Piszę do Ciebie z miasta bliźniaczo podobnego do miasta naszych przypadkowych spotkań, jednak leży ono na przeciwległej krawędzi świata w kształcie dysku. Oddychamy tu powietrzem o oryginalnych właściwościach łamania czystych barw, przez co budynki , natura, ludzie niezmiennie przybierają ton starych obrazów. Co więcej, nawet po przekroczeniu granicy naszego regionu , pokrywający wszelkie powierzchnie srebrny nalot pozostaje nieusuwalny ,jesteśmy więc natychmiast rozpoznawani, a ponieważ ciąży na nas niczym nieuzasadniona, wywodząca się z gminnych przesądów opinia bioenergetycznych wampirów, podróżujemy nadzwyczaj rzadko, unikając tłocznych poczekalni, godzin szczytu.
Lokalny skład atmosfery powoduje również rozliczne cielesne przypadłość, a najpowszedniejszą z nich jest chroniczny półsen. Tak . chodzimy po ulicach śniąc. Niemal na każdym kroku widuje się spacerowiczów bez celu, zderzających się z fasadami gmachów, latarniami ulicznymi, ze sobą wzajemnie. Czasem na ich twarzach maluje się przykre zdumienie , rozglądając się zamyślają o powrocie, często jednak błądzą w ten sposób miesiącami. Nikt już na to nie zwraca uwagi, będąc przecież w podobnym stanie. W całej okolicy panuje zatem umiarkowany chaos i chorobliwe roztargnienie.
Prawdopodobieństwo wydostania się z tego miasta jest bardzo mała. Od wielu lat jestem turystą w tym mieście. Status turysty nadają mi okulary słoneczne, jedyne w obrębie okręgu urządzenie tego typu. Z uwagi na częste kraksy uliczne , zwłaszcza nagminne zderzenia czołowe (DOSŁOWNIE), nie używa się tu okularów. Każdy potencjalny mieszkaniec tego miasta był niegdyś turystą, w dodatku większość zamierzała trafić do innego miasta. Niestety , tracąc okulary, systematycznie przestawali być turystami. Jestem dumny ze swoich okularów, które pozwalają mi nadal być turystą.
Przez swoje słoneczne okulary nie widzę kobiet, wśród których od dawna utrzymuje się moda na dokładne odwzorowanie Twojego wyglądu, gestów, uczenia się na pamięć sentencji ułożonych przez Ciebie i świętokradcze ich nadużywanie. Szczególny kunszt osiągnęły w tej dziedzinie sławne gwiazdy filmowe, które nie były nawet statystkami, gdyby nie to perfekcyjne naśladownictwo. Pewnego razu znalazłem się w kinie na jednym z seansów. „Pewnego razu”, ponieważ , jak większość, nie potrafię określić bezwzględnej wartości czasu upływającego między jednym a drugim powrotem do świadomej myśli,” znalazłem się”, ponieważ tu się nigdy nie „wybiera na”, tu się tylko „znajduje na”, tu się tylko „znajduje w”. Więc pewnego razu znalazłem się w kinie na jednym z tutejszych czarno-białych seansów. Podobnie jak resztę , zwabiła mnie tu ciemność. Ogólną konsternację wywołało włączenie kinematografu, zwykle do tego nie dochodzi. Jego prawidłowa praca tchnęła w widownię niespotykany entuzjazm. Z doświadczenia wiem, że regułę stanowią najróżniejsze projekcje experymentalne z gatunku puszczania taśmy do góry nogami, od tyłu do przodu, na lewą stronę i tak dalej.
Piękno tego niepośledniego spektaklu było tak druzgocące , że nic nie widziałem zza moich słonecznych okularów. Sala wypełniona po brzegi zaczęła stopniowo zapadać w sen, ludzie pokładli się na swoich sąsiadach jak kostki domina. Zróżnicowane tempa wdechów i wydechów wyrównały się czyniąc z tłumu ogromny rezonator. Pomimo usilnych starań nie zdołałem utrzymać się dłużej na swoim fotelu. Obustronne parcie okazało się być dla mnie zbyt silnym. Zsuwałem się coraz niżej, niżej,...żej...