigdy nie było za dużo. Zjadaliśmy się nawzajem, a głód,
ten zimny potwór, wciąż splatał w nas supełki, podchodził do gardeł.

 

 

Nic więcej

Chłodny poranek. Dopiero przed chwilą rozeszła się mgła
i słońce wschodzi nad miastem. Cisza, tylko gdzieś dalej
warkot silnika i zaraz potem krótki pisk w trawie.

W zasadzie nic się nie dzieje. Jest siódma i chłopiec patrzy na rzekę.
Świtało się wzbiera i pada chłopcu na ręce. Krzepnie na wargach,
kiedy odchyla głowę i przesuwa palcami po skórze policzka.

Ciepłe muśniecie w tym miejscu, gdzie szczerzy się blizna.
Blask wciąż napływa do oczu i rozbija się na wodzie jak szkło.

 

 

Infra

Ma wzdęty brzuch i ręce pełne światła, gdy je podnosi
i otwiera w powietrzu jak wachlarz. Jeszcze nie wie, po co tu przyszła,
ale nie wyjdzie. Ma w sobie inną ciszę, gorzką i lepką jak krew

na wargach. Jest grudzień 2003 i dopiero uczy się zapominać,
uczy się wchłaniać. Śpi na podłodze, pod oknem i nie pozwala się podnieść.
Nie chce, żeby dźwigano jej ciało, ciężkie od zimna i mokre.

Nie, nie chce, żeby zamykać jej oczy. Odkłada godziny na palcach
i wciąż tylko patrzy do góry. To w niej jest jeszcze bezkształtne,
ale wciąż bardziej głodne.

 

Powtórka z Titanica

Zatopieni w pamięci, schowani pod spodem jak nawóz.
Tak się kończy, jeśli się chciało za dużo powiedzieć, gniciem.
Ich sny również są martwe, rozkładają się na wspomnienia.

Ich sny są cierpkie i rosną w ustach jak miedziany pieniążek.
Chodzą po mnie na palcach. Szukają szczelin.

Tylko na klatce schodowej zostały rozbite butelki.
Wczoraj zatonął tu wielki statek, rano znalazłam żyletkę
i rozrzucone gazety. Krew na poduszce. Ból głowy.

Blizna po wewnętrznej stronie powieki.

 

 

Agnieszka W. odkręca gaz

Coś było, bo jeszcze nie mogę połykać. chyba nadal jest
we mnie, bo czuję, jak drapie pod skórą, a kiedy chcę to powiedzieć,
pękają pęcherze na ustach. Jaki smak miały jego słowa? Ostry?

I czy w ogóle coś mówił, kiedy wychodził? Już nie pamiętam.
I nie wiem, co chciałam znaleźć za tamtą ścianą. Ciepło?
Czy coś zgubiłam, odwracając się od powietrza?

Wyciągnięta na brzeg, oddycham płytko, przez zęby
i nadal nie patrzę na ręce. Blizna, która przechodzi przez gardło,
zaczęła się od dotyku.

 

 

Nic z tego

Ponieważ życie składało się z zimnych obrazów, prostych odniesień.
Szczypało w ramię, ocierało o język, jak ślina. Wypluwałam od siebie nad ranem.
Sny były bliżej – na wyciągnięcie w łóżku, zamknięcie powiek. Nie dotykały.

Tylko ciało drętwieje, zostawia odciski w pościeli. Cisza od zawsze ścina
w nim tętno, zwęża źrenice. I ciągle wydaje się bardziej obce, jak wynajęty pokój.
Podglądam je przez pory w skórze, przez dziury w zębach.

Palcem na kołdrze rysuję obrazy, odłamki zdarzeń. Ponieważ sny
nie zostawiają śladów, nie wydają odgłosów. Za to w następnym bloku
zawsze pali się światło – jest jak czuwanie przy zmarłym,

albo tylko pamięć. Będzie do świtu, gdy się obudzę i znowu będą mówić
ekranie, że wszystko jest sumą wyników, względnym układem ramion.

 

 

Wszystko zgodnie z planem

Chciałeś palić, to się spaliłeś. Więc teraz śledzimy swoje potknięcia,
brodząc po kostki w błocie. Jest dosyć późno i z tamtej strony zachodzi
coś bardziej miękkiego, niż dałoby się opisać.

Ciągle się śmiejesz, bo teraz możesz. Kręcisz się w kółko jak wiatrak
i nawet ślina ma trochę lepki, pomarańczowy odcień. Tak więc plujemy
pod stopy a grudy śliny, mówisz, przypominają ci małe, bezwłose koty.

Nie wiem, dlaczego akurat te koty. Ty też chyba nie wiesz.
Wszystko zaczyna się kurczyć, powtarzasz. Tak, ale wszystko w porządku.
Wszystko zgodnie z planem, tylko jakby bardziej.

 

 

 

Rozkład z widokiem

Cisza, jakby wszystko stanęło. Nagle świat jest o jeden krok odtąd.
Od kiedy palę na schodach, sąsiadka codziennie pyta, czemu tak rzadko
przychodzą listy. I dzieci już nie przychodzą. Wie pani, jakie to smutne.
Nie wiem. Odkąd dorastam, wszystko jest chłodne, pełne wilgoci.

Światło odstaje ode mnie i każdy dotyk jest obcy. Przypominasz bociana,
mówiła ciotka. Te długie nogi, ręce jak gałęzie. I nawet skóra zmieniła

barwę, nabiera odcieni. Jeszcze nie wiem, kim będę, kiedy dorosnę. Wciąż
jestem wewnątrz. Zbieram w sobie ciepło, nawijam na palce. Jeszcze trochę,

niedługo. Świat dopiero będzie. W szkole mówili: wskazany jest pośpiech,
uległość. Lepsze stopnie, które prowadzą do jeszcze lepszego. Więc na granicy
drgania zaczyna się rozkład. Krawędzie są ostre, zło czai się w ciele.
Ojciec narzeka na rząd, matka na ojca. Nawet słowa są ciężkie od wody.

Niebo puchnie od spodu, zaraz się rozleje. Coś tam wisi w powietrzu,
coś gnije, szeleści.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj nowy komentarz
Autor:
(dodaj na początku NOSPAM)
Email:
(dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
  PARTNERZY SERWISU  
   
  Wrocław  KalamburGrawiton